
– Ta koalicja wszystkim ugrupowaniom da zastrzyk w postaci dodatkowych mandatów poselskich – mówi w "Bez autoryzacji" o sojuszu PiS, Solidarnej Polski i Polski Razem Zbigniew Ziobro. Jak twierdzi, w jego środowisku są ludzie, którzy mogą być ministrami w przyszłym prawicowym rządzie. Wśród nich jest m.in. Beata Kempa.
REKLAMA
Na konferencji prasowej, podczas której poinformowano o utworzeniu koalicji na prawicy, pan i Jarosław Gowin staliście dwa metry za prezesem Kaczyńskim. Drobnostka, ale symboliczna. To było pokazanie miejsca w szeregu? Chyba trochę upokarzające….
Nie czepiajmy się drobnostek. Jeśli ktoś ma przerośniętą miłość własną, nie będzie skuteczny w polityce. Gospodarz spotkania zaproponował taka formułę, ja bym z tego nie robił problemu.
Koalicja z PiS to ostateczne przyznanie, że na prawicy nie ma życia bez Kaczyńskiego?
Ordynacja wyborcza do sejmików i Sejmu daje wszystkim uczestnikom bonus za połączenie sił. Dlatego mówiłem wczoraj, że nowy blok wyborczy daje w końcu szansę na skuteczne przejęcie władzy, a więc sukces. Ta koalicja wszystkim ugrupowaniom da zastrzyk w postaci dodatkowych mandatów poselskich.
Tym samym uznaje pan, że bez PiS nie ma szans.
Po wyborach do Parlamentu Europejskiego rozważaliśmy połączenie sił Solidarnej Polski i Polski Razem. Wspólnie uzyskaliśmy do PE 7,5 proc.. Jednak nawet gdybyśmy z podobnym wynikiem weszli do Sejmu, to z uwagi na ordynację uzyskalibyśmy niewielki klub parlamentarny. Drugą opcją było połączenie sił z PiS i w naszej ocenie to było bardziej efektywne. Dlatego to wybraliśmy. Jednocześnie PiS też na koalicji korzysta, bo straciliby sporo mandatów w w Sejmie.
Na etapie negocjacji mówił pan, że pana osoba okazała się problemem. Że PiS ma zastrzeżenia do pańskich ambicji. Na czym stanęło?
Na etapie negocjacji mówił pan, że pana osoba okazała się problemem. Że PiS ma zastrzeżenia do pańskich ambicji. Na czym stanęło?
Już podczas pierwszej rozmowy dostałem propozycję miejsca na liście do Sejmu. Nie mogłem jej przyjąć, bo uznałem, że jestem odpowiedzialny za swoje środowisko. Razem z Jarosławem Gowinem powiedzieliśmy, że nie liczą się nasze miejsca, a liczy się pozycja naszych ludzi. W pewnym momencie, kiedy postawiłem taki warunek, spotkałem się z zarzutem, że moje ambicje są problemem. Dlatego powiedziałem, że jestem gotów wycofać się z polityki, jeśli rzeczywiście ja jestem przeszkodą. Stanęło na tym, że nasze środowiska zawarły pisemną umowę gwarantującą start w wyborach do sejmików, i do parlamentu.
Rozmawialiście z prezesem Kaczyńskim o możliwym prawicowym rządzie? On będzie premierem a pan i Gowin wicepremierami?
Racjonalne jest mówienie o narzędziach, które umożliwią utworzenie rządu, a nie o personaliach. Nie było mowy o nazwiskach. Pewne jest tylko to, że kandydatem na premiera będzie lider największego ugrupowania, lub osoba przez niego wskazana, a my będziemy mieć swój udział. Mamy przecież doświadczonych i kompetentnych ludzi.
Którzy to? Kto nadaje się na ministra?
Część to osoby z zaplecza eksperckiego, które nie chcą, by upubliczniać ich nazwiska. Jeśli chodzi o doświadczonych polityków, to np. Beata Kempa, Arkadiusz Mularczyk, Andrzej Dera. Moja obecność w rządzie nie jest dla mnie na pierwszym planie. Ważne, by powstał rząd i powstała szansa realizacji programu.
Jarosław Kaczyński zapowiedział, że będzie w polityce jeszcze co najmniej przez kilka lat. Nawet do 2030 roku. Wyobraża pan to sobie?
Prezes Kaczyński na pewno jest zdeterminowany, by wygrać wybory. Ma duże doświadczenie. Dla każdego polityka doświadczenie to taki ogród mądrości, z którego może czerpać. Nie widać nikogo, kto mógłby go w PiS zastąpić. Dziś i w najbliższej przyszłości.
