
Wydawcy „Vouge'a” i „New Yorkera” zapłacą praktykantom 5,8 mln dolarów zaległych pensji. To skutek pozwu zbiorowego, jaki w sądzie złożyło 7,5 tys. młodych Amerykanów. Wyobrażasz sobie coś takiego w Polsce?
REKLAMA
Awanturę w tej sprawie wszczęła dwójka studentów – Lauren Ballinger i Matthew Lieb. Ballinger w 2009 r. była stażystką w magazynie „W”. To jeden z najpopularniejszych magazynów modowych w USA. Dziewczyna pracowała w jego redakcji jako asystentka. – Dziennie to wychodziło jakieś 10-14 godzin przy stawce 12 dolarów za dzień, czyli około 1 dolara za godzinę – wyjaśniła w rozmowie z „New York Timesem” porównując swoją pracę do roli Anne Hathaway w sławnej komedii „Diabeł ubiera się u Prady”.
Lieb z kolei w 2009 i 2010 roku odbywał wakacyjne praktyki w redakcji „New Yorkera”. Pracował najczęściej od 10.00 do 17.30. W tym czasie pomagał m.in. w przeglądzie ogłoszeń, redagowaniu artykułów oraz w pracy przy szacie graficznej pisma. Za każde przepracowane lato dostał średnio 400 dolarów.
Jaka praca, taka płaca?
Zarówno Ballinger jak i Lieb uznali takie wynagrodzenie za żenujące. Tysiące młodych ludzi, którzy pracowali w wydającej magazyny „W” i „New Yorker” spółce Condѐ Nast, przyłączyło się do nich i w efekcie w sądzie federalnym wylądował pozew zbiorowy podpisany w sumie przez 7,5 tys. młodych Amerykanów. Wszyscy domagali się wypłacenia im ustalonych w USA stawek minimalnych.
Zarówno Ballinger jak i Lieb uznali takie wynagrodzenie za żenujące. Tysiące młodych ludzi, którzy pracowali w wydającej magazyny „W” i „New Yorker” spółce Condѐ Nast, przyłączyło się do nich i w efekcie w sądzie federalnym wylądował pozew zbiorowy podpisany w sumie przez 7,5 tys. młodych Amerykanów. Wszyscy domagali się wypłacenia im ustalonych w USA stawek minimalnych.
W Stanach zadziałała siła perswazji. 5,8 mln dolarów, które trafią do kieszeni praktykantów to efekt pozasądowej ugody, którą wydawca wolał podpisać, by uniknąć rozprawy przed sądem federalnym w Nowym Jorku. Każdy z młodych ludzi otrzyma – w zależności od tego jak przebiegały jego praktyki – od 700 do 1,9 tys. dolarów. – Uważamy to za sprawiedliwy wyrok – mówiła agencji Reuters Rachel Bien, jedna z prawniczek broniących młodych ludzi.
To nie pierwszy raz
To nie pierwszy taki przypadek w USA. W minionych latach praktykanci pozywali już także takich gigantów jak wydawnictwo Hearst ("Cosmopolitan", "Elle") czy wytwórnię Warner Music Group. Nie dalej jak kilka tygodni temu blisko 6,5 mln dolarów swoim byłym praktykantom wypłaciła także stacja NBC Universal.
To nie pierwszy taki przypadek w USA. W minionych latach praktykanci pozywali już także takich gigantów jak wydawnictwo Hearst ("Cosmopolitan", "Elle") czy wytwórnię Warner Music Group. Nie dalej jak kilka tygodni temu blisko 6,5 mln dolarów swoim byłym praktykantom wypłaciła także stacja NBC Universal.
Tymczasem okazuje się, że w Polsce na takie cuda nie ma nawet cienia szansy. Zdaniem ekspertów to dlatego, że do złożenia podobnego pozwu brak podstawy prawnej. – W Polsce wszystko ustalane jest przed rozpoczęciem stażu czy praktyki między praktykantem a jego przełożonym – mówi Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert ds. stosunków pracy i rynku pracy Konfederacji Lewiatan. – Jeśli młody człowiek zgodzi się po części uczyć się i po części pracować za darmo, to nie ma podstawy prawnej do roszczeń finansowych nawet jeśli potem uzna, że takowe mu się należą. Np. dlatego, że praktyki pochłaniały więcej jego czasu i energii niż początkowo zakładał.
Wyjątkiem jest sytuacja, w której pracodawca do wypłaty wynagrodzenia praktykantowi się zobowiąże i słowa nie dotrzyma. Ale i tu pewności o wygranej przed sądem nie ma. – Mamy tak szeroki zakres orzecznictwa w tej sprawie, że tak naprawdę wiele zależy od konkretnej sytuacji i woli sądu – dodaje Spytek-Bandurska.
Najniższej krajowej nie zarobisz
Faktycznie, część polskich pracodawców zaczyna przekonywać się do tego, by za praktyki faktycznie młodym ludziom płacić. Pytanie brzmi: ile i jak to wszystko zorganizować?
Faktycznie, część polskich pracodawców zaczyna przekonywać się do tego, by za praktyki faktycznie młodym ludziom płacić. Pytanie brzmi: ile i jak to wszystko zorganizować?
- Jako Konfederacja Lewiatan stanowczo opowiadamy się za tym, by praktykanci i stażyści otrzymywali od pracodawcy wynagrodzenie – mówi Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy. – Jego wysokość powinna być jednak ustalana indywidualnie przez pracodawcę w zależności od długości i rodzaju praktyk oraz od efektywności konkretnej osoby. Każdy stażysta jest inny, a musimy pamiętać, że oni jednak przede wszystkim się uczą, a dopiero potem pracują.
Trzeba też rozróżnić praktykantów, których na obowiązkowe praktyki przysyła uczelnia i takich, którzy dobrowolnie zgłaszają się na staż chcąc sprawdzić się w danej dziedzinie. Ci pierwsi – zdaniem ekspertów Lewiatana – często mniej przykładają się do powierzonych im obowiązków, skutkiem czego powinno być ewentualne mniejsze wynagrodzenie.
Pieniądze zawsze motywują
Psycholog Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Sopocie i doradca zawodowy, Agnieszka Kasprzyk-Mączyńska przekonuje z kolei, że zwyczaj płacenia za praktyki powinien w Polsce stać się normą w odniesieniu do każdego rodzaju stażu: – Jeśli studenci rzeczywiście wykonują polecenia pracodawcy pod jego nadzorem, w miejscu pracy i w określonych godzinach, ma to znamiona stosunku pracy, i powinno być wynagradzane. Natomiast ze względu na to, że studenci podczas praktyk również się uczą, wynagrodzenie nie może być minimalną krajową, chyba że pracodawca zdecyduje inaczej.
Psycholog Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Sopocie i doradca zawodowy, Agnieszka Kasprzyk-Mączyńska przekonuje z kolei, że zwyczaj płacenia za praktyki powinien w Polsce stać się normą w odniesieniu do każdego rodzaju stażu: – Jeśli studenci rzeczywiście wykonują polecenia pracodawcy pod jego nadzorem, w miejscu pracy i w określonych godzinach, ma to znamiona stosunku pracy, i powinno być wynagradzane. Natomiast ze względu na to, że studenci podczas praktyk również się uczą, wynagrodzenie nie może być minimalną krajową, chyba że pracodawca zdecyduje inaczej.
Sami studenci zaś co prawda ochoczo potwierdzają, że pomysł płatnych praktyk im się podoba, ale do sądu po pieniądze iść nie mają ochoty. – Ja wiem, że na stażu mam się uczyć i wiem, że robię mniej i gorzej niż normalny pracownik, ale wydaje mi się, że stawka 7 złotych za godzinę brutto jest do przyjęcia i dla szefa, i dla mnie – mówi Sylwia, studentka toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.
– Ja już mam za sobą kilka takich staży i często myślałem, że w sumie za to, co robię powinien mi ktoś zapłacić, ale wydaje mi się, że w tej sprawie trzeba by się dogadać z szefem a nie iść przed sąd – mówi Michał, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, który praktyki odbywał m.in. w firmie EY (dawne Ernst&Young). – To tak jakby palić za sobą mosty, bo jak pozwę takiego pracodawcę to zmniejszam swoje szanse na to, by w tej konkretnej firmie znaleźć kiedyś stałe zatrudnienie.
