Krokodyla daj mi luby? A może pieska? Podpowiadamy czego nie warto dawać w prezencie

Piesek w prezencie? Lepiej dwa razy się zastanów zanim go komuś podarujesz. Chyba, że to podarunek dla twojego dziecka i ciebie samego Fot. MattysFlicks / http://bit.ly/1EGriig / CC - BY / http://bit.ly/1mhaR6e
Brzydkie, tandetne, zbyt drogie, nie w twoim guście - prezenty świąteczne potrafią być naprawdę stresujące. Zarówno w momencie kiedy je rozpakowujesz pod choinką, jak i później, kiedy osoba, która je podarowała - pyta, jak się nosi lub sprawuje dana rzecz. Obdarowywanie wcale nie jest taką prostą sprawą, podobnie jak otrzymywanie…



Jednym z gorszych prezentów, jaki kiedykolwiek znalazłam pod choinką były skarpety z czystej wełny. Co z tego, że jestem zmarźlakiem i mam wiecznie zimne stopy (skutek uboczny słabego krążenia), skoro jestem diabelnie uczulona na wełnę. Ale kiedy je dostałam od ś.p. babci Marysi - podziękowałam i nawet założyłam na rajstopy (auć!). Myślałam, że się zadrapię do krwi! Wełna gryzła nieprzeciętnie, ale nie wypadało ich zdjąć - babci byłoby przykro. Moje stopy i łydki pokrywały bąble. Drapiące skarpety mam do dziś i nie potrafię się ich pozbyć. Babci Marysi już dawno nie ma z nami, więc i prezent od niej trudno komuś oddać, czy wyrzucić na śmietnik.


Ale skarpety to przedmiot niewielki, który szczerze powiedziawszy nie robi spustoszenia w mojej wielkiej szafie z Ikei. Czego nie można powiedzieć o innych prezentach.

Mamy w domu trzy nierozpakowane kartony naprawdę kosztownych przedmiotów, które użyłam raz, dwa razy lub zero. I te kartony nazywam moimi wyrzutami sumienia. I te wyrzuty dostałam w prezencie. Na święta.

Na pierwszy plan wysuwa się mopo-żelazko parowe. Czyli sprzęt do prasowania i czyszczenia domu parą wodną. Dostałam je od mojej chrzestnej, która chciała mi ułatwić prace domowe przy małym dziecku. Użyłam go raz, oparzyłam sobie obie dłonie (pomimo, że w zestawie jest specjalna rękawica, która ma je chronić przed temperaturą), po wyprasowaniu 7 par śpioszków skończył mi się baniak wody destylowanej - tylko takiej można do niego dolewać - i powiedziałam: basta.

Rok temu przed ślubem mojej siostry próbowałyśmy z mamą go raz jeszcze uruchomić i skończyło się na kolejnym oparzeniu, a suknia i welon jak były pogniecione (podróżowały z Londynu do Warszawy, a na koniec do Torunia), tak pogniecionymi zostały, dopóki pani z pralni nie zlitowała się nad nami i nie wyprasowała ich profesjonalnym żelazkiem parowym.


Kolejny przedmiot z cyklu: ulubione, to nawilżacz powietrza. Wygląda jak kosmiczne akwarium podświetlone na niebiesko i miał robić z moim powietrzem porządek w trakcie sezonu grzewczego. Ale jego jedynym osiągnięciem było wyczarowanie na ścianie grzyba wielkości arbuza. Cóż, widocznie nie nadaje się do starego budownictwa i nowych okien…
Przeglądam dalej. Szkło. Różne. Duże i małe. Trójkątne talerze na pół stołu, prostokątne żaroodporne podstawki (bóg raczy wiedzieć na co i pod co, a nawet - od kogo?) - 12 w zestawie. Sztućce, zestaw dla 12 - niby fajnie dla osób, które kochają gotować i zapraszać ludzi. Ale kompletnie kiczowate. Z dekorem, srebrne, świecące, kłujące w oczy, niedopasowane do naszych prostych mebli i stołu.

Wazony, do których nie da się nalać wody (interesujące!), bo przeciekają i karafki na sok lub wodę - kompletnie nie do umycia, bo nie dość, że z cienkiego szkła, to na dodatek z tak wąskim gardłem, że żadna szczotka na patyku czy inne cudo z działu gospodarstwa domowego Społem, tam nie wejdzie. Grill elektryczny wielkości stołu - „idealny” do małego mieszkania. Zestaw do fondue, gotowania na parze…

I mogłabym tak wymieniać przez kolejne wiersze i strony, ale po pierwsze, jest mi przykro. Bo wiem, że osoby, od których dostałam te prezenty - starały się mi dogodzić. Nie winię ich za to, że nie trafiły, ale czuję się tymi prezentami obciążona. Choćby z samego faktu, że nie mogę ich wyrzucić, wydać, sprzedać, bo jest mi głupio. Bo wiem, że mogłabym wyrządzić komuś przykrość. A z drugiej strony, nie lubię ich, bo zajmują dużo miejsca i są nieprzydatne.

Ale problemem są też prezenty, jakie dostaje się dla dziecka. I z tymi nie mam skrupułów, po prostu podaję dalej. Ostatnio wywiozłam do domu samotnej matki i dziecka dwa wielkie wory i cztery kartony zabawek, którymi mój syn nie bawił się, bo albo wyrósł, albo go nigdy nie zainteresowały.

Najgorsze są prezenty dla dzieci z dźwiękiem. Magiczna hula kula, która wyje dopóki nie wyczerpie jej się bateria (jej twórcy to sadyści, którzy nie myślą o wrażliwych uszach rodziców!), albo mój faworyt Furby. Teodor dostał go od mojej kochanej siostry - swojej matki chrzestnej, ale tak naprawdę dostaliśmy go wszyscy. Mój mąż, ja oraz nasi sąsiedzi. Ten mały włochaty żółty stwór drze się tak długo, dopóki wystarczy mu sił w czterech bateriach - paluszkach. Skubaniec karmi się jedzeniem z aplikacji na i-Phone’a, krzyczy kiedy jest głodny i podśpiewuje kiedy jest najedzony i zadowolony. I robi to wyjątkowo głośno i irytująco - szczególnie o 6 rano w soboty i w niedzielę. Bo właśnie wtedy nasz syn lubi przyjść z nim do nas do łóżka.

Mamy też planszową orkiestrę (znowu prezent od mojej siostry) i kilka zdalnie sterowanych samochodów, z których jeden krzyczy melodię Who let the dogs out who who who who who…Obiecaliśmy siostrze, że jak tylko pojawią się pod jej dachem, jej dzieci, podarujemy im w prezencie perkusję - w ramach wdzięczności.

Prezenty bywają oprócz tego, że nieprzydatne, niepotrzebne czy irytujące - niezręczne. Pamiętam prezent świąteczny, który kupiliśmy naszej wychowawczyni w podstawówce. Był to…dezodorant w spreju. Na perfumy nam nie wystarczyło ze skromnego dziecięcego budżetu i dezodorant nam się wydał świetnym pomysłem. Pani polonistka poczuła się urażona i spłonęła ze wstydu, że sugerujemy jej brak higieny…

Podobnie jest kiedy darujemy komuś ubrania. Mojej przyjaciółce kupiłam piękny golf. Z przeceny, bo byłam skromnie zarabiającą studentką na własnym utrzymaniu. A z przeceny oznacza: nie podlega zwrotom i reklamacjom. Oczywiście w niego nie weszła, bo miała duży biust, o czym nie pomyślałam kupując. Jej mina, kiedy go przymierzyła pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Niestety naprawdę jej się podobał, ale uznała, że odda go siostrzenicy.

Dlatego na prezenty ubraniowe można sobie pozwolić naprawdę tylko wtedy kiedy znamy dokładny rozmiar osoby, którą nimi chcemy obdarować. W tym przypadku liczy się też znajomość gustu i upodobań danego człowieka. Z doświadczenia wiem, że lepiej dać szminkę lub perfumy niż sweter. Łatwiej je później przekazać komuś, kto je naprawdę doceni. Czasami taki prezent wraca do ciebie po dwóch wigiliach jak bumerang i wtedy dopiero jest zabawnie (ale to już osobna historia…).
Niezbyt szczęśliwymi pomysłami na prezent bywają również prezenty żywe, takie jak papuga, kot czy pies. Owszem - są słodkie, ale nie warto ryzykować, że kogoś takim pupilem uszczęśliwimy. Co z tego, że twoja kuzynka uwielbia pająki, może niekoniecznie mieć ochotę na ptasznika w terrarium we własnych czterech ścianach.

Ja dostałam kiedyś, razem z moją siostrą do spółki - papuga. Wyjątkowo bystre i radosne zwierzę. Wujek, który nam ją dał nie pomyślał. że mamy alergię i prawdopodobnie papug z nami długo nie pomieszka. Chorowaliśmy od niego wszyscy, choć był tak zabawny i inteligentny, że stał się szybko członkiem naszej rodziny. Mój tata nauczył go gwizdać fragmenty „Skrzypka na dachu”, papug naśladował dzwonek telefoniczny i domofon tak często, że za każdym razem się nabieraliśmy. Ale po kilku miesiącach oddaliśmy go znajomym, bo alergia wygrała.

Często zwierzęta, które dostajemy - oddajemy lub porzucamy i to niekoniecznie w dobre ręce. Dzieje się tak dlatego, że nie byliśmy na ich przyjście przygotowani. A to od osoby, która taki żywy prezent dostaje powinno zależeć czy go chce lub czy w ogóle może go przyjąć.
Czy z tymi wszystkimi prezentami można coś zrobić? Można je wystawić w kiermaszu świątecznym w zakładzie pracy zgodnie z powiedzeniem: Każda potwora znajdzie swego amatora. Można też przekazać do domów samotnych matek z dziećmi czy innych instytucji, gdzie się naprawdę przydadzą. Albo podejść do tematu czysto ekonomicznie i sprzedać przez internet. A za zarobione pieniądze kupić sobie lub bliskim coś na święta. I zapobiegać kolejnym babolom pod choinką.

W tym roku wyjątkowo planuję poprosić moją rodzinę o konkretne rzeczy. Napiszę list do „św. Mikołaja”, wyślę mejlem do wszystkich i niech między sobą zaznaczą, co kto kupuje. Wolę dostać wymarzony kubek czy pościel niż dziesiąty wazon i 15 miskę do sałaty - naprawdę mam już kilka i chyba mi wystarczy ich na najbliższą dekadę.

Nie będę w tym liście operować markami, ale opiszę lub załączę inspiracje, jak mają wyglądać. Ewentualnie poproszę, żeby zatrzymali paragon, żeby można coś było awaryjnie podmienić. I może te dwa sposoby uchronią mnie przed kolejnym kartonem rzeczy, których nigdy nie założę ani nie użyję ani nie wyrzucę.