
W umowie, jaką Uber zawiera z kierowcami, jest wymóg posiadania wszelkich licencji, pozwoleń i „spełniania wszelkich wymogów prawnych” do prowadzenia działalności przewozowej. Teoretycznie oznacza to konieczność trzymania w aucie kasy fiskalnej. Ale jak udało nam się dowiedzieć, podczas spotkania polskich przedstawicieli Ubera z kandydatami na kierowców, wymóg posiadania licencji skwitowano krótko: „nie trzeba ich mieć, w razie problemów nasi prawnicy wam pomogą”. Z analizy umowy firma-kierowca dowiedzieliśmy się też, że m.in. w Uberze nie znajdziemy aut starszych niż 10 lat.
Udało nam się dotrzeć do umowy, jaką kierowcy zawierają z Uberem, a właściwie – z firmą Rasier Operations BV, która posiada licencję na fd Uber. To właśnie Rasier rekrutuje u nas kierowców i organizuje cały proces. Sama umowa rzuca dużo światła na to, jak ma w teorii wyglądać usługa Ubera, ale też czego możemy spodziewać się w praktyce.
Wiadomo bowiem, że cenę przejazdu aplikacja pokazuje z góry, chociaż – co może zaskoczyć wiele osób – nie jest to wcale ostateczna kwota, którą musimy zapłacić. Uber podkreśla to w umowie z kierowcami, dlatego też nie należy się dziwić, jeśli zamiast wyświetlonych na początku 25 złotych zapłacimy np. 30 zł.
Wszystko to jednak pozostaje w sferze teorii – nie wiadomo bowiem, co zrobić, gdy np. kierowca nas „natnie” w ten sposób na pieniądze.
Kierowcy bowiem są zobowiązani do posiadania odpowiednich licencji, pozwoleń i „spełniania wszelkich innych wymogów prawnych” do prowadzenia działalności przewozowej. W teorii, co wskazują taksówkarze, oznacza to konieczność rozliczania się z zarobionych pieniędzy i posiadania kasy fiskalnej.
Warto przy tym pamiętać, że Uber reklamuje się jako „ridesharing”, czyli model dzielenia się przejażdżką, zapowiada prywatnych kierowców, a nie licencjonowanych taksówkarzy – ale jednocześnie wymaga w teorii posiadania odpowiednich licencji. Biorąc jednak pod uwagę podejście: „prawnicy wszystko załatwią”, możemy się, zgodnie z tym co mówił w rozmowie z naTemat szef Związku Taksówkarzy Jarosław Iglikowski, spodziewać wielu spraw sądowych przeciwko kierowcom.
My już rozmawialiśmy ze służbami, zgłosiliśmy im nowy problem i będziemy z nimi współpracowali. Będą kontrole, a klienci Ubera będą ciągani po sądach po takiej kontroli, bo to się dzieje już z klientami innych nielegalnych przewoźników. W przypadku Ubera, a właściwie kierowców jeżdżących dla Ubera, najprawdopodobniej będą to trzy rodzaje postępowania.
Postępowanie mandatowe, gdzie kierowca na miejscu dostaje mandat, a Uber już powiedział swoim kierowcom, aby nie przyjmowali mandatów, bo Uber daje im prawnika. Tak robili prawie wszyscy przewoźnicy, ale sprawy i tak kończyły się wyrokami skazującymi.
Druga sprawa, to postępowanie administracyjne za brak licencji, a trzecie postępowanie w przypadku kierowców Ubera, w zdecydowanej większości, to będzie postępowanie karno-skarbowe, ponieważ większość przewoźników obecnie działających w pseudokorporacjach lub korporacjach, ma kasy fiskalne. Tu będą to przede wszystkim ludzie, którzy chcą sobie dorobić i nie będą mieli kas fiskalnych. To bardzo złożony problem, którego ludzie nie dostrzegają. Mówi się tylko, że wchodzi tania konkurencja. Czytaj więcej
Byłem na spotkaniu informacyjnym, oczywiście incognito jako potencjalny kierowca i była mowa o tym, że kierowcy mają przynosić zaświadczenia o niekaralności. Z tym że ja podpuszczając ich powiedziałem, że jestem karany. Zapytali mnie za co, więc powiedziałem, że za fałszowanie dokumentów. Powiedzieli: "a nie, to przejdzie". Oczywiście fałszowanie dokumentów nie jest bezpośrednim zagrożeniem dla klienta, ale pytanie, co jeszcze "przejdzie".
Oczywiście, te wszystkie wątpliwości nie są nowe – powstały wraz z nielegalnymi przewozami osób. Taksówkarze walczą z nimi od lat, coraz skuteczniej, tak samo jak skarbówka.
