Po raz pierwszy w historii politykom nie udało się zdominować wyborów samorządowych.
Po raz pierwszy w historii politykom nie udało się zdominować wyborów samorządowych. Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

Kandydaci i dziennikarze odliczają dni do wyborów samorządowych. Ci pierwsi wylewają siódme poty, by zdobyć jak najwięcej głosów, ci drudzy narzekają, że nic się nie dzieje. Utyskują na brak wielkich idei, wspaniałych debat i nowatorskich zabiegów PR-owych. Ale nie o tym są te wybory. To dobrze, że z perspektywy Warszawy jest o nich cicho.

REKLAMA
Zegar tyka, 14 listopada o północy kończy się kampania wyborcza, 16 listopada Polacy wybiorą władze swoich miast, gmin, powiatów i województw. Tymczasem w ogólnopolskich mediach o tej kampanii jest cicho. Telewizje, gazety i serwisy internetowe zajmują się tylko pojedynkami w największych miastach. To oczywiste, bo ani nie mają możliwości technicznych, ani ich widzów nie interesuje, co dzieje się w niewielkiej gminie na Podkarpaciu.
Wybory drobnych spraw
Bo to wybory nie o planach naprawiania świata, zmieniania Polaków i rewolucji przenoszącej nas do europejskiej czołówki. Na to przyjdzie czas w przyszłym roku, kiedy będziemy wybierać prezydenta, posłów i senatorów. Jeśli wtedy nie pojawią się nowe pomysły na to, jak przyspieszyć nasz rozwój gospodarczy, zdjąć z przedsiębiorców ciężar biurokracji, polepszyć atmosferę życia w kraju, będę zawiedziony. Teraz byłbym bardzo zdziwiony.
Wójtowie, burmistrzowie i prezydenci są od tego, by mówić o sprawach przyziemnych, mało medialnych, ale także istotnych dla mieszkańców. Tymczasem coraz głośniejsze są narzekania, że nie wydarzyło się nic dużego i widowiskowego.
Katarzyna Kolenda-Zalewska

To pierwsza kampania po trzech latach wyborczego postu. Mogłoby się wydawać, że politycy zaprezentują nowe idee i nowe pomysły. Nic z tych rzeczy. Jest nudno, przewidywalnie, bez polotu. Żadnych nowych idei, żadnego planu. Tak jakby partie przespały te trzy lata, koncentrując się wyłącznie na tym, w czym są najlepsze. W przekonywaniu, że konkurent jest najgorszy.

Źródło: "Gazeta Wyborcza"
Niemedialne wybory. I dobrze
Ale to wezwanie do partyjnej centrali, do polityków, którzy z samorządem od dawna nie mają nic wspólnego. Tylko oni są w stanie wygenerować wydarzenia, które przyciągną uwagę mediów, sprawią wrażenie czegoś dużego i znaczącego. Ale takie podejście jest zrozumiałe, wszak nic się nie dzieje, więc nie ma materiału.
Do szerszej świadomości, poza bojami o Warszawę, Kraków czy Katowice przebijają się jeszcze wykwity kreatywności lokalnych kandydatów. A jest ich sporo, bo i kandydatów jest ok. 100 tysięcy. To dowód na to, że te wybory nie są upolitycznione, bo jeśli ktoś nie chciał być skazany na łaskę i niełaskę partyjnego barona, mógł po prostu założyć własny komitet. Może i przez to nie miał środków na porządną kampanię i wyprodukował ulotki godne fanpage'a Perły kampanii, ale przynajmniej mógł zachować apolityczność. Bo to kampania bez wielkich pieniędzy i bez wielkiej polityki.
To nie wybory Polaków
Z drugiej strony pojawiają się zarzuty, że liderzy, szczególnie PO, upolityczniają wybory samorządowe.
Eliza Olczyk

W jaskrawej sprzeczności z tą retoryką stoi jednak fakt, że na przedostatni tydzień kampanii samorządowej partie przyszykowały wydarzenia stricte polityczne, z lokalnymi sprawami niemające żadnego związku, za to elektryzujące media i podjudzające konkurentów do awantury politycznej. Czytaj więcej

Źródło: "Rzeczpospolita"
Takie rozdwojenie jaźni największych mediów pokazuje niezrozumienie istoty i mechanizmów tych wyborów. Bo tutaj nie dyskutuje się o problemach Polaków, jako pewnej abstrakcyjnej zbiorowości, ale o problemach mieszkańców każdej z niemal 2,5 tys. gmin w Polsce. Nie rozmawia się o zmianie systemu podatkowego, likwidacji ZUS czy zasadności wejścia do euro.
Bezpartyjna kampania
Dostrzegła to cztery lata temu Platforma Obywatelska, startując z kampanią "Nie róbmy polityki, budujmy mosty". Osobną kwestią jest rozdźwięk między deklaracjami o nieupolitycznianiu, a praktyką, która była niczym innym jak właśnie upolitycznieniem kampanii. Teraz dużym partiom nie udało się zdominować tej kampanii, choć to w dużej mierze efekt ich nieudolności.
Ale z punktu widzenia wyborców ta nieudolność wyjdzie obywatelom na dobre. Bo kandydat na radnego startujący z list PO, PiS czy SLD nie musi zajmować się tłumaczeniem swoim wyborcom, dlaczego lider jego partii chce zmian w prawie aborcyjnym czy renegocjacji konkordatu. Gdyby nie moja niechęć do widowiskowych, choć nierealnych apeli, wezwałbym polityków: odczepcie się od wyborów samorządowych.
Nie mam jednak wątpliwości, że takie zawołanie pozostałoby bez odzewu. Ale przez zmianę rządu i władz PO oraz powrót PiS-u do defensywy partiom nie udało się zdominować dobiegającej końca kampanii wyborczej. I dobrze, bo dzięki temu mamy najnormalniejszą kampanię samorządową w historii. Taką, jaka powinna być.