
"Struktura miłości" zamiast związku, "komponent męski" służący za określenie mężczyzny, formułowanie zdań tak, by zawarta w nich myśl pozostała w tajemniczym niedopowiedzeniu. No i oczywiście nieodłączne makaronizmy i zapożyczenia z łaciny. Tak wygląda język wielu polskich duchownych. Im wyżej są postawieni, tym trudniej ich zrozumieć przeciętnemu wiernemu. Czemu to służy?
Kilka wymienionych powyżej określeń to cytaty tylko z najbardziej znanych z kwiecistego języka duchownych. Wśród preferujących zwyczajną polszczyznę księży i ludzi Kościoła tę narrację nazywa się ironiczne "językiem poświęconym". Każde słowo wypowiadane w homiliach najpopularniejszych kościelnych oratorów zadaje się bowiem być ułamek sekundy wcześniej z osobna pobłogosławione. Lubią oni nadać mu jeszcze odrobinę naukowego charakteru...
Teoria gender zaprzecza strukturze miłości, którą jest małżeństwo mężczyzny i kobiety w ich równej godności i nadzwyczajnej, ciągle odkrywanej komplementarności
Wielu molestowań udałoby się uniknąć, gdyby relacje między rodzicami były zdrowe. (...) Często wyzwala się ta niewłaściwa postawa czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga.
Jest w polskim Kościele jednak jeszcze trzecia szkoła. Jej mistrzem jest metropolita gdański abp. Sławoj Leszek Głódź. Znany jest z biesiadnych zdolności, którymi popisywał się będąc jeszcze ordynariuszem polowym Wojska Polskiego i po prostu lubi mówić. Im więcej, tym lepiej. Każda jego homilia to więc ciąg nie tylko rozważań o wierze, ale i wspomnień, czy powrotów do historycznych wydarzeń. To wszystko inkrustowane odpowiednim, niespiesznym tonem.
– Szczególnie hierarchowie lubią posługiwać się swego rodzaju językiem rytualnym. Sięgają po styl, w którym wzniosłość wypowiedzi jest ważniejsza od tego, czy ktoś ją zrozumie właściwie. Służy to temu, by treść się w ogóle pojawiła, ale nie przyniosła jakiegoś konkretnego znaczenia – mówi specjalista od retoryki dr Jacek Wasilewski.
Jeżeli ktoś jest przyzwyczajony do takiego formułowania zdań, gdyby wyraził się jak przeciętny człowiek, poczułby się dużo mniejszy. Nowomowa zawsze służy głównie pompowaniu własnego ego.
Jednocześnie ksiądz zwraca uwagę, że kościelnej nowomowy nie uczą wcale w seminariach. – To choroba na która się zapada później, gdy człowiek jest bardziej zainteresowany tym, by za to, co mówi chwalili go hierarchowie, a nie zwykli ludzie. Tę specyficzną ornamentykę języka zdobywa się już, gdy jest się księdzem – ocenia.
To nie jest problem tej przeważającej części kapłanów, którzy głoszą homilie w swoich parafiach i uczą w szkołach. To przywara biskupów, którzy mają tendencję do używania tej nowomowy mocno oderwanej od rzeczywistości.
Czy potrafią jeszcze mówić normalnie? – Myślę, że tak. Szczególnie po kilku głębszych – mówi bez najmniejszych ogródek dr Jacek Wasilewski. Ks. Kazimierz Sowa wskazuje tymczasem, że bezcenne doświadczenia polscy księża mogą czerpać z innych miejsc na świecie. Szczególnie tych, gdzie katolicyzm nie jest powszechny, a do Kościoła przychodzą tylko ci, którzy chcą usłyszeć od niego coś wartościowego.


