Nie kończą się kłopoty dziennikarzy zatrzymanych podczas relacjonowania okupacji siedziby PKW.
Nie kończą się kłopoty dziennikarzy zatrzymanych podczas relacjonowania okupacji siedziby PKW. Fot . Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Dziennikarze zatrzymani przez policję podczas relacjonowania okupacji siedziby Państwowej Komisji Wyborczej po kilkudziesięciu godzinach w areszcie wychodzą na wolność. Nie oznacza to jednak, że kończą się kłopoty fotoreportera PAP Tomasza Gzella i dziennikarza TV Republika Jana Pawlickiego. Sąd postanowił kontynuować proces w tej kuriozalnej sprawie.

REKLAMA
Dobry proces musi się ciągnąć...
Kolejne rozprawy Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście zaplanował na 26 listopada i 5 grudnia. Na całe szczęście dla dziennikarzy organy ścigania nie wnioskowały o tymczasowy areszt dla nich, więc sąd uznał, iż moga odpowiadać z wolnej stopy.
Najbliższe tygodnie wymiar sprawiedliwości daje sobie natomiast na wezwanie świadków. Dziś wśród wyczytanych dziesięciu nazwisk świadków znalazły się także te przewodniczącego PKW Stefana Jaworskiego i szefa Krajowego Biura Wyborczego Kazimierza Czaplickiego. Sędziów w stanie spoczynku zabrakło jednak na wieczornej rozprawie.
Przypomnijmy, że w noc z czwartku na piątek doszło do rozpędzenia grupy prawicowych publicystów okupującej siedzibę PKW. Zatrzymano dwanaście osób, którym postawiono zarzut naruszenia miru domowego w publicznym gmachu. Wśród nich znaleźli się jednak także relacjonujący te wydarzenia Gzell i Pawlicki.
"Dziennikarze? Nie szkodzi"
Funkcjonariusze uznali dziennikarzy za członków grupy okupującej PKW. Nie wzięto pod uwagę, że zgodnie z obowiązującym prawem prasowym w takich przypadkach wszystkie instytucje, organizacje, oraz osoby prywatne są proszone o udzielenie posiadaczom legitymacji dziennikarskich wszelkiej pomocy związanej z wykonywaniem zawodu dziennikarza.
Tomasz Gzell i Jan Pawlicki od nocy byli tymczasem przetrzymywani w areszcie. Choć w piątkowy wieczór będę mogli wreszcie trafić do domów, wciąż grozi im kara nawet do roku pozbawienia wolności.
- Robiłem zdjęcia demonstrantom. Po zrobieniu ostatnich chciałem wyjść, a akurat wtedy jeden z policjantów mnie zatrzymał. Miałem plakietkę PKW pozwalając na poruszanie się po całej siedzibie Komisji, ale policja tego nie uznała - relacjonował w rozmowie z TVP Info tuż po wypuszczeniu na wolność Tomasz Gzell z PAP.
A może to policja złamała prawo?
Na razie sąd postanowił dać sobie czas na dokładniejsze przeanalizowanie sprawy rzekomego naruszenia miru domowego przez dziennikarzy w siedzibie PKW. Niewykluczone jednak, że ostatecznie miejsce oskarżonych w sprawie związanej z zatrzymaniem Gzella i Pawlickiego mogą zająć ci, którzy obecnie stoją po stronie oskarżenia.
Wygląda bowiem na to, że bezwzględni dla nich funkcjonariusze mogli naruszyć art. 43. ustawy prawo prasowe, który mówi o odpowiedzialności karnej za zmuszanie dziennikarza do zaniechania publikacji materiału lub zaniechania interwencji prasowej. Czyn ten zagrożony jest karą pozbawienia wolności do lat 3.