
W "Jakie piękne samobójstwo" Rafał Ziemkiewicz przekonuje, że nie musieliśmy być pierwszą ofiarą Hitlera. Uważa, że książka ma przełożenie na współczesność, więc rozdał ją wszystkim posłom. – W naszym interesie jest to, żeby Rosja była zajęta Ukrainą, a nie Polską – mówi w "Bez autoryzacji".
REKLAMA
Pana "szorstcy przyjaciele" bracia Karnowscy napisali, że jednak jest coś w pogłoskach o pana ambicjach politycznych. Jest?
Rafał Ziemkiewicz: Nie, to bzdura. Nie bardzo rozumiem, dlaczego fakt, że ofiarowałem swoją książkę każdemu z 460 posłów – bez względu na to, czy go lubię czy nie – miałby wskazywać na moje polityczne ambicje. Ostatnim człowiekiem, który doszedł do aktywnej polityki poprzez pisanie książek był chyba Roman Dmowski i to było ponad 100 lat temu. Dzisiaj jak ktoś chce być politykiem robi zupełnie co innego. Nie wiem czym, poza czystą złośliwością, taka teza miałaby być poparta.
Sejm to dobre miejsce na promocję książki, działalność czysto biznesową?
Nie szło tutaj tylko o promocję. Nikt nie uwierzy, jak powiem, że w ogóle nie szło o promocję, tylko szło o promocję pewnych myśli, pewnej idei, z której ta książka wynika. A ta idea jest taka, żeby Polacy wreszcie nauczyli się, że polityka nie jest dziedziną emocji, a zwłaszcza szlachetnych emocji. Nie jest też zajęciem dla samotnych rewolwerowców, którzy w świecie pełnym bezprawia chcą zaprowadzać zasady sprawiedliwości i uczciwości.
Polityka powinna być egoistycznym, co podkreślam, realizowaniem swoich narodowych interesów. Wszyscy na świecie myślą o swoich narodowych interesach, a Polacy żyją w jakichś oparach romantycznych złudzeń, że powinniśmy „walczyć za wolność waszą i naszą”. Przy czym zawsze wygląda to tak, że poświęcamy się dla cudzych interesów, licząc, że później ktoś się nam za to odwdzięczy. To się powtarza w naszej historii.
Na przykład?
Najbardziej jaskrawym przykładem zgubności takiej postawy jest nasz los w II wojnie światowej. Napisałem książkę o tym, o czym nie chcemy pamiętać. Prace historyczne prześlizgują się nad tym tematem, ustawiają go głęboko w tle, nie pokazując ciągu przyczynowo-skutkowego. Spotęgowaliśmy skutki II wojny światowej do rozmiarów zagłady narodowej poprzez szereg strasznych błędów, które były popełniane przed 1939 r. i po nim.
Oczywiście 75. rocznica tych wydarzeń była dobrym momentem do tego, by dotrzeć do elity politycznej. Rozdając ją posłom, rozdałem ją też ministrom, którzy w większości są posłami. Ale jedną z głównych przyczyn, dla których zdecydowaliśmy się z wydawcą na taką akcję, jest to, co dzieje się na Ukrainie. Ciągle odzywają się głosy, które brzmią jak te koszmarne szaleństwa z 1939 r., kiedy Polacy uważali, że to my właśnie jesteśmy predestynowani do tego, by powstrzymać Hitlera.
Daliśmy się wypuścić jako ci, którzy pierwsi go wzięli na siebie, i to z głębokim przeświadczeniem, że jesteśmy od zaprowadzania ładu na świecie. A trzeba było założyć kciuki na pasek, skoro on nie chciał zaatakować Polski, tylko Francję, i pozwolić mu to zrobić, w tym czasie zbrojąc się i czekając, co będzie dalej. Tak postąpiliby wszyscy, poza Polakami.
A współcześnie?
Nasze wejście do Iraku. Sojusznicy Ameryki, Turcy, poproszeni o wsparcie powiedzieli, że oczywiście, ale życzą sobie za nie kilkaset milionów dolarów i F-16 z własnymi kodami źródłowymi. A my, że oczywiście, bo sprawa wolności leży nam na sercu i nic za to nie chcemy.
No i nie dostaliśmy, poza strasznym obciachem, który spłynął na nas za udostępnianie Amerykanom więzień na praktyki potępiane przez społeczność międzynarodową. Chociaż nie, tu podobno jakiś karton dolarów dostaliśmy, ale on chyba poszedł w prywatne ręce, a nie dla pożytku publicznego.
Przez analogię: Polska powinna dzisiaj chwycić się pod rękę z Władimirem Władimirowiczem i biernie przyglądać się temu, co dzieje się na Ukrainie? Albo powinna zachować się jak Węgry Orbana?
W naszym interesie jest to, żeby Rosja była zajęta Ukrainą, a nie Polską. Jeśli za czasów mojej młodości zastanawialiśmy się, czy Rosjanie wejdą czy nie wejdą do nas, a teraz te rozważania dotyczą Ukrainy, to niebezpieczeństwo odsunęło się o 1000 kilometrów. I to jest dobre. Powinniśmy wspierać Ukrainę, ale nie powinniśmy popadać w szaleństwo.
Sytuacja w każdej chwili może się zmienić. Ukraina może się z Rosją dogadać, Ukraina może z Rosją przegrać, Ukraina może popaść w kryzys gospodarczy, na fali którego do władzy dojdą banderowcy, albo chociaż staną się silna grupą. Powinniśmy kierować się wyrachowaniem, które każe wspierać nam w tej chwili Ukrainę.
Skoro wspomniał pan o Orbanie, to proszę zwrócić uwagę na fakt, że on jest prorosyjski w wypowiedziach, ale według Rosjan dostarczył Ukrainie czołgi. Zrobił to tak, że nie można mu tego udowodnić: Węgry zaprzeczają, Ukraina zaprzecza. My robimy wielki hałas, postępujemy dokładnie odwrotnie. Orban postępuje chytrze, tak należy w polityce działać.
Natomiast my chcemy całemu światu pokazać jak bardzo popieramy Ukrainę i Zachód przestał nas traktować jako poważnego partnera, ale jako bezkrytycznego stronnika Ukrainy. Konferencja, która powinna się odbyć w Warszawie, odbywa się na Białorusi, bo okazuje się, że Łukaszenka jest bardziej pożądanym partnerem dla Niemiec i innych państw europejskich, która dała sobie przyczepić łatkę pierwszego antyrosyjskiego harcownika.
Jak z tej perspektywy ocenia pan zachowanie polskich władz podczas kryzysu gruzińskiego w 2008 roku?
To było bardzo ryzykowne zagranie. Było obarczone stałym błędem polskiej polityki, która się lubi dumnie nazywać jagiellońską, a która została odziedziczona po piłsudczykach i Jerzym Giedroyciu. Ona się kompletnie nie liczy z tym, że nasi wschodni sąsiedzi, w których chcemy widzieć towarzyszy broni w walce z Rosją, nie mają tak jednoznacznie złego stosunku do niej. Po drugie mają bardzo negatywny stosunek do Polski.
Idea polityki jagiellońskiej już na początku XX wieku była mrzonką, bo ani Ukraińcy, ani Litwini, ani Białorusini nie mieli ochoty, by tworzyć z Polska jakieś federacyjne organy. To widać także dzisiaj. Kubłem zimnej wody na rozpalone głowy naszych Jagiellończyków powinno być to, co dzieje się w stosunkach polsko-litewskich.
Mniejszość polska jest szykanowana, pozbawiona praw, wtopiliśmy kilka miliardów w nieuzasadnioną inwestycję w Możejki, a sporo o nastrojach na Litwie mówi popularność internetowej gry w wypędzani Polaków. Litwa to zaledwie kilkumilionowy kraj, może nam robić tylko złośliwości, przy Ukrainie to pikuś. Jeśli Ukraina przybierze antypolski kurs, może stać się dla nas groźna.
