
Według niemieckiego tygodnika "Der Spiegiel", który powołuje się na źródła wojskowe, specjalnie utworzone siły szybkiego reagowania nie będą gotowe do akcji w 48 godzin od zgłoszenia niebezpieczeństwa. Tym samym nie zostaną dotrzymane obietnice ze szczytu NATO w Walii.
REKLAMA
Podobno swój sceptycyzm wobec NATO-wskiej szpicy miał wyrazić na zeszłotygodniowym spotkaniu szefów sztabów NATO generał USA Martin Dempsey. Uznał, że żołnierze byliby gotowi do akcji w 48 godzin tylko jeśli spaliby w mundurach.
Ta wypowiedź zirytowała innego wojskowego, głównodowodzącego NATO w Europie Philipa Breedlove'a. Miał on odpowiedzieć Dempseyowi, by takie uwagi zgłaszał raczej do sekretarza stanu USA Johna Kerry'ego i ministra obrony Chucka Hagela, ponieważ to właśnie oni akceptowali plany działania sił szybkiego reagowania. Złudzeń nie pozostawia też niemiecka minister obrony Ursula von der Leyen, która przyznała, że cele dotyczące m.in. liczby sprzętu lotniczego, który w sytuacji alarmowej miałby być dostarczony Sojuszowi w ciągu 180 dni.
W rozmowie z "Bild am Sonntag" tłumaczyła, że taka sytuacja wynika z "braków w zaopatrzeniu w części zamienne oraz awarii śmigłowców dla marynarki wojennej". Oddział szybkiego reagowania był częścią Planu na rzecz Gotowości, opracowanego w związku z agresją Rosji na Ukrainę. Rewelacje niemieckiego tygodnika krytycznie ocenił na Twitterze Minister Obrony Narodowej Tomasz Siemoniak.
