
To miały być zwykłe wakacje, a zmieniły całe jej życie. Katarzyna Starosta od kilku lat prowadzi równolegle życie w dwóch różnych światach. Początkowo próbowała żyć w Egipcie "po europejsku", ale bardzo szybko okazało się, że to ona musi się zmienić i zaakceptować muzułmańskie zasady. Właśnie dzięki temu udaje jej się wraz z mężem Egipcjaninem budować miejsce, do którego każdy z nas może pojechać na wolontariat. Pod jednym warunkiem...
REKLAMA
Jak to się stało, że dziewczyna z Polski zakłada eko-farmę w Egipcie?
Katarzyna Starosta: Wszyscy pytają o początek, a ten był dość banalny. Do Egiptu najczęściej jeździ się na wczasy albo nurkowanie. Nie jestem typem wczasowicza, więc wyjechałam do Dahab w Egipcie, wiosną 2011 roku na nurkowanie, które skończyło się życiową rewolucją.
Bo?
Bo poznałam tam ludzi, którzy zajmują się ekologią, odpowiedzialną turystyką i tematami związanymi ze zrównoważonym rozwojem w Egipcie. Brzmi dość egzotycznie, biorąc pod uwagę, że w tym czasie kraj kojarzył się głównie z obaleniem wieloletniej dyktatury Mubaraka i rewolucją, która zaczęła się dla mediów na Placu Tahrir. Tymczasem w Dahab, które leży na w południowej części Synaju, ok. 100 km od popularnego Sharm el Sheikh - nie było żadnej politycznej rewolucji. Jeszcze w latach 60-tych, kiedy była to praktycznie Beduińska wioska, Dahab odkryli hipisi i nurkowie. I ten klimat pozostał praktycznie do dzisiaj, choć teraz to już spore miasto, zamieszkane przez Beduinów, Egipcjan i sporą grupę Europejczyków. Wszyscy mieszkańcy żyli z turystyki, obsługi hotelowych gości, organizacji nurkowań, pustynnych safari, prowadzenia sklepów, restauracji itp. Po rewolucji w 2011 roku turystyka praktycznie przestała istnieć i wiele osób z tygodnia na tydzień straciło środki do życia, szukało alternatywnych rozwiązań. I wtedy mniej więcej tam trafiłam.
Zobaczyłaś inny Egipt?
Dokładnie tak. Właściwie to najpierw zobaczyłam, to czego turyści nigdy nie widzą a potem dopiero trafiłam na wszystkie stereotypy - mniej lub bardziej prawdziwe - o tym kraju. Spotkałam tam ludzi, którzy zaczęli myśleć o tym jak stworzyć w Dahab lokalną społeczność, która zajmie się tym miastem. Jak? Zaczęło się chyba od rewolucji śmieciowej na ulicach, akcji oczyszczania plaż i rafy, która ciągnie się praktycznie wzdłuż całego miasta. Dahab jest położone nad Zatoką Akaba a z drugiej strony miasta rozciągają się pasma górskie południowego Synaju. Zasobów dobrej wody pitnej jest tam stosunkowo niewiele. Wiesz jaka była nasza odpowiedź na falę 'Ice Bucket Challenge'? Dahab Waste Challenge ...
Ok, spotkałaś w Dahab egipskich pasjonatów ekologii, i co dalej?
Zaczęliśmy rozmawiać na plaży właśnie o ekologii, o odpowiedzialnej turystyce i wydawało mi się, że na tym się skończy ale życie dopisało własny scenariusz. Jestem z zawodu menadżerem public relations i jeden ze znajomych nurków poprosił mnie, żebym zajęła się promocją jego firmy nurkowej w Hurghadzie i Dahab. Zgodziłam się, zaczęłam pracować i któregoś dnia poznałam tam mojego obecnego partnera. Świat w ciągu miesiąca stanął na głowie ;)
Mieszkasz w Egipcie?
Dzielę czas miedzy Polskę i Egipt. W Dahab budujemy nasz górski kemping i farmę ekologicznej. W Polsce prowadzę różne projekty PR i zakładam NGO - nasza fundację Panorama, która pozwoli nam się dalej rozwijać. Prowadzę na facebooku profil Eco Dahab i staram się pokazywać, co robimy w mieście. Ten inny Egipt. Na południowym Synaju, z racji rewolucyjnego jeszcze PR-u całego Egiptu i szerzej - całego regionu, trudno o pracę. Dlatego rzadko mamy okazję przyjmować gości i organizować teraz safari. Mam nadzieję, że to się niedługo zmieni, bo to niesamowity przyrodniczo i kulturowo region.
A jak to się stało, że założyliście farmę?
Właściwie zaczął to mój partner, już w 2004 roku. Znalazł oszałamiające miejsce, bo na zboczu góry, tuż nad Dahab - z widokiem na Zatokę Akaba i dahabską lagunę. Zaczął budować tarasy widokowe i kemping, na których organizował beduińskie barbeque dla gości, prowadził pustynne safari, organizował nurkowania. Do tej pory twierdził, że wyniósł się z miasta na wieś. Ja bym powiedziała, że raczej sam sobie tą wieś stworzył za miastem, bo jesteśmy jedyną farmą w tej okolicy. Gdy rzez rewolucję turyści przestali przyjeżdżać górski kemping praktycznie przestała działać, podzielił los całego miasta.
Ja pojawiłam się tam kilka lat później, tuż po rewolucji. Razem zaczęliśmy szukać jakiegoś sposobu, aby przetrwać, bo nie było żadnej pracy. Kemping jest położony w miejscu, w którym nie ma miejskiej wody i prądu. Korzystamy z generatorów prądotwórczych a wodę pitna i gospodarczą dowozimy do specjalnie zbudowanych na terenie zbiorników. Chcieliśmy robić coś co nas fascynuje i jednocześnie pozwoli uniezależnić od dostaw z miasta . Stwierdziliśmy, że będziemy budować kemping metodami naturalnymi i recyklingowymi na przykład ze szklanych butelek, z gliny, kostek słomy (strawbale), kamieni. drewna, palmowych liści. Budynki gospodarcze np. kurniki zbudowaliśmy z worków z piaskiem i starych opon. Musieliśmy uruchomić życie farmy i kempingu przy minimalnych nakładach.
A jak uruchamia się życie na egipskiej pustyni?
Tak jak wspomniałam zbudowaliśmy zbiorniki na wodę do podlewania farmy. Teraz kupujemy ją w mieście, zawozimy na górę na naszą farmę i kemping, napełniamy zbiorniki. Ziemię pod farmę, prawie 5 ha najpierw wyrównaliśmy, potem czyściliśmy z kamieni, naturalnie nawoziliśmy. Potem skonstruowaliśmy system do podlewania, podzieliliśmy ziemię na ogrody warzywne, grządki zielarskie i ogrody z drzewkami owocowymi. Z delty Nilu przywieźliśmy sadzonki drzew i niektórych warzyw oraz nasiona. Wszystko posadziliśmy, podlaliśmy, właściwie podlewaliśmy codziennie jeszcze przed wschodem słońca i patrzyliśmy jak rośnie. Tuż obok było ok. 200 kur i kaczek dla których budowaliśmy specjalne wybiegi.
Brzmi to dość ekstremalnie.
Jak dla mnie, czyli osoby wychowanej w okolicach Warszawy, było to poznawanie tego sposobu życia od zera. Wieś na pustyni. Gdyby ktoś wcześniej mi to opowiedział...
Jak dziś wygląda wasza farma?
Jest zlokalizowana tuż obok kempingu który prowadzimy. Mamy około 7 ha ziemi, ok 5 ha przeznaczonej pod uprawy. Ale to trudna ziemia, kapryśna [śmiech]. Trzeba wielkiej pracy, żeby ją przygotować, i żeby coś na niej wyrosło. Na początku działaliśmy sami i korzystaliśmy z własnych doświadczeń. Mój mąż pochodzi z delty Nilu, gdzie są tereny uprawne, więc jako chłopak uczył się różnych technik i skończył technikum rolnicze. Ja pochodzę z kraju rolniczego, więc coś tam wiem. Dużo czytaliśmy, szukaliśmy rady u ludzi z całego świata, głownie tych, którzy odważyli się coś wysiać na pustyni.
I jak, wystarczyło?
Na prawie trzy lata wystarczyło. Okazało się jednak, że nasza wiedza rośnie a plony maleją. Rosły arbuzy, marchewki, sałaty, melony, okra, zioła. Kwitły nam drzewka owocowe - granaty, limonki, pustynne jabłonki, mango i figowce. Świetnie przyjęły się drzewa oliwne i moringa. Przez pewien czas byliśmy w stanie wyżywić siebie i zwierzęta. Potem wszystko nikło w oczach. Ziemia dała nam wszytko, co miała i pomimo nawożenia stawała się zbyt jałowa, a my postanowiliśmy jeszcze raz zacząć planowanie farmy i jej kompletną przebudowę. Zaczęliśmy szukać modelu, który by się sprawdził w tych warunkach i byłby zgodny z naszymi przekonaniami o naturalnym rolnictwie. Trafiliśmy na model permakulturowy. Taka farma w modelu 'desert gardening' powstała kilka lat temu bardzo blisko nas, w Jordanii i ma się świetnie. To nas zainspirowało i zaczęliśmy zbierać wszystkie możliwe informacje.
To znaczy?
Permakultura, w dużym skrócie, to gałąź ekologicznego projektowania, samodzielnego zaprojektowania środowiska, w którym żyjemy. Chodzi o stworzenie zrównoważonej architektury miejsca, w którym mieszkasz i systemu rolniczego, który ma zdolność samoregulacji - takiej jak występuje w ekosystemach naturalnych. Permakultura dla nas, w Dahab to sposób na rozwój i samowystarczalność. Ale najpierw musimy całą farmę przeorganizować zadając sobie pytania a propos każdego z jej elementów: gdzie jest jego miejsce? gdzie go umieścić z korzyścią dla całego ekosystemu? Ten model podoba nam się bardzo również z tego względu, że ceni bardziej całość farmy i jej działanie niż pojedyncze składniki, uczy planowania, przewidywania i cały czas jest poznawaniem roślin, zwierząt, warunków atmosferycznych, pracy gleby - ich rytmu i współpracy. Wszystko się łączy i ma na siebie wpływ. Redukujemy ilość odpadów, bo staramy się zużywać je na nowo np. organiczne resztki z kuchni trafiają do kompostu albo ... na grządki. Bardzo wiele warzyw można w ten sposób ponownie posadzić. Ale cały model trudno tak od ręki opisać. Biorąc pod uwagę to, co dzieje się obecnie w Egipcie, tworzenie gospodarstw bazujących na energii słonecznej i produkujących własną żywność i jej wzajemną, społecznościową wymianę - powinno się sprawdzić. Co więcej duża ilość wiedzy na ten temat funkcjonuje w internecie i jest dostępna w źródłach typu 'open source'. Ludzie na całym świecie tworzą i wymieniają się doświadczeniami.
Co dalej?
Planujemy uruchomienie fundacji, która nazywa się tak jak nasz dom na zboczu góry - Panorama - i ośrodek wolontariacki dla ludzi, którzy chcieliby przyjechać i uczyć się z nami budowania samowystarczalności. Współpracujemy już z Beduinami, Egipcjanami i Europejczykami, którzy tworzą lokalną społeczność. Mam nadzieję, że fundacja pomoże nam zebrać fundusze na wszystkie projekty, które wymyśliliśmy - zarówno przebudowę farmy jak i rozkręcenie bazy wolontariackiej.
Czy farma zarabia na siebie?
Teraz zarabiamy raczej na urządzaniu safari i organizacji różnego rodzaju imprez dla turystów w Panoramie. To raczej kropla w morzu obecnych potrzeb, czasem wystarcza tylko na zapełnienie zbiorników do podlewania. Farma obecnie czeka na wielką przemianę i korzystamy z niej na własne potrzeby hodując warzywa i utrzymujemy ogród z drzewkami owocowymi i oliwnymi.
Przyjeżdżali już do was goście na farmę?
Tak, dużo osób do nas pisze, że podoba im się to, co robimy, a kilkadziesiąt osób już u nas było. Głównie z organizacji WOOOF ( Worldwide Opportunities on Organic Farms), którego jesteśmy członkami i mamy swój profil na ich stronie. Wolontariusze z WOOOF mieszkali z nami, pracowali na farmie, pokazywaliśmy im region i wzajemnie uczyliśmy się od siebie mnóstwa rzeczy.
I jeszcze chcieli za to płacić?
Nie, wolontariusze nie płacą. Pomagają nam ok. 5-7 godzin dziennie na farmie i kempingu, a my w zamian dajemy nocleg i wyżywienie. Na pewien czas stają się członkami rodziny a potem utrzymujemy kontakt w internecie. Płacą nam tylko osoby, które chcą przyjechać po prostu na wakacje, safari albo nurkowania, ale jak ktoś chce z nami współtworzyć to miejsce, jest traktowany jak domownik. A przyjeżdżają do nas ludzie z całego świata. Byli wolontariusza ze Stanów Zjednoczonych,dziewczyna z Brazylii i kilka osób z Europy.
A z Polski?
Tylko dwie osoby. Ale odwiedziło nas też sporo moich znajomych i jak to na farmie - jest generalna zasada - jak pojawiają się jakieś wolne ręce do pracy, to natychmiast trzeba je wykorzystać, bo nie wiadomo jak długo zostaną (śmiech). Jeśli ktokolwiek do nas przyjeżdżał, na dzień, dwa czy nawet na pół, to coś wspólnie tworzyliśmy.
Co mówili twoi znajomi z Polski, gdy zobaczyli jak żyjesz?
Ludzie różnie reagują. Niektórzy pytają: "To ty tam jeszcze jesteś?". Dziwią, choć zawsze prowadziłam życie związane z projektami outdoorowymi, rajdami przygodowymi albo ekstremalnymi sportami itd. Ale ok - nigdy nie zajmowałam się rolnictwem, to prawda. Drugi typ reakcji to zdziwienie, że częściowo żyję wśród Muzułmanów. Pytają jak sobie z tym radzę. Odpowiadam, że codziennie inaczej (śmiech) i bardzo trudno przełożyć to doświadczenie na zrozumiały język tutaj, bo opiera się na niuansach codziennego życia stamtąd.
Był etap, że moi znajomi zwyczajnie bali się o mnie. Z tamtych czasów pochodzi zwyczaj zostawiania maila u przynajmniej dwójki przyjaciół - z 'kompletnymi namiarami' na mnie, numerami paszportów i z oznaczeniem miejsca farmy w GPS ... Plus rejestracja na stronach dla wyjeżdżających w 'trudne regiony świata" na stronie polskiego MSZ. Rozumiem to i jestem im bardzo wdzięczna. Świat do którego wyjechałam jest dla większości osób zupełnie obcy. Intensywność, z jaką ja się w nim poruszam, to kompletne zaskoczenie nawet dla mnie.
A mieli jakikolwiek powód, żeby się martwić?
Trochę tak, bo chociaż rewolucja odbywała się głownie w dużych miastach, byłam w kraju, gdzie to wszystko się działo. A kulturowo - do tej pory ogarniam tutejsze niuanse. Muzułmanie w obecnych czasach też nie mają najlepszego PR-u na świecie, mówiąc delikatnie. Ale ja nie doświadczyłam niczego złego od tych ludzi, spotykam się z nimi w domach, traktują mnie już jak 'część krajobrazu' (śmiech). Różnic kulturowych jest naprawdę wiele i trzeba się z nimi oswoić, a tak naprawdę dostosować. Niektórzy próbują żyć w Egipcie po europejsku i ja też miałam taki pomysł, licząc na współpracę z drugiej strony. Ale to trudne, bo większość osób z którymi przebywam nigdy nie była i nie będzie w Europie. Jak mają zrozumieć o co mi chodzi? Podjęłam decyzję, że skoro chcę tu żyć, to muszę wziąć to życie w całości. Oczywiście tysiące razy że kusi mnie, żeby się postawić ...
A to ma sens?
Nie ma. W większości wypadków. I sama nie wiem dlaczego mi to nie przeszkadza. tzn. teraz nie przeszkadza. Jeszcze trzy lata temu zdarzało mi się buntować wobec rzeczy, które tam są oczywiste i nie rozumiałam, pytałam "jak to, pogadajmy, na pewno da się coś zmienić". Teraz jestem już na tyle mądra, aby szukać sposobów aby znaleźć jakieś wspólne mianowniki. Najczęściej robię swoje. Tak było z farmą, z kempingiem. Bez gadania łatwiej jest mi kogoś zaangażować w moje pomysły. Tylko pracą, pokazywaniem nowych, przydatnych rzeczy. I to było dla mnie odkrycie, bo zawodowo i prywatnie do tej pory przeważnie gadałam (śmiech)
Jak Egipcjanie reagują na kobietę, którzy przyjeżdża z Polski i tworzy na miejscu eko farmę?
W tych rejonach kobieta pozostaje zawsze o krok za mężczyzną, choć w miejscowościach turystycznych jest zawsze obyczajowo luźniej. Nie zmienia to jednak faktu, że bycie partnerką muzułmanina, społecznie stawia zawsze cię na tej pozycji. To było dla mnie bardzo trudne i na początku przyznam słabo odnajdywałam się w tej roli. Ale tam jeśli kobieta zaczyna czegoś publicznie żądać, to jest faux pas, bo to mężczyzna jest organizatorem życia ( nawet jeśli w domu role się kompletnie odwracają). Parę razy, kiedy chciałam coś załatwić i jeszcze w dodatku szybko, poza domem - 'wkraczałam do akcji'. Nic mi z tego nie wychodziło, a mój partner obserwował to z ciekawością. Mówił, że tylko czeka, aż sama się dowiem jak zrobić, aby ludzie mnie słuchali.
I nauczyłaś się?
Tak, po jakimś roku. Wiesz w tym klimacie jest zdecydowanie za gorąco, żeby marnować energię (śmiech). Zdecydowanie lepiej załatwia się sprawy przez mojego partnera. Najpierw omawiamy kwestię i wysyłam jego, żeby załatwił sprawę. Konkretnie idziemy już razem, on zaczyna i potem wspólnie uczestniczymy w rozmowach, słuchają mnie. To było maksimum tego, co można było tam osiągnąć. Moja hm - europejskość sprawia, że wolno mi o wiele więcej niż kobietom arabskim. One funkcjonują tylko w kręgu rodzinnym i w domu, a ja biegam po mieście. Ale zawsze - bo to częste pytanie - mam ze sobą jakąś fajną chustę na głowę. Gdy spotykam się w towarzystwie choćby częściowo muzułmańskim - zarzucam ją na głowę. Z szacunku dla kultury w której jakby nie było jestem gościem. U nas w tym samym geście zdejmuje się nakrycie głowy przy powitaniu, prawda?
A co czujesz, gdy wracasz do Polski, wysiadasz na lotnisku. Mówisz "nareszcie", czy raczej "o nie, znowu".
Przede wszystkim jest mi zawsze chłodniej, czyli super. A psychicznie? Na początku to było zderzenie. Egipt mnie fascynował, oglądałam go od wewnątrz, więc gdy byłam tu, czułam się jak na głodzie. Może bałam się do tego przyznać, ale od początku wiedziałam, że to moja życiowa fascynacja. Jak wysiadałam na lotnisku w Warszawie, czułam się, jakbym uderzała głową w mur. Teraz już jest lepiej. Robię dziś to, co kocham i tam i tu. Żyję obok człowieka, który dzieli ze mną tą pasję. Tam praktycznie nie dostrzegam tych wszystkich trudności, mobilizuje się. Jak czegoś brakuje, to robię coś, abyśmy za chwilę to zdobyli. Trudności widać lepiej z Polski i bywa, że pytam ' dziewczyno czy ty aby na pewno tego chcesz?' Chcę. (śmiech)
A wyobrażasz sobie, że będziesz musiała wrócić i siedzieć w biurze, jako menadżer public relations?
Często mi się to zdarza, nawet teraz. Nie porzuciłam zawodu, bo hm , ekonomicznie jest to niemożliwe. Zresztą ten zawód mi pomaga, bo PR-owiec jest elastyczny, cierpliwy i umie słuchać. A to się szczególnie przydaje się nawet na pustyni na Synaju w rozmowie z Beduinami
