Piórniki, dzienniczki, zeszyt w trzy linie i worek na kapcie - taki w latach '90 był "must have" do szkoły
Piórniki, dzienniczki, zeszyt w trzy linie i worek na kapcie - taki w latach '90 był "must have" do szkoły Fot. Agencja Gazeta

Gdy dzisiaj sześcio- i siedmiolatki idą do szkoły, rodzice kupują im telefon komórkowy, tablet, a odtwarzacz mp3 to żaden lans. Ale przypomnijmy sobie, że jeszcze niedawno szkolny „must have” wyglądał zupełnie inaczej – a elektronika w niezbędniku na 1 września znajdowała się tylko pod postacią kalkulatora. Oto 7 rzeczy, które kiedyś każdy z nas, idąc do szkoły, musiał mieć.

REKLAMA

Grube piórniki

W zestawie z kredkami lub flamastrami. Wielkością przypominały całą trylogię Sienkiewicza, ale miejsca w nich było jak na lekarstwo. Po kilku miesiącach zazwyczaj stawały się polem do wyrażania artystycznych zapędów właściciela – by potem, pomazane, trafić do kosza na śmieci.

Dzienniczki

Obowiązkowy dla wszystkich bez wyjątku. Mógł być w twardej albo miękkiej oprawie, zawierał rubryki na przedmiot, nazwisko nauczyciela i oceny, na końcu zaś – specjalne miejsce na uwagi odnośnie zachowania. Szczytem odwagi było podrobić podpis rodzica w dzienniczku, nie jeden uczeń pewnie chował dzienniczek przed rodzicami, gdy znalazły się w nim nieodpowiednie oceny. Wystarczyło przecież powiedzieć, że go zgubiliśmy. Latami w internecie krążyły dowcipy typu „uwagi z dzienniczków” - dzisiaj taki humor to tylko powiew minionych czasów.

Zeszyty w jedną, trzy, pięć linii

Na początku trzeba było używać trzyliniowych, żeby wiedzieć jak dobrze stawiać literki. W starszych klasach podstawówki można już było przechodzić na jednoliniowe, a czasem nawet czyste. Co tu dużo mówić, rezygnacja z trzyliniowych zeszytów była po prostu wyznacznikiem intelektualnej dojrzałości.

Worek na kapcie

Wbrew swojemu pierwotnemu przeznaczeniu, bardzo często służył do bicia się z kolegami. W klasach 1-3 w cenie były worki np. z ulubionymi bohaterami filmów czy kreskówek – w latach '90 obowiązkowo był to Titanic albo The Kelly Family – ale im uczeń starszy, tym bardziej sam fakt noszenia worka na kapcie wydawał się obciachowy.

Kredki świecówki

W charakterystycznych, kwadratowych pudełkach, we wszystkich kolorach tęczy. Niektórzy kochali je za zapach, inni za to, że można było je temperować i uzyskany w ten sposób kolorowy proszek rozcierać na kartce, co nazywano zazwyczaj „cieniowaniem”. Najbardziej znane były chyba kredki Bambino.

Korektor, myszka

Na wypadek, gdybyśmy napisali w zeszycie coś głupiego. Zwykłe korektory po prostu wylewały na papier białą substancję, która zasychała. Myszki z kolei „przyklejały” biały pasek na kartkę. Obie metody miały swoich zwolenników, chociaż tradycyjne korektory i tak w końcu zazwyczaj były rozgryzane, by – ku uciesze całej klasy – upaprał się nimi właściciel.

Długopis z kolorami

W podstawówce i tak nie wolno było pisać kolorem innym niż niebieski lub czarny, ale i tak każdy chciał go mieć. Po pierwsze dlatego, że dzięki temu w zeszytach można było dorobić kolorowe dekoracje, po drugie – każdy lubił nim po prostu „poklikać”. Tradycyjnie też próbowało się wcisnąć wszystkie kolory naraz, co zazwyczaj kończyło się zepsuciem długopisu.
Co jeszcze musieliście/chcieliście mieć na początku roku szkolnego?