Był lider The Smiths, Morrissey, opuścił wczoraj scenę na koncercie w warszawskiej Stodole. Po kilku piosenkach.
Był lider The Smiths, Morrissey, opuścił wczoraj scenę na koncercie w warszawskiej Stodole. Po kilku piosenkach. facebook.com/Morrissey

Morrissey miał zagrać wczoraj świetny koncert w warszawskiej Stodole. Po kilku piosenkach jednak obrażony opuścił scenę i - mimo nawoływań ze strony publiczności - już nie wrócił. Ponoć "jeden z widzów stojących blisko sceny wypowiedział niezwykle obraźliwe i szowinistyczne słowa pod adresem Artysty". No cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

REKLAMA
My, Polacy, nie umiemy się zachować. Cebulactwo, buractwo i wieś najgorsza. Naród wybrany do obciachu, który, nawet na koncercie sławnego i szanowanego muzyka, nie potrafi się zachować. Taki wstyd. Co za bluzgi padły pod adresem nieszczęsnego Morrisseya? Ktoś rzucił w niego plastikową butelką? A może starał się zagłuszać jego granie? Jak się okazuje - nic z tych rzeczy.
Z komentarzy i opinii osób, które wczorajszy wieczór zdecydowały się jednak spędzić słuchając byłego lidera The Smiths, wynika, że ten komentarz nie był wcale tak szowinistyczny, jak sugeruje to Live Nation w swoim oświadczeniu. Co mówią ludzie? Ano to, że gdy muzyk zapytał, czy może coś powiedzieć, ktoś ponoć krzyknął: "Nie gadaj, graj!".
logo
Morrissey zszedł ze sceny po kilku piosenkach. facebook.com/calawarszawaszukamorriseya
I komentarz ten właśnie miał zmusić go do opuszczenia sceny. Obrazić się za coś takiego? Serio? Wydaje mi się, że stary rockman, który występuje na scenie już naprawdę długo, miał podczas koncertów o wiele bardziej obraźliwe sytuacje, niż komentarz zniecierpliwionego fana, który chciał usłyszeć dalsze wykonania Stevena. Bo przecież nie wydał prawie stu pięćdziesięciu złotych, żeby przyjść i napluć w twarz muzykowi, prawda? Chciał zobaczyć koncert, tak jak wszyscy zgromadzeni tam ludzie, którzy odkładali pieniądze, rezerwowali czas i wyczekiwali na wydarzenie od miesięcy. Tylko po to, by po pół godziny Morrissey się na nich obraził. Sytuacja żenująca, drogi panie.
Muzyka lubiłam i ceniłam, aż do wczorajszego wieczoru, gdy znajomi moi wrócili z koncertu załamani i oburzeni. Nie dziwię się im wcale - muzyk nie okazał żadnego szacunku wobec zgromadzonych tam ludzi. Bo nawet jeśli ten komentarz aż tak dogłębne uraził Stevena lub był zupełnie inny, gorszy, mógł zawsze poprosić ochronę o wyrzucenie mężczyzny i grać dalej tym setkom, Bogu ducha winnych, fanów. Widocznie nie chciał. Widocznie mu nie zależało. Stchórzył, obraził się, wypiął na tych, dzięki którym ma co jeść.
Morrisey, diwo, zjedz snickersa.
Chcesz więcej stylu? Polub nas na facebooku!