
Awaria w metrze? To już powoli staje się standardem. Tak jak związane z tym spóźnienia do pracy i zapchane autobusy, które wloką się w korkach. Czy metro w końcu przestanie się psuć? Bo to już dawno przestało być - jeśli w ogóle było - zabawne.
REKLAMA
Wtorek, kilkanaście minut przed dziewiątą, jedna z ostatnich stacji metra. Przepełnione wagony, człowiek na człowieku, gdzieniegdzie desperat wpycha rower i wywołuje tym kilka wrogich spojrzeń. Ktoś burczy: "Panie, gdzie się pan pcha, tu nie ma miejsca", ktoś inny rzuca kolejne: "Jezus Maria". Pociąg ma ruszać, już mają się zamknąć drzwi, gdy nagle charakterystyczny dźwięk zastępuje komunikat o awarii. Tłum jęczy, tłum opuszcza pojazd, tłum opanowuje schody i szuka transportu zastępczego. Istna wieża Babel, ludzie prześcigają się w przekleństwach i częstotliwości telefonów o spóźnieniu.
Traf chciał, że pogoda była idealna na podróże podziemne i konieczność przejścia na przystanek i władowania się do autobusu jakoś nikomu się nie uśmiechała. W końcu jednak przyjechał, połowa przystanku weszła do 184, reszta się nie zmieściła. Poczekałam na następny autobus, który szybko wessał mnie i innych czekających. Ruszyliśmy. W końcu. Błogość, bo można dojechać do pracy.
W takich momentach współczujesz ludziom, którzy siedzą i będą chcieli zaraz wyjść, a sam cieszysz się, że masz w ogóle gdzie stać. A gdy przy okazji jest się za co złapać, kiedy kierowca szaleje na zakręcie - i jeśli jest to uchwyt, a nie rękaw przysadzistego mężczyzny obok - doprawdy, jest całkiem nieźle. Gorzej, jeśli autobus jest tak przeładowany, że nagle zaczyna się przechylać na jedną ze stron, a przed oczami wizualizujesz sobie, jak jedzie bokiem i w końcu przewraca niczym toi-toi w jednym w głupich internetowych filmików. Jest ciasno, że można podnieść nogi i jechać niesionym przez tłum.
Na każdym przystanku, gdy autobus się zatrzymuje, lecimy do przodu, a przy skręcaniu uderzam panią siedzącą obok swoją przeładowaną torbą. Zupełnie niechcący. Z przodu starsze kobiety kłócą się i wyzywają, chłopak obok obstawia, czy dojdzie do rękoczynów, a pan z tyłu nagle postanowił się zamienić miejscami z kolegą i wszyscy, którzy stoją przed nimi, jęczą: "Ała, proszę uważać, no brawo". Galimatias totalny, ale w końcu wysiadam. Niestety, tylko po to, aby przesiąść się w następny. W 116 jednak jest znacznie luźniej, a ja poznaję uroki Żoliborza, który - ze względu na oszczędność czasu - najczęściej odwiedzam podziemnie i zazwyczaj wtedy, gdy psuje się metro.
A szwankuje, trzeba przyznać, dość często. Oczywiście, najgorzej jest z inspiro. Jak donoszą raporty - psuje się wszystko. Od drzwi, po hamulce, kończąc na braku napięcia. I niestety, mieszkam dość daleko od centrum i podróże naziemne zajmują zbyt wiele czasu, by rezygnować z pociągów. Które psują się i psuć się będą, bo tak musi być i trzeba przeczekać, jak mówi Metro Warszawskie. Tylko, że ja nie mam czasu ani ochoty czekać, gdy płacę za bilet miesięczny - i normalne, że irytuję się, gdy w drodze do pracy bądź kiedy spieszę się na spotkanie, głos z góry informuje mnie, że sześć stacji jest wyłączonych z ruchu i proszę sobie radzić z tym. Poza najgorszymi przekleństwami, kłębią się też w głowie pytania: "Znowu?" i "Halo, czy to metro kiedyś będzie normalnie działać?".
