
100 tys. złotych miał zająć komornik w redakcji tygodnika „Wprost”. To efekt decyzji sądu, który uznał, że należy zabezpieczyć połowę z 200 tys. zł, których od wydawcy żąda Roman Giertych. Były wicepremier uważa, że publikując zapis podsłuchanej rozmowy naruszono jego dobra osobiste.
REKLAMA
Kiedy redakcja „Wprost” przestała dostawać pliki z podsłuchanymi przez kelnerów rozmowami polityków i biznesmenów opublikowaa rozmowę Romana Giertycha z dziennikarzami Piotrem Nisztorem i Janem Pińskim. Giertych pozwał redakcję i wydaje się, że jest na dobrej drodze do wygranej.
Sąd uznał, że powinno się zabezpieczyć połowę z 200 tys. złotych, których Giertych domaga się od wydawcy „Wprost”. W środowe popołudnie zrobił to komornik. Były wicepremier poinformował o tym na swoim oficjalnym profilu na Facebooku.
Na miejscu był fotoreporter Agencji Gazeta, który relacjonował, że komornik przyszedł do redakcji po 17, ale sekretariat już nie działał, zamknięto też redakcję, a dziennikarze schowali się w środku – opisuje „Gazeta Wyborcza”.
Na stronie tygodnika szybko pojawił się list skierowany do naczelnego "Gazety Wyborczej", w którym szefowa działu prawnego Platformy Mediowej Point Group wyjaśnia, że pieniędzy na koncie nie zajmuje się w siedzibie firmy, tylko wysyłając pisma do banków. Dodaje, że firma nie dostała decyzji sądu o egzekucji komorniczej. Zastanawia się też, dlaczego komornik przyszedł już po godzinach pracy recepcji i w asyście fotoreportera. Zapewnia też, że nieprawdą jest, iż dziennikarze schowali się za zamkniętymi drzwiami.
Giertych przekonuje, że "Wprost" nie ma racji pisząc o braku decyzji sądu. Na dowód publikuje skany pisma.
