
23-24 października ma się odbyć szczyt UE, na którym przywódcy państw dyskutować będą o sprawach klimatycznych. Planowane przez Unię zmiany stoją w sprzeczności z interesami Polski, w związku z czym Ewa Kopacz i jej ludzie próbują opóźnić rozmowy klimatyczne do następnego szczytu.
REKLAMA
Klimat to jedna z największych kości niezgody między polskimi władzami i Unią Europejską. Forsowane przez UE ostre ograniczenia emisji CO2 – do 2030 r. państwa mają zredukować emisję o 40 proc. – są dla Polski nieakceptowalne ze względu na fakt, że nasza energetyka opiera się w dużej mierze na węglu. Tak ostre obostrzenia spowodowałyby dwukrotny wzrost cen energii dla obywateli, a na to rząd nie może sobie pozwolić.
Do tej pory politycy dość stanowczo sprzeciwiali się redukcji i próbowali forsować odpowiednie dla Polski warunki na poziomie konkretnych rozwiązań. Ostatnio jednak niemiecka gazeta "FAZ" informowała, że polski rząd, czyli "główny krytyk nowych celów UE ws. ochrony klimatu", jest "skłonny do kompromisu". Nie wiadomo jednak, co to dokładnie oznacza.
Jak się teraz okazuje, rząd Ewy Kopacz przyjął inną niż dotychczas taktykę. Jeśli nie uda się wypracować satysfakcjonującego dla naszego kraju kompromisu, spróbujemy opóźnić rozmowy klimatyczne do następnego szczytu UE – oznajmił w TVP1 Rafał Trzaskowski, który obecnie pełni funkcję podsekretarza stanu ds. Unii w KPRM.
Jak dodaje "Rzeczpospolita" na podstawie anonimowych informacji od osób znających kulisy negocjacji klimatycznych, istnieje ok. 60 proc. szans na osiągnięcie "korzystnego dla Polski porozumienia". Gazeta wskazuje przy tym, że zarówno obecnemu przewodniczącemu Rady Europejskiej Hermanowi Van Rompuyowi, jak i Francuzom, zależy na szybkim przepchnięciu pakietu klimatycznego – i groźby opóźniania go mogą być elementem rządowych negocjacji, obliczonym na zmuszenie innych państw UE do ustępstw.
Źródło: "Rzeczpospolita"
