
Była lekarka pogotowia, która prawdziwą karierę zaczynała dopiero w III RP? Jeżeli wydawało się Wam, że tak jednym zdaniem można opisać w pełni transparentną biografię premier Ewy Kopacz i nikt nie znajdzie na nią typowych w polskiej polityce haków, to byliście w grubym błędzie. Opozycja tylko czekała na jej zaprzysiężenie z ich całą garścią, a największą sensację na temat kontrowersyjnej przeszłości Ewy Kopacz dostarczył właśnie... jej koalicjant.
Najgorsze, co zwykle można usłyszeć o Ewie Kopacz to, że jest zbyt nerwowa i łatwo wpada w widoczne gołym okiem rozdrażnienie. Mówi się, że zwykle zdarza się jej tak reagować, gdy po prostu zbyt długo nie ma czasu na papierosa, bo nowa premier od lat zmaga się z nikotynizmem. Jak na szefa rządu znad Wisły, to bardzo mało "haków". – Pomyślałem właśnie, że Ewa Kopacz jest pierwszym premierem III RP bez żadnego politycznego "recordu" lat PRL. Nowa generacja polityków? – komentował w środowy wieczór Konrad Piasecki jeden z czołowych dziennikarzy politycznych.
Szybko to wrażenie zweryfikował jednak rzecznik Polskiego Stronnictwa Ludowego Krzysztof Kosiński. Młody poseł ludowców przypomniał, że i Ewa Kopacz miała niezbyt chlubny dla polityka jej opcji PRL-owski epizod i działała w Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym. Czyli chłopskiej przybudówce do PZPR, która przez okres komunizmu wspierała autorytarną władzę, a po upadku PRL zmieniła nazwę na PSL.
Na ten kąsek podrzucony przez rzecznika PSL szybko rzuciła się więc prawica. Jeszcze w środowy wieczór informacja o "PRL-owskim uwikłaniu" nowej szefowej rządu obiegła czołówki wszystkich najpopularniejszych po prawej stronie mediów. Co ciekawe, polityczne początki w ZSL mają być dla niej kompromitujące, choć nikt wcześniej nie miał problemu z tym, że najważniejszymi członkami tegoż ZSL w końcu lat 80-tych byli zarówno Waldemar Pawlak, Janusz Piechociński, jak i... europoseł PiS Janusz Wojciechowski.
Gdy MSW PRL zamordowało ks. Popiełuszkę, Ewa Kopacz wstępowała właśnie do ZSL, partyjki satelickiej wobec komunistów...
W medialnej euforii towarzyszącej desygnowaniu Ewy Kopacz na premiera i faktowi, iż po 20 latach Polską znowu rządzić będzie kobieta, a wszystko to przez wielki prestiżowy sukces związany z wyborem Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej, większość zapomniała jednak, że potencjalnych haków na nową szefową rządów prawica ma wbrew pozorom całkiem sporo.
Takie sugestie pojawiły się, gdy wyszły na jaw rosyjskie błędy przy identyfikacji zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej i konieczne okazały się ekshumacje części ze zmarłych. Wówczas przypominano słowa Ewy Kopacz, która po powrocie z Rosji w kwietniu 2010 roku przekonywała w Sejmie, że teren katastrofy gruntownie przebadano. – Gdy znaleziono najmniejszy szczątek na miejscu katastrofy, wtedy przekopywano z całą starannością ziemię na głębokości ponad 1 m i przesiewano ją w sposób szczególnie staranny – zapewniała.
Podobnie jak wątki aborcyjne. To kolejny cień działań sprzed wielu lat, który bez wątpienia wróci ze zdwojoną siłą wobec nowej premier. - Bez aktywnego współuczestnictwa minister Kopacz nie doszłoby do zabójstwa dziecka - grzmiał w 2008 roku publicysta katolicki Tomasz Terlikowski.
Jak przekonuje politolog Instytutu Nauk Politycznych UW i ekspert w zakresie marketingu politycznego dr Olgierd Annusewicz, w dzisiejszej polityce nad Wisłą nawet cała galeria "haków" na poszczególnych polityków i tak niewiele może zmienić. – W polityce liczy się grupa docelowa. To, że ona pomogła nastolatce znaleźć miejsce, gdzie ta mogła usunąć ciążę, dla potencjalnych wyborców będzie raczej plusem. Podobnie jeśli chodzi o Smoleńsk. W pamięci zbiorowej bardziej odciska się to, że była wtedy z rodzinami ofiar i wzięła na siebie ten niebywały ciężar emocjonalny – ocenia.
Od wszelkich typowych "haków" z przeszłości bardziej może jej szkodzić, że będzie kiepskim premierem, nie da rady zrealizować obietnic Donalda Tuska, a w Platformie będą ciągłe konflikty.
Zdaniem dr. Annusewicza, w obecnych realiach politycznych fakt, że ponad 25 lat temu Kopacz była szeregowym członkiem ZSL może wzbudzać emocje wśród polityków i dziennikarzy, ale tym bardziej nie ma żadnego znaczenia dla najważniejszych rozstrzygnięć w walce o wyborcę. Politolog przypomina, że PRL-owska przeszłość nie zaszkodziła nawet kandydatom startującym w ostatnich wyborach z list PiS. – A partia ta wystawiła przecież osoby, które były wysoko postawionymi funkcjonariuszami PZPR – dodaje ekspert.
