
„Kanada straciła niewinność”, „Kraj w szoku” – krzyczą nagłówki gazet po środowym ataku na parlament w Ottawie, w którym zginął kanadyjski żołnierz. Kiedy do tego typu ataku dochodzi w kraju, który wygrywa wszelkie możliwe rankingi na „najbardziej przyjazny”, „dostatni”, „otwarty”, „tolerancyjny” czy „bezpieczny”, a przez wielu postrzegany jest jako nudny raj sytego, rozleniwionego społeczeństwa – rzeczywiście można mówić o szoku. Tyle tylko, że Kanada wcale nie jest ani taka nudna, ani tak nieświadoma zagrożeń, jak mogłoby się wydawać. Ani taka niewinna.
To prawda, że Kanadyjczycy patrzyli na wiadomości w telewizji z niedowierzaniem. Słyszalne były głosy, że to niemożliwe, że to nie może się tutaj zdarzyć. Ale... zdarzyło się, niestety, ale życie musi toczyć się dalej. I to jest najbardziej budujące. Ludzie nie wydają się być wystraszeni tym wydarzeniem. Nie ma mowy o żadnej militaryzacji potencjalnych celów/ To zdecydowanie odróżnia nas od naszych południowych sąsiadów. Oczywiście toczą się rozmowy, by zwiększyć ochronę parlamentu – bo to prawda, że dostęp jest bajecznie prosty.
Czuję się sparaliżowana. Przerażona. U nas, w Edmonton, jest spokojnie. Ale moja ciotka i kuzynka mieszkają niecały kilometr od budynku parlamentu i mojemu tacie zajęło kilka godzin, żeby się z nią skontaktować. Boję się, bo okazuje się, że terroryści żyją wśród nas. Już nie jesteśmy bezpieczni w naszym domu.
Kiedy usłyszałam, co się stało, poczułam, że już nic nie będzie takie samo. Jednak, jako naród, nie pozwolimy im wygrać. Dziś żołnierze pełnili wartę przy pomniku i oddawali hołd naszemu bohaterowi. Nie będziemy kulić się ze strachu, pokażemy światu naszą siłę, dumę i miłość do naszego kraju, który jest silny i wolny. Ci ludzie nie wygrają, bo miłość i współczucie zawsze zwyciężają zło.
W 1966 roku w Toronto w toalecie nieopodal sali obrad Izby Gmin wysadził się mężczyzna – celem zamachu byli politycy, ale dynamit eksplodował zbyt wcześnie. W 1989 roku uzbrojony mężczyzna porwał autobus, którym później wjechał na będące celem ataku także w środę Parliament Hill. W 1984 roku Denis Lortie zabił trzy osoby w budynku Zgromadzenia Narodowego w Quebecu. W 1982 i 2014 roku doszło do strzelanin w dwóch sądach, zaś w 1970 roku w Quebecu wprowadzono stan wojenny z powodu tzw. „Październikowego Kryzysu” w związku z aktywnością terrorystów z Frontu Wyzwolenia Quebecu. Doszło wówczas do porwania brytyjskiego dyplomaty Jamesa Richarda Crossa i wicepremiera rządu Quebecu Pierre'a Laporte'a. Ciało zamordowanego ministra odnaleziono tydzień później, wówczas premier Trudeau ogłosił stan wojenny.
– Takie komentarze udzielane na gorąco są bardzo emocjonalne, ale często przesadzone. W środowej strzelaninie zginęła jedna osoba, kanadyjski żołnierz, skala nie była wielka, nie można więc mówić, że Kanada „straciła niewinność” – mówi dr Marcin Gabryś z Zakładu Kanady Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych UJ.
Od 11 września Kanada doskonale zdaje sobie sprawę z zagrożenia terrorystycznego, cały kanadyjski system obrony jest dostosowany do amerykańskiego, granica jest dużo silniej strzeżona, panują bardziej surowe przepisy dotyczące imigrantów, zaostrzone kontrole na lotniskach. W kraju trwa zresztą debata o tym, jak daleko Kanada powinna się posunąć w dostosowywaniu swoich standardów bezpieczeństwa do tych amerykańskich. Dyskusja na ten temat rozpoczęła się po 11 września. Kanada wciąż jest otwarta, potrzebuje imigrantów, wciąż przyjeżdża tam około 250 tys. imigrantów rocznie, a jej polityka w tym zakresie jest oparta na wielokulturowości.
Jedną z wciąż nierozwiązanych kwestii jest sytuacja rdzennych mieszkańców Kanady. W ubiegłym roku specjalny wysłannik ONZ ds. praw rdzennej ludności James Anaya powiedział, że kraj stoi w obliczu kryzysu w tym zakresie. Od lat kanadyjski rząd próbuje przezwyciężyć napięcia i rozwiązać problemy socjalne. W dużej mierze konflikt dotyczy własności ziemi oraz bogactw naturalnych.
