
– Poseł profesor Tadeusz Iwiński jest jednym z najlepszych ekspertów do spraw polityki zagranicznej i stosunków międzynarodowych w ogóle, jakich kiedykolwiek miała Polska – mówi w "Bez autoryzacji" rzecznik Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Dariusz Joński. – To człowiek-legenda Europy i każda złotówka wydana na jego podróż służbową procentuje dla dobra naszego kraju.
70 podróży za przeszło 400 tys. złotych. To trochę nie za dużo jak na zagraniczne delegacje?
Profesor Iwiński to człowiek wiarygodny. W Radzie Europy zasiada od 23 lat. Teraz jest też jej wiceprzewodniczącym. Raz w roku otwiera sesję Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. To prawda, że podróżuje po całym świecie, ale jego podróż zawsze ma jakiś cel. Nie zdarza mu się jechać dokądkolwiek jeśli nie ma tam nic do roboty.
Z danych opublikowanych przez Kancelarię Sejmu wynika, że poseł Iwiński w dniach 21-28.06 miał być w zagranicznej delegacji. Tymczasem są informacje, które potwierdzają, że już 25 i 26.06 głosował w trakcie posiedzenia Sejmu, w Warszawie...
Posiedzenia Rady Europy zawsze trwają od poniedziałku do piątku. Ponieważ poseł Iwiński jest człowiekiem zapracowanym rzadko zdarza się, żeby był w Brukseli przez cały ten czas. Tak samo zresztą robi poseł Halicki. Jeśli panowie mają np. zaplanowane wystąpienie we wtorek to nie ma powodu i potrzeby, by siedzieli tam cały tydzień. Marszałek Sikorski przedstawił tylko informacje o tym ile trwała delegacja, a nie było informacji o jej rozliczeniu. Tymczasem to właśnie po wysokości przyznanej diety poselskiej można poznać ile czasu dany poseł faktycznie spędził na wyjeździe. To dla nas bardzo krzywdzące i marszałek zdaje sobie z tego sprawę. Mamy nadzieję, że uzupełni te informacje jeszcze dziś.
Twierdzi Pan zatem, że problem „poselskiej turystyki” w ogóle posłów SLD nie dotyczy?
Zgłosiliśmy do prokuratury wniosek o sprawdzenie postępowania trzech posłów, o których wiemy, że mogli dopuścić się nadużyć. Sprawdzamy kolejnych. Chodzi zwłaszcza o to, czy nie wypisywali sobie kilometrówek, a potem nie lecieli tanimi liniami na miejsce delegacji, tak jak to zrobił chociażby Adam Hofman.
Inną sprawą jest celowość tych wyjazdów. My z naszej strony zawsze wierzymy, że one są potrzebne i organizowane zgodnie z prawem i przyzwoitością. Jeśli jednak chodzi o posła i zarazem profesora Iwińskiego to naprawdę jestem spokojny. To jest człowiek, który mógłby posłom Prawa i Sprawiedliwości, ale też Twojego Ruchu, po prostu udzielać korepetycji. I z kwestii merytorycznych i językowych, bo profesor zna biegle osiem języków.
Radosław Sikorski zadeklarował wczoraj chęć powołania pełnomocnika do spraw antykorupcyjnych i donosów na posłów. Myśli Pan, że to dobry pomysł?
Nie to miejsce. Nie ci ludzie i nie ten czas. W Polsce są już instytucje, do których można zgłaszać donosy. I są to instytucje niezależne. Marszałek Sikorski reprezentuje określoną opcję polityczną i obawiam się, że mógłby nie zachować obiektywizmu w ocenach tych donosów. Dla dobra swojej politycznej przyszłości powinien porzucić pomysł zabawy w sędziego i prokuratora. Mamy ich w Polsce dostatecznie dużo. I nie jestem w tym stanowisku odosobniony. Podobnego zdania jest przecież Julia Pitera, pełnomocnik ds. opracowania programu zapobiegania nieprawidłowościom w instytucjach publicznych w KPRM.
„Gazeta Wyborcza” opublikowała dziś wynik sondażu z którego wynika, że blisko dwie trzecie Polaków uważają, iż prezydenci miast powinni rządzić maksymalnie przez osiem lat, czyli dwie kadencje. Uważa Pan, że to dobry pomysł?
Dwie kadencje wydłużone do pięciu lat, tak jak jak się tego od jakiegoś czasu domagamy, to wystarczający czas na to, by zrobić coś dobrego dla miasta. Pod warunkiem, że na stanowisku burmistrza czy prezydenta się naprawdę pracuje. Ja sam jestem przecież współodpowiedzialny za odwołanie w trakcie drugiej kadencji prezydenta Łodzi Jerzego Kropiwnickiego. On jest doskonałym przykładem na to jak z pracy można zrobić biuro podróży. Gdybyśmy go nie odwołali, podróżowałby, a nie pracował i przez trzecią kadencję. Poza tym ludzie, którzy rządzą po trzy czy cztery kadencje siłą rzeczy wprowadzają gdzie mogą swoich ludzi, takich z którymi im się lepiej pracuje. A to rzadko dobrze wpływa na efektywność w wykonywaniu powierzonych im zadań.
