
Co łączy Britney Spears i Ala Pacino? Na pewno nie poziom talentu. Ale bez wątpienia obie te postacie mają status światowych gwiazd. Zapowiedziane wizyty tych artystów w naszym kraju stały się wielkimi, medialnymi wydarzeniami. Choć aktor niemal w ostatniej chwili odwołał swój przyjazd, cieszył się ogromnym zainteresowaniem. Co sprawia, że przyjazd przebrzmiałych już gwiazd wywołuje w nas takie emocje?
Britney Spears miała pojawić się w Polsce już w lipcu 2009 roku. Koncert gwiazdy lat 90'tych został jednak odwołany, bo organizator miał nie spełnić wymaganych w umowie warunków. Amerykanka zdecydowała się jednak przyjechać do Polski teraz, ale tylko po to, by... promować bieliznę w centrum handlowym.
Nostalgia, ale za czym? Angelika Swoboda, ekspert show-biznesowy portalu Gazeta.pl uważa, że działa tu przede wszystkim efekt nostalgii. – Britney Spears nigdy nie była moją idolką, nigdy mnie nie kręciła, bo od początku wyczuwałam w niej jakąś nieszczerość. Wydawała mi się sztucznym tworem obliczonym tylko na zyski. Ale przypuszczam, że osoby, które dorastały w momencie, kiedy ona była na topie, pewnie chciałyby ją zobaczyć. Ja sama pomyślałam, że może pójdę do Tarasów i zobaczę, jak ona teraz wygląda – mówi znawczyni show biznesu.
Angelika Swoboda
– Britney Spears nie jest twórcą, tylko odtwórcą, słabo wypadającym bez playbacku – mówi zaś dziennikarka Karolina Korwin-Piotrowska. Jej zdaniem, piosenkarka jest świetnym produktem skrojonym na potrzeby nastoletniej publiczności z końca lat 90-tych. – Jej debiutancka płyta była sukcesem, ale w tym samym czasie zaczęła być więźniem swego wizerunku. Jej publiczność dorastała, zmieniał się rynek muzyczny i gusta ludzi. Dzisiaj nic innego jej nie pozostaje, jak promocja bielizny – mówi blogerka naTemat.
Świat kaset i taśm Czy dzisiejsze gwiazdy, których czasy świetności przypadały już w erze powszechnego dostępu do internetu, również mogłyby po latach budzić tak duże zainteresowanie, jak przyjeżdżające do Polski na zarobek gwiazdy? Raczej nie. Karolina Korwin-Piotrowska wskazuje, że zmienił się sposób odbioru, a właściwie "konsumowania" muzyki.
Ale nawet przy największym talencie, jak w przypadku Ala Pacino, kariera artysty mogłaby nigdy nie nabrać takiego rozmiaru, gdyby jej czas nadszedł nieco później. Dzisiejsze gwiazdy mogą co najwyżej pozazdrościć tym, którzy stawiali pierwsze kroki na scenie w czasach przed-cyfrowych, czyli świecie taśm i VHS-ów.
Jak mówi krytyk filmowy Wiesław Kot, to właśnie popularyzowanie danego nośnika ma kolosalny wpływ na to, kogo i w jakim zakresie odbieramy. – W dobie kin, kiedy nie było jeszcze innych możliwości, poza zbiorowym pójściem na tą samą godzinę, aby obejrzeć film, popularność gwiazd była o wiele silniejsza. Ich oglądanie wiązało się z pewnym świętem, niezwykłością i selekcją – przypomina Kot.
Zdarte, "uświęcone" kasety Gwiazdy takie jak Pola Negri widziało o wiele mniej osób na świecie, niż dzisiaj rozpoznaje przeciętną gwiazdeczkę serialową. Ale ponieważ nie było możliwości pokazania zbyt wielu osób, to osobowości jak Negri czy Charlie Chaplin były wywindowane o wiele wyżej i rozpoznawalne na całym świecie. – Ludzie o wiele mocniej się do nich przywiązywali, niż do dzisiejszych, nawet bardzo rozpoznawalnych osób – podkreśla krytyk. Między innymi dlatego, gdy na początku XX wieku chowano znaną aktorkę, za trumną szły kilkutysięczne pochody.
Wszystkiego było mniej, więc na te same filmy chodziliśmy częściej i oglądaliśmy te same osoby. Podobnie było w świecie muzyki. Jak mówi Wiesław Kot, Stanisław Mikulski jest znany nie dlatego, że w poprawny sposób zagrał w serialu "Stawka większa niż życie". Znamy go dlatego, że wszyscy siadali przed telewizorami przy rodzinnym obiedzie i oglądali razem ten serial w niedzielne południa.
Wiesław Kot
Wiesław Kot wskazuje, że artyści ery VHS i kaset magnetofonowych oraz efekt nostalgii, o którym mówiła Angelika Swoboda się łączą. – Jeśli coś nas zafascynuje w wieku pięciu, dziesięciu czy piętnastu lat, to pamiętamy to na całe życie – mówi krytyk.
– Gdyby dziś startował Al Pacino czy Dustin Hofman, to może nie zniknęliby w masie aktorskiej, ale ich wyrazistość a tym samym pozycja gwiazdorska byłaby z pewnością o wiele, wiele niższa. To, że dostęp do nich był selekcjonowany, limitowany z powodów czysto technologicznych, działał na ich korzyść. Dzięki temu, że mieli czas tworzyć swoje kreacje, my dziś o nich pamiętamy – mówi Wiesław Kot.
