
PiS, PSL i SP odrzuciły projekt ratyfikacji konwencji o zwalczaniu przemocy wobec kobiet. – Godzi w tradycję i religię chrześcijańską – brzmi jeden z argumentów. Obawa przed gender (a więc płcią, która odgrywa tu rolę zasadniczą) sprawia, że milion polskich kobiet, które co roku padają ofiarami przemocy, zostanie pozostawiony sam sobie. To nie pierwszy raz, kiedy kwestie dotyczące kobiet są cynicznie wykorzystywane przez politycznych oportunistów.
Osły ważniejsze niż kobiety
Zdaniem prawicy konwencja forsuje ideologię gender, a przecież równości płci nie ma. Racja – w tym sensie nie ma, bo to kobiety stanowią 90 proc. ofiar przemocy. Jej sprawcami są przeważnie mężczyźni.
To co wydarzyło się w Sejmie podczas debaty o konwencji i odłożenie głosowania na październik to nie tylko kwestia elementarnej wiedzy posłów i posłanek na temat konwencji, ale też element cynicznej gry politycznej. Przemoc to zjawisko, z którym nikt nie chce się stykać, nikt nie chce jej doświadczać, a mimo to nie ma poparcia dla konwencji.
Powiedziałam mu, że jest nienormalny, że tak późno wrócił i że ma wyprasować koszule i spodnie sobie i synom. Mamy trójkę dzieci w wieku 9, 6 i 4 lata. Efekt był taki, ze on oparzył mnie żelazkiem na ramieniu, kilkanaście razy popchnął, rzucał przedmiotami nawet jeszcze po moim wyjściu z domu. A do syna powiedział, niech Ci ta ku.wa poda marynarkę. Na co 9-letni syn podszedł i powiedział do mnie ku.wo
W związku małżeńskim jestem od prawie 10 lat. Przemoc zdarzała się od samego początku, ale ja nie zdawałam sobie z tego sprawy. Wyszłam za mąż bardzo młodo. W tej chwili mam 28 lat. Raczej się nie dawałam, działałam na zasadzie, że nie dam się bić. Nie jestem filigranowa, więc kiedy on mnie bił, to ja mu oddawałam. Obudziłam się, że coś jest nie tak, kiedy uderzył mnie z pięści w twarz, wtedy straciłam przytomność i miałam podbite oko. To było 4 lata temu, wtedy nie miałam fachowej wiedzy o przemocy, więc nawet nie zrobiłam obdukcji.
Chyba dlatego, że ja zaznawałam, a właściwie dalej zaznaję przemocy także ze strony własnego ojca. Były takie sytuacje, że ojciec mnie uderzył, a mąż mi poprawił. Ja już tego nie wytrzymałam, trójka małych dzieci, studia i dwóch oprawców. Życie mnie przygniotło, załamałam się, dopadła mnie depresja. 4 lata brałam leki, żeby z tego wyjść. Do tego zero wsparcia ze strony rodziny.
Narracja posłów, którzy są przeciw konwencji, jest inna. Małgorzata Sadurska z PiS apelowała do zebranych w Sejmie posłów "dla których ważny jest chrześcijański system wartości, dla których ważna jest polska rodzina, by zagłosowali przeciw tej szkodzącej konwencji, która godzi w polską rodzinę i polską kobietę".
Wtóruje jej Łukasz Wójcicki z walczącej z przemocą grupy „Głosy Przeciw Przemocy”. – Retoryka posłów i posłanek PiS, PSL i SP jest o tyle niezrozumiała, że konwencja nie dotyczy jakiejś wyimaginowanej sprawy dotyczącej gender – tyczy się przemocy – mówi.
Konwencja nie jest wymierzona w rodzinę czy tradycyjną rolę kobiety w społeczeństwie, chodzi w niej wyłącznie o zapewnienie pomocy ofiarom. Z argumentem, że konwencja godzi w rodzinę, nie da się dyskutować, zwłaszcza, jeśli ktoś powołuje się przy tym na prawo boże. To się wpisuje w szerszą dyskusję o strachu przed gender, jakby konwencja miała tylnymi drzwiami wprowadzić jakieś nowe wyobrażenie o rodzinie.
Prawa kobiet są w Polsce marginalizowane w zasadzie od 1989 r., począwszy od dyskusji na temat ustawy o planowaniu rodziny i przerywaniu ciąży. Debata na temat dopuszczalności aborcji miała różne odsłony, ale zawsze twarde stanowisko prezentował w niej Kościół katolicki, a w konsekwencji politycy o konserwatywnym nastawieniu. Prawa kobiet były zatem elementem gry - zarówno przy przyjmowaniu tzw. kompromisu aborcyjnego, jak i przy dyskusjach na temat zmiany Konstytucji czy zakresu klauzuli sumienia. Ratyfikacja Konwencji o Przeciwdziałaniu Przemocy Wobec Kobiet stała się także elementem gry politycznej.
