Lekarze rezydenci skarżą się na warunki w jakich muszą pracować w polskich szpitalach.
Lekarze rezydenci skarżą się na warunki w jakich muszą pracować w polskich szpitalach. Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

– Na rezydenturę trafia tylko najlepsza część absolwentów uczelni medycznych. To czas, w którym powinniśmy ostatecznie odnaleźć się w zawodzie, w którym tak bardzo brakuje specjalistów. A tymczasem podejście do nas wielu zachęca raczej, by jak najszybciej szukać pracy poza ojczyzną – żalą się młodzi lekarze. Uważają, że przełożeni próbują tylko oszczędzać ich kosztem, narażają młodszych kolegów na problemy, a w zamian nierzadko nie oferują nawet dobrego słowa.

REKLAMA
– Wojenki między doświadczoną kadrą a rezydentami są odwieczne. Już na uczelni można usłyszeć przecież liczne legendy. Dotąd były to jednak raczej historie dotyczące sporów pokoleniowych, czy po prostu tego, że specjalizacja wiąże się z niezłą przeprawą. Koniecznością schowania czasem wybujałych ambicji i ego do kieszeni. Taki ostateczny "chrzest bojowy" – mówi Dominika. Młoda lekarka z północnej Polski na własnej skórze przekonała się jednak, że szpitalna rzeczywistość w naszym kraju niebezpiecznie podnosi ciśnienie z zupełnie innych powodów.
Oszukani przez system
Jak tłumaczy, ona i jej młodzi koledzy po fachu bardziej niż rozpoznawaniem kolejnych problemów medycznych muszą zajmować się "oszukiwaniem systemu". – Polega to głównie na tym, że kiedy rezydent pokaże swoją wartość i umiejętności, staje się po prostu poniewieraną tanią siłą roboczą. Zrzuca się nas obowiązki bardziej doświadczonych lekarzy. Są placówki, w których rezydenci pełnili nawet samodzielne dyżury, co jest w zasadzie sprzeczne z prawem – zdradza nasza rozmówczyni.

Rezydent, czyli kto?

Każdy ze studentów medycyny po ukończeniu studiów zobowiązany jest do dalszego kształcenia, czyli otwarcia specjalizacji. Jedną z form realizacji tego planu jest etat rezydencki, zwany w skrócie rezydenturą. Rezydenci finansowani są przez Ministerstwo Zdrowia. Otrzymują obecnie wynagrodzenie w wysokości od 3 170 zł do 3 458 zł brutto.

za Rezydenci.org.pl
Ktoś mógłby bowiem uznać, że tego rodzaju daleko idące zaufanie do najmłodszego pokolenia lekarzy powinno im tylko schlebiać. Problem w tym, że przełożeni zrzucający na nich te zadania, w przypadku najmniejszego błędu nie będą skłonni do wzięcia odpowiedzialności na siebie. – A co powiedzieć pacjentom? Że czasem musimy się na nich douczać, bo specjalisty brakuje tylko dlatego, że tak można było ułożyć "tańszy grafik"? – oburza się Dominika.
Jednostkowy problem? – Powszechny, bardzo chory system - odpowiada Agnieszka, która rezydenturę odbywa właśnie na Śląsku. W jej szpitalu kierownik specjalizacji młodszych kolegów zajmuje jednak przede wszystkim w inny sposób. – Przez dwa bite miesiące siedziałam praktycznie tylko i wyłącznie w dokumentacji. Kontakt z pacjentem miałam przez ten czas taki, że po godzinach szłam sobie pogawędzić ze staruszkami – mówi lekarka. – Gdybym chciał siedzieć w papierach, studiowałabym administrację... – dodaje rozżalona.
Specjalizacja z papierologii
W jej przypadku wybić się z – jak to nazywa – "biurokratycznego szamba" pomogła dopiero awantura z samym dyrektorem szpitala. Podobno niezwykle zdziwiło go, że nie chce skorzystać i zdobyć doświadczenia, które... "jest teraz lekarzom najbardziej potrzebne". – Wywalczyłam udział w kilku zabiegach i powinnam się była cieszyć, ale wychodziłam z tego gabinetu becząc. Z bezsilności – wspomina Agnieszka.
Z jej relacji wynika, że podobne rozterki ma praktycznie każdy, kto zdecydował się na taką ścieżkę kariery. – Niczego się nie uczymy, traktują nas jako "zapchaj dziury". Tracimy czas i pieniądze. Bo nawet jeśli rezydentura jest bez żadnych kombinacji z umową, to ledwo wystarcza na opłacenie mieszkania i przeżycie od pierwszego do pierwszego. Ludzie powiedzą, że za parę lat zarobimy więcej, ale rynek medyczny najlepiej płaci za realne umiejętności. Przy biurku ich nie zdobędziesz.
Kiedy więc zobaczymy na ulicach "białe miasteczka" pełne młodych, ambitnych Polaków? Jak tłumaczą moje rozmówczynie, ich pokolenie stało się zakładnikami systemu, w którym całkiem dobrze starszym lekarzom. – Buntem niczego nie zdziałasz, to tylko kolejne niepotrzebne na starcie kłopoty – mówią zgodnie.
Siedzą cicho z biletem w jedną stronę
I przypominają głośną nie tylko w ich środowisku aferę w gorzowskim szpitalu wojewódzkim. Jedna z tamtejszych rezydentek postanowiła w lipcu ubiegłego roku upublicznić, jak wykorzystuje się tam młodych lekarzy i ryzykuje zdrowie i życie pacjentów. Choć kilka miesięcy później szef tej placówki został odwołany, a prokuratura zajęła się innymi nieprawidłowościami w jego szpitalu, wcześniej lekarka straciła kierownika swojej specjalizacji i miała trudności, by ją kontynuować.
O komentarz na temat sytuacji lekarzy rezydentów próbowaliśmy poprosić szefostwo kilku największych placówek z różnych regionów. Doświadczeni lekarze gremialnie odmawiają jednak odnoszenia się do skali i przyczyn tego zjawiska. – Każdy musi zadbać o swoją karierę samodzielnie – usłyszeliśmy tylko.
– Stawianie się zbyt głośno to zawodowe samobójstwo. Mój tata to prosty facet, ale mi ostatnio chyba najlepiej doradził, mówiąc: "zaciśnij zęby, zdobądź papiery i szukaj roboty za granicą" – gorzko podsumowuje Dominika.