
W obszernym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Grażyna Kulczyk opowiada o swojej miłości do sztuki, wspaniałym wpływie Starego Browaru na alkoholików oraz zaznacza, że nie jest feministką.
Wśród odwiedzających nas w pierwszych dniach klientów zdarzali się np. także tacy, którzy - eufemistycznie rzecz ujmując - przed wizytą, od 10 rano, zdążyli wypić już kilka piw i wpadali zobaczyć nowe miejsce. Ale niesamowite było to, jak oni reagowali na Browar, jak się "dyscyplinowali". I nawet nie było tak, że ktoś im mówił: "Panowie, fajnie by było, jakbyście tu przychodzili trzeźwi". Nie. Oni sami, wchodząc do Browaru i widząc ten publiczny luksus, chowali za siebie butelki, nagle czuli się skrępowani. A następnym razem przychodzili bez nich.
Grażyna Kulczyk wspomina swoje dzieciństwo i to, że ojciec wychowywał ją jak chłopaka. Dodaje, że być może dlatego jest w stanie znieść więcej niż mężczyźni. Jednak absolutnie nie uważa się za feministkę. Mówi: "uważam, że nie muszę walczyć o to, co mają mężczyźni. Ja to po prostu mam". Zabawne jest jednak to, że po chwili wygłasza zdania, których nie powstydziłaby się żadna feministka.
Nawet o młodych dziewczynach mężczyźni mówią, że im mniej wolno. To jest okropne. Ja odsyłam tych panów do XIX wieku. Mówię: "Spadajcie". Bo oni dają świadectwo o sobie. Nawet nie powinnyśmy być oburzone, tylko im współczuć.
Grażyna Kulczyk nie rzuca jednak słów na wiatr. Ponieważ jej zdaniem sztuka ma zbawienny wpływ na społeczeństwo, miliarderka zamierza udostępnić swoją kolekcję. Chciałaby to jednak zrobić na rozsądnych zasadach partnerstwa publiczno-prywatnego. Kulczyk jest skłonna za swoje pieniądze wybudować odpowiedni budynek, stworzyć kolekcję i udostępnić ją, jednak chce mieć pewność, że przez wszystkie lata funkcjonowania instytyucji nie będzie musiała sama jej finansować.
