shutterstock.com

To była klasyczna zbrodnia kuchenna. Kolejna kłótnia, on pijany i agresywny, a w niej coś pękło. Później potoczyło się prawie jak w musicalu „Chicago”: „nadział się na mój nóż. Nadział się na niego dziesięć razy”. – Gdybyś była na moim miejscu, zrobiłabyś to samo – mówi Agnieszka (34 lata, wyrok 8 lat).

REKLAMA
Kobiet w więzieniach jest znacząco mniej niż mężczyzn, to tylko 3% polskich więźniów. Ponad 20% z nich skazano za zabójstwo, w większości to właśnie zbrodnie kuchenne, popełnione w desperacji przez ofiary przemocy domowej. W ostatnich latach w strukturze więziennej pojawia się coraz więcej młodych dziewczyn, które agresją bez wysiłku dorównują mężczyznom. Młode, wściekłe i szybkie siedzą za rozboje, kradzieże, napady. Na dnie więziennej hierarchii znajdują się dzieciobójczynie. Inne więźniarki jawnie nimi gardzą i uprzykrzają życie, jak tylko mogą.
Dół to też tzw. alimenciary, kobiety pozbawione praw do swoich dzieci za znęcanie się nad nimi lub zaniedbywanie. Pochodzą często z patologicznych rodzin, jakby nosiły w sobie więzienny gen. Powtarzają historię rodziców, bardzo łatwo je wykorzystać i bywają uzależnione, co nakręca spiralę przestępstw. Narkotyki są drogie, więc trzeba kraść, zamroczenie alkoholem sprzyja zbrodniom wszelakim. Te kobiety tracą kontrolę nad życiem i sobą – o ile założymy, że kiedykolwiek ją miały.
Czasem kobiety w kryminale mają bardzo normalne życiorysy, różnią się tylko tą jedną decyzją, ułamkiem sekundy, który zmienił ich codzienność w alternatywną, więzienną wersję. W strukturze więziennej jest grupa wykształconych kobiet, często osadzona za przestępstwa gospodarcze, czyli (powiedzmy eufemistycznie) za nadmiernie kreatywną księgowość. Zazwyczaj dobrze sobie radzą w tej społeczności, mają solidną walutę wymienną – potrafią napisać odwołanie, poprawić wniosek. Standardowo jednak środkiem płatniczym w zakładzie karnym są kawa, papierosy i karty telefoniczne.
logo
Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
Więzienny mikrokosmos
Widzimy je czasem w telewizji, najczęściej pokazuje się dzieciobójczynie i spektakularne zbrodniarki. Schemat podobny: konkubent/konkubina, liczba promili, sąsiedzi „nicniewidzieli”, „nicniesłyszeli”. Po medialnej zbrodni i procesie zainteresowanie znika. Za przestępczyniami zamyka się brama więzienia i stają się dla nas niewidzialne.
– Do czasu wyroku jakoś się trzymałam, myślami zajęta procesem. Pamiętam, że do więzienia wchodziłam główną bramą – to utkwiło mi w pamięci. Zabrali mi rzeczy osobiste, biżuterię, telefon. I wtedy się załamałam, dotarło do mnie, że naprawdę muszę być w tym okropnym miejscu. Nie miałam się czego złapać – mówi Agnieszka.
Osadzenie jest sytuacją kryzysową i proces ten przechodzi się jak inne kryzysy: początkowo mamy etap buntu, potem następuje rezygnacja (najbardziej niebezpieczny etap, bo może zakończyć się samobójstwem), wreszcie akceptacja.

Więzienie jest innym światem, to jak w pokerze, gdy ktoś mówi „sprawdzam” – tu dowiadujesz się, kim naprawdę jesteś. Czy się załamiesz czy zaadaptujesz? Czy jesteś twarda czy zawsze będziesz ofiarą? Gdzie są twoje granice? A może ze zdumieniem odkryjesz, że właściwie to ich nie masz?

Często w więzieniu alkoholiczki dowiadują się, że są uzależnione. Osadzeni nie mają tu wielu rzeczy, ale jednego im nie brakuje – czasu. I zakładając, że amerykańskie filmy mówią prawdę, skazani najczęściej wykorzystują go na zrobienie kaloryfera, ale można przeznaczyć go na myślenie. Dla wielu kryminał okaże się szansą. Kobiety przechodzą odwyk, terapię dla współuzależnionych, dla ofiar przemocy. Kończą kursy, szkoły, pracują jako wolontariuszki, współpracują przy projektach kulturalnych. Agnieszka mówi, że w życiu nie przeczytała tylu książek.
Wbrew pozorom prawdziwe motywy ważne w więzieniu oddają dobrze nowe seriale o więźniarkach, takie jak australijski „Wentworth” (do obejrzenia od 15 października w środowe wieczory na kanale FilmBox). Otoczenie i szczegóły wyglądają inaczej, ale psychologiczne i moralne dylematy bohaterek są podobne. Na przykład miłość lesbijska. Związki kobiet osadzonych często się rozpadają, zbyt trudno pogodzić inne światy. Za to pojawia się homoseksualizm zastępczy. Relacje z innymi kobietami pomagają znieść samotność. Seks w kobiecych więzieniach nie wiąże się z władzą ani z grą o dominację, tak jak często w męskich. To raczej potrzeba relacji, dotyku, bliskości.
logo
Fot. Mikołaj Kuras / Agencja Gazeta
Pomarańczowy nie jest nowym czarnym
Jola (27 lat, wyrok 2 lata) najbardziej zaskoczona była tym, że nie musi się przebierać w żaden kombinezon, ani pomarańczowy, ani jakikolwiek. I że istnieje świat bez internetu. Nikt nie grypsował i nie dało się zrobić tatuażu. Idąc do więzienia, nie miała pojęcia, czego się spodziewać, zadała więc pytanie na forum internetowym. Niewiele się dowiedziała, oprócz oczywiście tego, że nie może schylać się po mydło i że ma być twarda.
Jola nie lubi wracać do więziennych wspomnień, mimo że nie miała tak ciężko. Była tylko w „półotworku” w Krakowie (system więzień półotwartych, gdzie skazani często pracują, korzystają z przepustek). Jola twierdzi z przekonaniem, że nie wytrzymałaby normalnego więzienia, bo i w „półotworku” dostawała szału. Wkurzała ją codzienność i bezsilność. Harmider, pyskówki, plotki i ciągły hałas. Tęsknota za dzieckiem. Emocje w więzieniu są bardzo wyostrzone, łatwo przechodzi się w skrajności. Zamknięcie na małej przestrzeni obcych sobie ludzi jest wystarczającym powodem do stresu, często wybuchają kłótnie z byle powodu. A jak wygląda typowy dzień w zakładzie? O 6.00 rano pobudka, do 6.20 toaleta (prysznic można brać dwa razy w tygodniu po 10 minut), apel, później do cel jest wydawane śniadanie.
– Po śniadaniu te skazane, które pracują, np. w kuchni, pralni, idą do pracy. Te, które nie pracują, mają prawo do godzinnego spaceru. A tak to się siedzi. O 22.00 spać, gaszą światło. I tak w kółko – opowiada Jola.
W serialach o więźniarkach widać, że zakazane są kosmetyki, kobiety przemycają czerwone szminki i cienie do oczu, ale Jola mówi, że tak jest tylko w zaostrzonych zakładach, u niej dziewczyny miały nawet prostownice i żelazka. Pytana o agresję i przemoc, odpowiada:
– No, kraina łagodności to to nie jest. Zdarzały się bijatyki, ale kończyły się wizytą na dywaniku u dyrektora, czasami izolatką. Byłyśmy często sprawdzane, no chyba że ktoś załatwiał porachunki w łazience…
Żeby tu trafić, trzeba zepsuć sobie i innym życie albo mieć je zepsute od początku. Więzienie zmienia, ale z tego miejsca się wychodzi – i co dalej?
Agnieszka: – Pytasz mnie, czy wierzę w resocjalizację? Tak, oczywiście. Czy wtedy podjęłabym tę samą decyzję? Tak, to była najsensowniejsza rzecz, jaką zrobiłam w życiu.
logo