
W piątek w nocy czasu lokalnego na ulicach Hongkongu wybuchły zamieszki, które przeciągnęły się na kolejne dni. Ludzie sprzeciwiają się zmianom, jakie rząd chce wprowadzić w wyborach szefa lokalnej administracji.
REKLAMA
Chodzi o wybory w 2017 roku. Pekin zarządził, że aby ktokolwiek mógł kandydować, musi zostać zatwierdzony przez rządzącą partię. Takie rozwiąznie daje władzy całkowitą kontrolę nad procesem wyborczym.
Protesty zarządził prodemokratyczny ruch Occupy Central with Love and Peace. Aktywiści żądają, by wybory na przewodniczącego rady miasta odbywały się według demokratycznych standardów. Mimo że powyższa organizacja jest ruchem pokojowym i nie zamierza decydować się na rozwiązania przemocowe, to nie wiadomo jak na niesubordynację obywateli zareaguje rząd. Na razie przedstawiciele lokalnych władz namawiają ludzi do powrotu do domów i zapewniają, że policja będzie się starała jedynie zapewnić porządek w mieście.
Do tej pory z protestującymi, którzy robią się coraz bardziej niecierpliwi, radzono sobie pałkami, gazem pieprzowym i prawdopodobnie armatkami wodnymi. Podobno w wyniku tych starć 34 osoby zostały ranne. Około stu okupujących przedarło się w piątek przez ogrodzenie i zajęło siedzibę administracji lokalnej.
Szef administracji regionu Leung Chun-ying stwierdził, że plotki jakoby do interwencji chciano użyć wojska są mocno przesadzone. Wyraził swoje pełne poparcie dla partii rządzącej i zapowiedział, że politycy jeszcze raz pochylą się nad kwestią organizacji wyborów 2017 roku. Z jego ust nie padły jednak żadne konkrety, dotyczące tego, jakie zmiany politycy mieliby wprowadzić.
Źródło: BBC News
