
Leczysz się z trądziku u dermatologa, a może przy okazji powiększyłabyś sobie usta? Uczestniczysz w terapii indywidualnej u psychologa - powinieneś skorzystać z bogatej oferty warsztatów: asertywności, męstwa lub sukcesu w pracy. Chodzisz na siłownię? Koniecznie wynajmij trenera personalnego, bo tyko wtedy uda ci się osiągnąć idealne wyniki i poprawić rzeźbę, a przy okazji - jego żona przepisze specjalną dietę szytą na miarę dla ciebie. Jeżeli podobnie jak ja i moi znajomi jesteś codziennie atakowana lub zasypywany ofertami z cyklu „nie do odrzucenia” - witaj w klubie.
REKLAMA
W pogoni za zyskiem kwestie dobrego wychowania i nie wciskania ludziom kitu odchodzą dziś w zapomnienie. Grunt to pieniądz. I wokół niego wszystko się kręci. Ale czy to popłaca, czy raczej pogarsza relację z klientem lub pacjentem?
Wczoraj miałam wyjątkową przyjemność porozmawiania z lekarką, która nie ma merkantylnego podejścia do pacjenta. W dzisiejszych czasach to niestety rzadkość. Zwłaszcza u dermatologa.
Już od jakiegoś czasu dermatolodzy z lekarzy niosących pomoc osobom z chorobami skóry, zamienili się w lekarzy medycyny estetycznej. Tradycyjna dermatologia nie przynosi takich zysków, jak ta estetyczna. Powód przekwalifikowywania się jest więc dość oczywisty. A co z dobrem pacjenta? To odsuwane jest na dalszy plan. W końcu, skoro przyszedł i narzeka na swój wygląd, warto ten temat pociągnąć i zwrócić mu uwagę na kilka detali „koniecznych” do poprawienia. I to już. Natychmiast. Obietnicą jest wygląd jak z okładki Show czy Party - słowem: twarz polskiej celebrytki lub celebryty, którzy powoli zamieniają się w klony. Ale to jakoś wydaje się nikomu nie przeszkadzać.
Dziś kolejny chirurg plastyk na konferencji prawił, że w odmładzaniu panuje moda na naturalny wygląd. Absurdalne zdanie, zwłaszcza w ustach lekarza tej profesji. Naturalnie, to wygląda moja babcia, która całe życie używała kremu Pond’s, nigdy nie chodziła do kosmetyczki, a ma skórę gładką jak u niemowlaka. Nie wspominając o tym, że nie korzysta z „dóbr” medycyny estetycznej. I to jest naturalny wygląd. Zmarszczki? Owszem, ma kilka lub kilkanaście, ale dzięki temu, że się nie odchudzała, nie cierpiała na syndrom jo-jo, jej kolagen jest w lepszym stanie niż mój i moich trzydziestoletnich rówieśniczek.
Zresztą, nie tylko dermatolodzy zmieniają branżę i chcą zarobić! Daleko nie szukając, najbardziej fatalnym w skutkach dla mojego ciała zabiegiem było laserowe usuwanie owłosienia na linii bikini u pana ortolaryngologa, który na lekarza medycyny estetycznej się przechrzcił. Tyle wystarczy, żeby poparzyć pacjenta.
I po przeprowadzeniu śledztwa wśród koleżanek z branży kosmetycznej, okazało się, że nie byłam jedyną poparzoną aleksandrytem z ręki pana ortolaryngologa osobą. Ale to było dawno temu, skończyło się wielką aferą, a blizny na szczęście są niewidoczne. Niemniej, doskonale pamiętam wizytę u doktora i komentarz, co jeszcze powinnam sobie była w wieku 27 wiosen zrobić, żeby lepiej i młodziej wyglądać - tak na twarzy, jak i na ciele.
Ale medycyna estetyczna nie jest z gruntu zła, ale źle, że doktorzy nie potrafią odmówić pacjentom lub przemówić im do rozsądku, w celu uchronienia ich przed przesadą. I szkoda, że sami pacjenci nie mają dystansu do tego, co właściwie oznacza wyglądać dobrze. Tymczasem ów „naturalny wygląd” po polsku, oznacza ponton zamiast ust, napompowane policzki w stylu rosyjskiej drewnianej babuszki, czoło nieskalane myślą i zmarszczką i twarz wypełnioną po całości taką ilością kwasu hialuronowego, że pojawiają się na niej obrzęki w stylu: trochę wczoraj poszalałam z alkoholem.
I właśnie zaskoczeniem była dla mnie rozmowa z panią dermatolog. - Przyszedł do mnie niedawno do gabinetu super przystojny facet. Adonis. Dobrze zbudowany, z wyraźnie zarysowaną szczęką - 100 procentowy samiec. I poprosił, że chce wyglądać jak Tomasz Kammel, i że mam mu tak zmienić zabiegami twarz, żeby zaczął go przypominać - opowiada dermatolog - ale ja nie miałam serca. Zupełnie szczerze mu powiedziałam, że to niemożliwe. Wygląda pan naprawdę świetnie i niemoralnym byłoby panu unieruchomić twarz i zmienić tak rysy. Jest pan zupełnie innym typem mężczyzny niż Tomasz Kammel. I podobno - po dłuższym zapewnianiu - pacjent uwierzył. Ale nigdy nie wiadomo, czy nie skorzysta z usług innego gabinetu dermatologii estetycznej, gdzie ktoś mu tego Kammela uskuteczni…
Zyski, jakie można osiągnąć ze słabości pacjenta, to zresztą temat nie tylko z dziedziny medycyny estetycznej, chirurgii i dermatologii. Wystarczy pójść na siłownię, żeby utknąć w mikroświecie odżywek białkowych, budulców mięśniowych, diet, suplementów i kolejnych klonów tak żeńskich, jak i męskich. Do kompletu jeszcze nabyć książkę Chodakowskiej i zaiwaniać od rana do nocy brzuszki, przeżuwając sałatę. Cel: przypominać tę Chodakowską, wszak z niewyjaśnionych nikomu przyczyn stała się twarzą wszystkiego i wzorem jak wyglądać powinno ciało Polki i cała Polka i Polska.
Za jakie grzechy wszystkie dziewczyny mają się taką dietą i gimnastyką katować? Jeść sałatę i przełykać ślinę na widok pysznego włoskiego makaronu czy tajskiego curry? Trenować o świcie i trenować po pracy. Zamienić się w robota, który próbuje osiągnąć coś, co ktoś sobie wymyślił, że jest ładne i dobre. A jeśli ładne, to przecież oczywiste, że dobre dla wszystkich. Szczególnie, że trzeba w tym celu kupić książkę lub DVD i trampki firmy Adidas - takie, które nosi mistrzyni… A biznes się kręci.
Ale powiedzmy, że szał ciał w dzisiejszych skupionych głównie na wyglądzie czasach, jakoś da się wytłumaczyć. Jednak podobnie niestety rzecz się ma w przypadku tak newralgicznej profesji, jaką jest psychologia. Od licznych znajomych wiem, że niektórzy psycholodzy to doskonali marketingowcy i handlarze. Bez ogródek pacjentowi w dołku psychicznym oferują wachlarz „niezbędnych” usług, które mają mu pomóc w wyjściu na prostą. I są to usługi powiedziałabym z rzędu luksusowych. Nie dość, że przeciętny pacjent prywatnego gabinetu psychologicznego płaci ok. 100-150 złotych za pojedynczą wizytę, to jest zapraszany na warsztaty weekendowe za kilkaset złotych, albo wyjazdowe, których koszt przekracza 1000 zł.
I z jednej strony, skoro miałby te pieniądze przepić, przepalić czy przejeść - lepiej, że inwestuje w rozwój osobisty, z drugiej - zarabianie na osobach pogrążonych w problemach czy depresji i korzystanie z ich słabości, jest naprawdę pozbawione jakiejkolwiek moralności. Argumentem takich terapeutów, jest to, że bez tych czy innych warsztatów pacjent stanie w miejscu i jego terapia nie przyniesie pożądanego efektu. A to niestety pachnie szantażem emocjonalnym, który tak bardzo przecież jest przez psychoterapeutów napiętnowany…
Zresztą na duchowości też się u nas nieźle zarabia. Kiedyś poleciłam mojej siostrze wspaniałego wydawało mi się lekarza medycyny chińskiej, który mnie traktował obłędnie. Natalia, owszem, odwiedziła tego lekarza, ale tuż po wizycie oznajmiła, że kazał jej wykupić masę ziół za 700 złotych. - I ty się zgodziłaś? Nie zaprotestowałaś? - zapytałam. - Nie byłam w stanie. Tak mnie omotał, wmówił, że te lekarstwa są niezbędne i że bez nich będę chora.
Akurat ja się nie łapię na żadne oferty nie do odrzucenia właśnie dzięki podobnej wizycie, która nauczyła mnie zachowania rozsądku. Miałam analogiczną sytuację do tej mojej siostry, u pewnej Japonki, która próbowała wyleczyć moją alergię skórną roztworem srebra, wyciągiem z japońskiego korala i sokiem z owoców Noni. I pamiętam jak mi wtedy mówiła: "Jedz i pij tylko to, co rośnie sezonowo u ciebie w kraju. Zimą unikaj cytrusów, a latem sięgaj po polskie owoce i warzywa."
A jak zapytałam, dlaczego w takim razie koniecznie muszę pić sok z Noni, które nigdy nie rosły na naszych ziemiach - zaniemówiła. Wyliczyła, że powinnam kupić ziół i innych smarowideł za 500 złotych. Odmówiłam, powiedziałam, że mnie nie stać. Swoją drogą po jej maściach i specyfikach, które mi wtedy nałożyła na skórę miałam jeszcze większy stan zapalny…
A jak zapytałam, dlaczego w takim razie koniecznie muszę pić sok z Noni, które nigdy nie rosły na naszych ziemiach - zaniemówiła. Wyliczyła, że powinnam kupić ziół i innych smarowideł za 500 złotych. Odmówiłam, powiedziałam, że mnie nie stać. Swoją drogą po jej maściach i specyfikach, które mi wtedy nałożyła na skórę miałam jeszcze większy stan zapalny…
I to właśnie asertywność popłaca. Ale nie zawsze mamy siłę, aby ją wyrazić. I kiedy dziś dostaniesz kolejną wiadomość od telefonii komórkowej, banku, gabinetu kosmetycznego lub siłowni, przypomnij sobie ten artykuł. I powiedz NIE, DZIĘKUJĘ. Im częściej to będziemy powtarzać, tym większa szansa, że nie damy się zwariować.
Chcesz więcej STYLU? Polub nas na Facebooku!
