
Większość tekstów o alienacji Donalda Tuska dotyczy jego samotności politycznej, szczególnie po wycięciu kolejnych współpracowników. Ale rządzenie ma też wymiar ludzki. Nawał obowiązków i ograniczenia związane z bezpieczeństwem powodują, że najważniejsze osoby w polityce żyją w klatkach. Może i trochę pozłacanych, ale jednak klatkach.
REKLAMA
Z dnia na dzień Donald Tusk przestał być najbardziej obserwowanym politykiem w Polsce. W snop światła weszła Ewa Kopacz. Tusk mógł wyjść w środku tygodnia pobiegać. I chociaż nadal uganiały się za nim tabloidy, to uganiały się za posłem Tuskiem, nie premierem Tuskiem. Co prawda nadal niemal każdy jego ruch jest śledzony, ale presja jest znacznie mniejsza.
Postępująca alienacja
A przez lata była ogromna. Premier otaczany przez politycznych konkurentów, a nawet wrogów, przez nienawidzących go ludzi, przez mniej lub bardziej wyimaginowane niebezpieczeństwa, tworzył wokół siebie coraz grubszy kokon. I nie tylko Tusk, alienacja dopadała każdego kolejnego szefa rządu. Czeka też Ewę Kopacz, co prognozuje Agnieszka Burzyńska z „Wprost”, która spędziła z następczynią Tuska kilka dni.
A przez lata była ogromna. Premier otaczany przez politycznych konkurentów, a nawet wrogów, przez nienawidzących go ludzi, przez mniej lub bardziej wyimaginowane niebezpieczeństwa, tworzył wokół siebie coraz grubszy kokon. I nie tylko Tusk, alienacja dopadała każdego kolejnego szefa rządu. Czeka też Ewę Kopacz, co prognozuje Agnieszka Burzyńska z „Wprost”, która spędziła z następczynią Tuska kilka dni.
Burzyńska opisuje jak podczas wizyty we Francji Kopacz chciała zabrać współpracowników do którejś z paryskich knajpek. – Idźcie, a ja dojdę – miała powiedzieć. Ale zapowiedzi nie spełniła. Jej współpracownik tłumaczy, że Kopacz bierze na siebie za dużo, a poza tym nadal nie pamięta o ograniczeniach wynikających z zajmowania urzędu premiera. – Być może dzięki temu nie dopadła jej jeszcze choroba premierów, czyli alienacja, na którą prędzej czy później zapadali jej poprzednicy – konkluduje dziennikarka.
Zmiany
Najświeższym przykładem zakończonego samotnością dryfu jest Donald Tusk. Choć w polityce był od niemal dwóch dekad, funkcja szefa dużej partii czy wicemarszałka Senatu i Sejmu to zupełnie inny poziom. Zmiany były powolne, ale kiedy przypomni się Tuska z lat 90., czy początku XXI wieku, widać je wyraźnie. Bo czy ktoś wyobraża sobie dzisiaj premiera zażywającego tabakę, jak jeszcze w 2011 roku w Lęborku?
Najświeższym przykładem zakończonego samotnością dryfu jest Donald Tusk. Choć w polityce był od niemal dwóch dekad, funkcja szefa dużej partii czy wicemarszałka Senatu i Sejmu to zupełnie inny poziom. Zmiany były powolne, ale kiedy przypomni się Tuska z lat 90., czy początku XXI wieku, widać je wyraźnie. Bo czy ktoś wyobraża sobie dzisiaj premiera zażywającego tabakę, jak jeszcze w 2011 roku w Lęborku?
Jego izolacja miała też bardziej praktyczne przejawy. Tusk niechętnie chodził do restauracji, a kiedy już dał się namówić, siadał tyłem do sali. Później już w ogóle przestał. Pewnie gdy w czerwcu wyciekły pierwsze taśmy z podsłuchanymi rozmowami odetchnął i uznał, że warto było się poświęcić.
Gorset bezpieczeństwa
W 2011 roku Donald Tusk na wieczorze wyborczym swojej partii spędził godzinę, choć drugie z rzędu zwycięstwo dawało mu miejsce w historii. Zamiast bawić się z kolegami, którzy świętowali w jednej z restauracji, pojechał do rządowej Willi przy ul. Parkowej. Podobnie wyglądały nasiadówy z najbliższymi pracownikami, które odbywały się przy butelce wina i oparach cygar w Kancelarii Premiera.
W 2011 roku Donald Tusk na wieczorze wyborczym swojej partii spędził godzinę, choć drugie z rzędu zwycięstwo dawało mu miejsce w historii. Zamiast bawić się z kolegami, którzy świętowali w jednej z restauracji, pojechał do rządowej Willi przy ul. Parkowej. Podobnie wyglądały nasiadówy z najbliższymi pracownikami, które odbywały się przy butelce wina i oparach cygar w Kancelarii Premiera.
Prawdziwym gorsetem jest ochrona BOR. Tusk nawet do położonego po drugiej stronie ulicy Belwederu jeździł kolumną. – To, czy taki dystans pokona się pieszo czy samochodem zależy od tego, jaki plan dnia ma osoba ochraniana. Jesteśmy w stanie zapewnić bezpieczeństwo w obu sytuacjach – mówi major Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik Biura Ochrony Rządu. – Proszę pamiętać, że to my jesteśmy dla osoby ochranianej, a nie ona dla nas – dodaje.
Smak pod kontrolą BOR
Ale nie ulega wątpliwości, że funkcjonariusze mają sporo do powiedzenia, jeśli chodzi o codzienne życie najważniejszych polityków. Kilka lat temu w jednym z wywiadów Jolanta Kwaśniewska opisywała, że podczas dziesięcioletniej prezydentury męża praktycznie nie odwiedzali znajomych. Tłumaczyła, że woleli zaprosić ich do siebie, by BOR nie musiał sprawdzać żywności, co było kłopotliwe i niezręczne dla znajomych pary prezydenckiej.
Ale nie ulega wątpliwości, że funkcjonariusze mają sporo do powiedzenia, jeśli chodzi o codzienne życie najważniejszych polityków. Kilka lat temu w jednym z wywiadów Jolanta Kwaśniewska opisywała, że podczas dziesięcioletniej prezydentury męża praktycznie nie odwiedzali znajomych. Tłumaczyła, że woleli zaprosić ich do siebie, by BOR nie musiał sprawdzać żywności, co było kłopotliwe i niezręczne dla znajomych pary prezydenckiej.
– BOR sprawdza żywność pewnej grupy osób, nie mogę powiedzieć kogo – przyznaje major Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik Biura Ochrony Rządu. – To systematyczna praca, sprawdza się źródło pokarmu, nie tylko sam efekt w restauracji – relacjonuje. To wymaga wcześniejszej informacji, gdzie ochraniany polityk będzie jadł. Jak zapewnia mjr Aleksandrowicz to nie problem, bo miejsce jest z reguły ustalone dużo wcześniej.
Sztywne reguły
– Plan dnia takich osób jest uporządkowany, raczej nie ma tam miejsca na dużo spontaniczności – wskazuje rzecznik BOR. – Ale jeśli takie odstępstwo od harmonogramu się zdarzy, możemy sugerować, żeby nie wybrać tej restauracji, tylko inną – mówi. – Jeżeli osoba ochraniana idzie na kawę do kawiarni, to tego sprawdzania sanitarnego nie trzeba robić miesiąc wcześniej – dodaje mjr Aleksandrowicz.
– Plan dnia takich osób jest uporządkowany, raczej nie ma tam miejsca na dużo spontaniczności – wskazuje rzecznik BOR. – Ale jeśli takie odstępstwo od harmonogramu się zdarzy, możemy sugerować, żeby nie wybrać tej restauracji, tylko inną – mówi. – Jeżeli osoba ochraniana idzie na kawę do kawiarni, to tego sprawdzania sanitarnego nie trzeba robić miesiąc wcześniej – dodaje mjr Aleksandrowicz.
Ale nie wszyscy trzymali się sztywnych zasad wyznaczonych przez BOR. – Prezydent Kwaśniewski lubił wyrwać się z pałacu, nie przepadał za sztuczną etykietą dworską. Jak miał ochotę wyjść na miasto, to wychodził – opisywał w 2008 r. Józef Oleksy.
Nielimitowane godziny pracy
Brak miejsca na spontaniczność to jedno z ograniczeń, jakie niesie za sobą zajmowanie najważniejszych urzędów w państwie. Po pierwsze ograniczają ją wymogi bezpieczeństwa, po drugie nie ma na nią czasu. Burzyńska opisuje, że Kopacz chce sama poznać szczegóły wszystkich ważnych decyzji podejmowanych przez rząd.
Brak miejsca na spontaniczność to jedno z ograniczeń, jakie niesie za sobą zajmowanie najważniejszych urzędów w państwie. Po pierwsze ograniczają ją wymogi bezpieczeństwa, po drugie nie ma na nią czasu. Burzyńska opisuje, że Kopacz chce sama poznać szczegóły wszystkich ważnych decyzji podejmowanych przez rząd.
Dlatego przebija się przez dziesiątki i setki stron dokumentów. – Ona z dużym zaangażowaniem wzięła się za różne sprawy. Nie wiem, czy jako premier miała choćby pół wolnego dnia – mówi w „Fakcie” wicepremier Tomasz Siemoniak.
Kwestia doświadczenia
Podobną drogę zawodową jak Kopacz przeszedł Józef Oleksy: był ministrem, marszałkiem Sejmu, wreszcie premierem. I zapewnia, że dzięki temu objęcie najtrudniejszej pracy w kraju nie było dla niego szokiem. – Z góry wiedziałem co mnie czeka, dla mnie nie było żadnym zaskoczeniem – zapewnia w rozmowie z naTemat były premier. – Nowicjusz może odczuwać alienację, ja wszedłem z marszu – dodaje.
Podobną drogę zawodową jak Kopacz przeszedł Józef Oleksy: był ministrem, marszałkiem Sejmu, wreszcie premierem. I zapewnia, że dzięki temu objęcie najtrudniejszej pracy w kraju nie było dla niego szokiem. – Z góry wiedziałem co mnie czeka, dla mnie nie było żadnym zaskoczeniem – zapewnia w rozmowie z naTemat były premier. – Nowicjusz może odczuwać alienację, ja wszedłem z marszu – dodaje.
– Byłem świadom tego, że nastąpi zmiana sposobu funkcjonowania, nowe otoczenie i inny język, do którego będę musiał się przyzwyczaić. Nie frustrowało mnie to, nie miałem momentu alienacji, on pojawił się dopiero kiedy mnie zaatakowano – mówi, nawiązując do wybuchu afery Olina pod koniec 1995 roku. – Wtedy zmieniła się perspektywa, pojawił się żal. Kiedy jest się premierem, na którego dokonuje się zamach stanu, perspektywa się zmienia – dodaje.
Kiedyś było lepiej
Oleksy przyznaje, że w jego czasach wymogi bezpieczeństwa były mniej uciążliwe. – Było dużo mniej mediów, napór informacyjny był dużo mniejszy, a więc było więcej luzu. Teraz premier jest osaczony ze wszystkich stron, media wychwytują każdy detal, każde słowo, a to wymusza odgradzanie się od świata zewnętrznego – wyjaśnia polityk SLD.
Oleksy przyznaje, że w jego czasach wymogi bezpieczeństwa były mniej uciążliwe. – Było dużo mniej mediów, napór informacyjny był dużo mniejszy, a więc było więcej luzu. Teraz premier jest osaczony ze wszystkich stron, media wychwytują każdy detal, każde słowo, a to wymusza odgradzanie się od świata zewnętrznego – wyjaśnia polityk SLD.
Oleksy cieszył się w połowie lat 90. o wiele większą swobodą. – Mogłem zatrzymać się na kawę gdzie chciałem, ale nigdy tego nie robiłem. Nikt nie mógł mi zakazać zatrzymania kolumny, często zatrzymywałem i szedłem kawałek pieszo, ludzie podchodzili, rozmawiali – relacjonuje.
15 godzin w pracy
Przyznaje, że większym problemem jest czas. – Funkcja marszałka jest reprezentacyjna i koordynacyjna, premier rządzi od rana do wieczora – zauważa. I dodaje, że sam pracował od 7 rano do 22, do tego często jeździł po Polsce. – Ale to nie było męczące, bo toczyło się wartko – wyjaśnia. Ale nie obyło się bez kosztów. – Przez ten czas osłabiły się kontakty ze znajomymi, nie było na to czasu – przyznaje.
Przyznaje, że większym problemem jest czas. – Funkcja marszałka jest reprezentacyjna i koordynacyjna, premier rządzi od rana do wieczora – zauważa. I dodaje, że sam pracował od 7 rano do 22, do tego często jeździł po Polsce. – Ale to nie było męczące, bo toczyło się wartko – wyjaśnia. Ale nie obyło się bez kosztów. – Przez ten czas osłabiły się kontakty ze znajomymi, nie było na to czasu – przyznaje.
Choć polska polityka i administracja nie działa na takich obrotach jak choćby ta w Białym Domu, co pokazał doskonale serial „The West Wing”, to i tak absolutnie absorbuje czas. Nasz rząd można porównać bardziej do tego z duńskiego serialu „Borgen”, gdzie kierowanie rządem stało się źródłem problemów osobistych. Bo szefem rządu nie da się być na pół gwizdka. A to kosztuje.
