Lemingi mogą być ważną dla polityków grupą wyborców, jeśli będą w stanie wymóc na nich swój program.
Lemingi mogą być ważną dla polityków grupą wyborców, jeśli będą w stanie wymóc na nich swój program. Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

Wybory samorządowe jak żadne inne skupiają się na lokalnych sprawach, ale w Warszawie nie da się uciec od wielkiej polityki. Dlatego w kampanii często przewija się słowo „leming”. Bo to jedna z największych grup wyborców, która dzieli te same problemy i oczekuje podobnych rozwiązań. Dlatego niektórzy kandydaci kierują swój wyborczy przekaz tylko do nich – lemingów.

REKLAMA
Ostatnie dni kampanii wyborczej do samorządów zdominowała za sprawą polityków-podróżników wielka polityka. Tymczasem w tych wyborach chodziło o sprawy lokalne, drobne, mało medialne, ale ważne. Kandydaci mówili o ulicach, obwodnicach, placach zabaw, komunikacji miejskiej, godzinach pracy urzędników i dziesiątkach innych spraw, które dotyczą nas na co dzień.
Ale w Warszawie kampania była nieco inna, znacznie silniej związana z ogólnokrajową polityką. Choć nie tak mocno, jak przed referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. Zarówno wtedy, jak i teraz sporo mówiono o lemingach, jak pogardliwie są nazywani przez prawicę mieszkający na dużych, nowych osiedlach pracownicy wielkich korporacji.
Odbić lemingi PO
Platforma Obywatelska uznaje ich za swój naturalny zasób wyborców, do nich kierując część swoich postulatów. Z kolei prawica zarzuca im głupotę, brak refleksji nad otrzymywanymi z mediów informacjami i zainteresowanie tylko własnymi sprawami. Dla wielu bycie lemingiem, to powód do wstydu.
Ale są i tacy, którzy próbują wyrwać prawicy to określenie, odczarować je i zdjąć z niego odium głupoty. – Nie zgadzam się z tym, że praca w korporacji, zapracowanie na kredyt i mieszkanie w nowoczesnej dzielnicy, a później spłacanie tego kredytu to powody do wstydu – przekonuje Kamila Wronowska, kandydatka SLD do Sejmiku Województwa Mazowieckiego.
logo
Dumny z bycia lemingiem
Kampanię oparła właśnie na lemingach, swoich sąsiadach z Miasteczka Wilanów. – Kiedy wrzuciłam projekt mojej ulotki do sieci, a przyznam, że zrobiłam to prowokacyjnie, prawicowi komentatorzy uznali, że jestem idiotką, bo na ulotce mówię o sobie źle. Oni nie wyłapali tego puszczonego oka – wskazuje.
Ale wyborcy są znacznie bardziej uważni i pozytywnie podchodzą zarówno do sposobu reklamy wyborczej Wronowskiej, jak i jej głównego przesłania.
– Sama jestem tolerancyjna i oczekuję od innych – przedstawia najważniejszą myśl swojej kampanii. Do tego chce, aby słowo „leming” nie było kojarzone jedynie z dychotomicznym podziałem PO i PiS.
Prawicowy leming
Ale także Prawo i Sprawiedliwość w swojej kampanii odwołuje się do lemingów. Jacek Sasin, kandydat tej partii na prezydenta przekonuje, że chce także pomóc tej grupie wyborców, chce się zająć ich problemami.
Jacek Sasin

Co do tzw. lemingów – to często ludzie ciężkiej pracy, wychowujący dzieci, martwiący się o miasto. To, co chcemy zrobić, poprawi jakość ich życia, zostawi im w kieszeniach więcej pieniędzy. Wierzę, że ci wyborcy dadzą się przekonać, iż wizja świata serwowana przez wielkie media bywa skrzywiona, że PiS oraz moja kandydatura mają dobrą ofertę, że warto ją rozważyć. Czytaj więcej

Trudno jednak wyobrazić sobie, by mieszkańcy Wilanowa dali się namówić kandydatowi PiS. Bo chyba bardziej trafia do nich hasło Wronowskiej: „Zagłosuj na mnie na złość Kaczyńskiemu”. Ale nie ma to być ślepa, niepoparta argumentami niechęć. Bo za robieniem na złość prezesowi PiS kryje się zbiór ideałów, które przyświecają wyborcom określanym jako lemingi.
Niewykorzystany potencjał
Problem w tym, że lemingów trudno zmobilizować do pójścia na wybory, najłatwiej robić to strachem przed powrotem IV RP. To źle, zarówno dla tej grupy, jak i dla polskiej polityki w ogóle. Bo gdyby mieszkańcy wielkich osiedli zbudowanych na kredyt byli w stanie wyartykułować swoje potrzeby i oczekiwania wobec polityków, byliby jedną z bardziej wpływowych grup.
Tymczasem są maszynkami do głosowania, uruchamianymi spotem ze strasznym Kaczyńskim. To z kolei znacznie obniża poziom debaty publicznej w Polsce, bo nie trzeba się silić na merytoryczną rozmowę, wystarczą emocje. Lepsze zorganizowanie lemingów mogłoby też podnieść poziom nie tylko mówienia o polityce, ale i jej uprawiania. Bo politycy zauważyliby, że do wygrania wyborów potrzebne jest zrealizowanie obietnic, a nie straszenie konkurencją.