
Fani Justina Timberlake’a okazali się niezwykle uspołecznieni – we wtorkowy wieczór Twittera i Facebooka zalewały zdjęcia z koncertu na gdańskiej PGE Arenie. Ale morze ekranów smartfonów to codzienność właściwie wszystkich koncertów. Sam nie jestem bez winy, ale żeby mieć pamiątkę wystarczy jedno zdjęcie i krótki filmik. Nie trzeba zasłaniać sceny przez pół koncertu.
REKLAMA
Jeśli ktoś nie wie, że 19 sierpnia w Gdańsku wystąpił Justin Timberlake naprawdę żyje pod kamieniem. Bo nawet jeśli nie ogląda telewizji, nie słucha radia i nie wchodzi na portale internetowe, jego timeline na Twitterze i ścianę na Facebooku musiały zalać zdjęcia z PGE Areny.
Wraz z nimi można było zobaczyć wysyp komentarzy krytykujących rozemocjonowanych fanów. Nie jestem fanem owczego pędu na Facebooku, ale jestem w stanie rozumieć kogoś, kto chce się pochwalić znajomym, że był na wyczekiwanym od dawna koncercie idola. Internauci nie powinni narzekać, są przyzwyczajeni.
Ci, którym należy się prawdziwe współczucie, to fani stojący za takim smartfonowym (całe szczęście, że nie tabletowym) fotografem. Mam 177 cm wzrostu, więc nie trudno znaleźć osobę wyższą ode mnie, która jest w stanie zasłonić mi niewielką sylwetkę artysty na scenie. Jeśli ktoś przede mną wyciągnie smartfona z 5-calowym ekranem mam pewność, że będę widział nie więcej, niż 137 osób, które obejrzą ten filmik po jego wrzuceniu na YouTube’a.
Sam nie jestem bez winy. Po kilku miesiącach (a czasem latach) czekania na koncert idola trudno powstrzymać się przed zrobieniem zdjęcia czy nagraniem krótkiego filmiku. Ale właśnie: zdjęcia, nie całej galerii. I „krótkiego filmiku”, a nie całego koncertu. Dzisiaj większość zespołów regularnie wydaje albumy koncertowe i filmy DVD po właściwie każdej trasie.
Nie ma więc potrzeby, by fani przygotowywali takie filmy, jak ten z Rock in Rio w Lizbonie – cały koncert The Rolling Stones sklejony z udostępnionych w sieci nagrań. Słabo słychać, bo ktoś obok zawodzi, głośno śpiewając (to mogę być ja), słabo widać, bo obraz lata, a niektórzy są tak daleko od sceny, że widzą na niej tylko punkciki. Mimo to nagrywają, choćby telebimy, co jest już szczytem absurdu.
A przecież rok wcześniej Stonesi zagrali w londyńskim Hyde Parku i wypuścili doskonały film z tych dwóch koncertów. Nie ma się co łudzić – wszystkie koncerty 90 proc. zespołów są do siebie podobne i nie ma większej różnicy, czy będziemy pokazywać mamie i koleżankom show w Paryżu czy w Berlinie.
W Lizbonie zobaczyłem jeszcze jeden dość irytujący zwyczaj, w Polsce raczej niespotykany: selfie z koncertem w tle. Ludzie kilkakrotnie odwracali się tyłem do sceny, żeby strzelić focię z ręki, na której widać choć kawałek sir Micka Jaggera albo Keitha Richardsa. Pewnie bali się, że nikt im nie uwierzy, że byli na koncercie.
Komórkowi fotografowie przeszkadzają nie tylko pozostałym widzom, ale i artystom. Wielu z nich prosi o to, by skupić się na muzyce, a nie na robieniu zdjęć. Są tacy, którzy proszą ochronę o zabieranie telefonów – tak było na przykład na koncercie Guns n’ Roses w Rybniku. Są też tacy, którzy przerywają koncerty, kiedy blask ekranów staje się nieznośny.
Część fanów pewnie uważa to za fanaberie rozkapryszonych gwiazdeczek. Ale pewnie nikt nie próbował zagrać z pamięci 2-godzinnego koncertu, w tym ponad 20 solówek. To naprawdę nie jest łatwy kawałek chleba.
Fani, którzy chcą uszanować swoich idoli powinni to wyrażać nie przez robienie milionów zdjęć i wrzucania ich na Facebooka, ale przez dobrą zabawę na koncertach. A mało co przeszkadza w niej tak, jak morze ekranów.
