Za warsztaty w wioskach tematycznych wcale nie płaci się jak za zboże.
Za warsztaty w wioskach tematycznych wcale nie płaci się jak za zboże. Fot. Teodor Klepczyński

Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza… To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje, od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy – to słowa węglarza Tłoczyńskiego z „Misia” Barei. Na Dolnym Śląsku udowodniają jednak, że tradycja jest właśnie narzędziem zmieniania codzienności. I świetnym sposobem na dodatkowy zarobek.

REKLAMA
Wioska Darów Lasu, Wioska Sześciu Zbóż, Wioska Smaków, Wioska Wiatru, te nazwy brzmią jak krainy w grze RPG. Jednak na Dolnym Śląsku to prawdziwe wsie tematyczne, których mieszkańcy postanowili zbudować atrakcyjną ofertę turystyczną w oparciu o zasoby swojej miejscowości. Dolnośląskie wioski tematyczne, skupione w sieci współpracy pod nazwą Wioski z Pomysłem, skupiają ponad dwadzieścia wsi tematycznych i jest to jedno z największych takich zrzeszeń w Polsce. Opiekę merytoryczną sprawuje Fundacja Ekologiczna „Zielona Akcja” z Legnicy.
Na wizytę w trzech takich lokalizacjach umawiam się z Krzysztofem Szustką, ekspertem ds. promocji i rozwoju wsi. Plan wycieczki trafia na moją skrzynkę na dzień przed wyjazdem.
Droga do Bolesławca, z drobnymi wyjątkami, jest prawdziwie europejska. Najpierw prujemy A2 potem przez chwilę lokalnymi drogami, by wskoczyć na A4 i jechać nią prawie do samego miasta.
Z Krzysztofem Szustką jesteśmy umówieni w miejscowości Borówki. Jedziemy przez wieś, mijamy nowoczesny plac zabaw i tabliczkę z enigmatycznym napisem „Ścieżka Zmysłów”. Stajemy pod szyldem Wrzosowa Chata.
Odkopane talenty
Jesteśmy obserwowani, z gajówki wybiega kobieta w lnianej koszuli z wrzosowymi wykończeniami. – Wjeżdżajcie – pokazuje nam bramę – i zapraszam do środka.
Środek okazał się spełnieniem marzeń każdego, kto był zmuszony wstać o 3.30 rano, zobaczyć pierwszy śnieg na ulicach Warszawy i telepać się przez pięć godzin przez pół Polski. W kominku płonie drewno, a na stole stoi dzban ziołowej herbaty, miski z najróżniejszymi konfiturami i koszyki z ususzonymi ziołami. Pani Bogusia, właścicielka gajówki, sadza nas przy stole.
logo
Bogusia jest specjalistką od ziół i przetworów. Fot. Teodor Klepczyński
Wrzosowa Chata jest jednym z trzech punktów ekomuzeum oraz najważniejszym miejscem Wioski Darów Lasu. – Przez dłuższy czas mieszkaliśmy w lesie, bo mąż jest leśnikiem. Wyprawa na zakupy, czy do lekarza była bardzo skomplikowaną operacją, bo wychowywałam pięcioro dzieci. Nie miałam czasu na swoje sprawy – opowiada pani Bogusia i równocześnie wypisuje kolejne plakietki, które stawia przy koszykach z ziołami.
– Z Krzysiem znamy się już około 14 lat lub dłużej. Mimo że jest on ode mnie młodszy, to traktuję go trochę jak ojca, zwłaszcza Wrzosowej Chaty. Krzysiek spotkał mnie w okresie, gdy moje dzieci już wyrosły, a ja nie musiałam być matką Polką. Nagle okazało się, że powinnam się zająć sobą, ale nie do końca wiedziałam jak. Równocześnie dowiedziałam się gdzieś o idei odkopywanych talentów i zastanowiłam się nad tym, jaki talent sama mogłabym odkopać.
Bogusia skończyła rolniczą szkołę średnią i od zawsze interesowała się ziołami. – Trochę eksperymentowałam, ale nigdy do końca nie wiedziałam, co się z nimi robi. Potem zaczęłam czytać na ten temat i całkowicie wpadłam. Widzi pani, np. tymianek jest idealny nie tylko do mięsa, ale też przetworów czy herbat.
logo
Ekomuzeum działa we Wrzosowej Krainie od 2006 roku. Fot. Teodor Klepczyński
W tej części Borów Dolnośląskich stacjonowały kiedyś były wojska radzieckie i teren był zagrodzony. Do niedawna nie było tu żadnej tradycji turystycznej, a przyroda zajmowała się sama sobą. Przez cykliczne pożary powstały tu liczne wrzosowiska. Kiedy Rosjanie odeszli, handel się załamał i nie do końca było wiadomo, co można na tych terenach zrobić.
I wtedy pojawił się Krzysztof Szustka, ekspert ds. rozwoju i promocji obszarów wiejskich.
Krzysztof Szustka

Jak byłem na studiach poznałem ludzi działających w trzecim sektorze i tak już z nimi zostałem. Zobaczyłem, że można działać i zmieniać rzeczywistość.

Krzysztof od 14 lat przyjeżdża w te okolice, pomaga i wymyśla różne rzeczy. W tym momencie przez teren Wrzosowej Krainy (która obejmuje sześć pobliskich gmin) w ciągu roku przewija się ponad 100 tys. turystów. Region jeszcze nie żyje z turystyki, ale kilkanaście gospodarstw już na tym zarabia. W 2002 r. powstało partnerstwo na rzecz rozwoju tego regionu, potem pojawiły się środki, do gry weszły Lokalne Grupy Działania.
– Szukamy pomysłów i narzędzi, by zaspokajać potrzeby regionu – tłumaczy pan Krzysztof.
– Mięta, liście maliny i płatki nagietka – to jest herbata jesienna rozgrzewająca organizm – przerywa pani Bogusia i z przezroczystego dzbanka nalewa nam napój do kubków z Bolesławca.
– W Borówkach nie mieliśmy nic. Ani kościoła, ani sklepu, ani szkoły. Leśniczówka tutaj była. Turyści przyjeżdżali tylko na grzyby. To Krzysiek mnie zmobilizował, żeby rozszerzyć ofertę tej miejscowości.
Pan Krzysztof na gospodarstwo Bogusi zaczął patrzeć z innej perspektywy. – Ja zawsze swoje otoczenie obserwowałam, jako pani domu. A on przyjeżdżał i mówił – oj Bogusia, ta siekiera nie może tu leżeć.
Właścicielka Wrzosowej Chaty dołączyła do partnerstwa Wrzosowa Kraina i stała się jednym z trzech punktów ekomuzeum, które powstało w 2006 roku. Poza Wrzosową Chatą jest jeszcze Pasieka Maja oraz Dom Łowiectwa.
– Ekomuzeum to pomysł na sprzedaż dziedzictwa regionu poprzez aktywne warsztaty. Takie organizacje świetnie się rozwijają za granicą, a nasze ekomuzeum jest jednym z prężniejszych w Polsce.
Na początku oferta muzeum dotyczyła tylko Wrzosowej Chaty. Odbywały się tu godzinne warsztaty z robienia woreczków zapachowych, ale z czasem oferta wyszła poza mury domostwa. Zaczęło się organizowanie gry terenowej i przygotowali ścieżkę zmysłów, czyli drogę wysypaną szyszkami, po której trzeba latać na bosaka.
logo
Ogród to królestwo gospodyni. Fot. Teodor Klepczyński
U pani Bogusi poza woreczkami zaczęto robić herbatki i przetwory. W końcu razem z Krzysztofem doszli do wniosku, że nadszedł już czas na wioskę tematyczną.
– Zorganizowaliśmy wtedy spotkanie mieszkańców. Wspólnie wymyślaliśmy nazwę dla wsi, zastanawialiśmy się, co można byłoby tu robić.
Dzięki tamtym warsztatom kilka osób dołączyło, ale ostatecznie z Bogusią została tylko Krysia, sołtyska. Inni albo nie są gotowi, albo nie mają ochoty. Ale faktem jest, że z zazdrością patrzą na autobusy podjeżdżające do Bogusi.
A tych autobusów już trochę się narobiło. W Polsce działających wiosek tematycznych jest około 100. Takich, które są odwiedzane przez ponad tysiąc osób w ciągu roku istnieje około 20. Do Wrzosowej Chaty przyjeżdża rocznie 5-6 tys. osób.
Teraz robią też inne warsztaty, m.in. kulinarne, w ramach których nawiązują do swojego pochodzenia. Bogusia jest ze wschodu, a jej mąż spod Wilna więc organizują Litewskie Niebo w Gębie. Dzieci przygotowują pierogi, a potem pieką je w ogrodzie, w piecu Baby Jagi.
– Nasze ekomuzem jest już słynne – chwali się pani Bogusia. – Inni do nas przyjeżdżają i obserwują jak to się udało, jakie rozwiązania się sprawdzają.
Wrzosowa Chata od kilku lat organizuje Święto Wrzosu. To spora impreza, która do wioski liczącej raptem 190 mieszkańców ściąga tłumy.
logo
Krzysztof Szustka, dobry duch regionu, na Ścieżce Zmysłów. Fot. Teodor Klepczyński
Pani Bogusia ze swojej działalności miałaby już całkiem sensowny zarobek, gdyby nie fakt, że cały czas inwestuje i rozwija się.
– Mam masę pracy. We wsi proponuję ludziom stawkę 10 zł za godzinę i nie mam chętnych. Wolą posiedzieć w domu i nic nie robić. Ale czuję, że jeszcze dwa lata i to się zmieni. Najpierw obserwowali, jak się odmieniał mój ogród. Nie widzieli, jak dom zmienia się w środku. Widzę, że mieszkańcy zaczynają się bić z myślami. Bardziej dbają o swoje otoczenie. Nawet taki dziad, który mieszka obok krzyża zaczął robić wokół siebie porządek, bo córka mu kazała. W końcu przyjeżdżają tu ludzie z całej Polski, nie może być bałaganu.
Dożynki, które trwają cały rok
– Dlatego, że Krzysiek za późno nas poinformował, nie ma takiego ciasta, jakie być powinno – słyszę na wejściu od Anety, jednej z twórczyń Wioski Sześciu Zbóż. Goście Kraśnika Dolnego zawsze są podejmowani specjalną drożdżówką i kefirem.
logo
Witacz na wjeździe do Kraśnika. Fot. Teodor Klepczyński
Na nas czekają pierniki i kawa. W Wiosce Sześciu Zbóż wszystko zaczęło się od wieńca dożynkowego, który tradycyjnie robi się tu pod koniec żniw.
– Aneta z Darkiem, nasi sąsiedzi, robili taki wieniec i my się dołączyliśmy. Wygraliśmy nim konkurs prezydenta w Spale i to był właśnie początek. Pomyśleliśmy, że jakbyśmy mieli coś robić tutaj w Kraśniku, to warto, żeby to miało związek z tradycją – mówi mi pani Justyna, która prowadzi gospodarstwo rolne. Jej mąż Marek jest jeszcze stolarzem.
Z kolei pani Aneta pochodzi z Kraśnika, ale przez wiele lat z mężem tułała się po różnych miastach. Jej rodzice postanowili jednak ściągnąć małżeństwo z powrotem na wieś i dali im w prezencie działkę.
logo
Gospodarze przygotowali nam quiz. Mieliśmy dopasować zboże do produktu. Fot. Teodor Klepczyński
– Wiedzieli jak nas skusić, przeprowadziliśmy się tutaj, a ja przyjaźniej spojrzałam na to, od czego przez całe życie uciekałam. Tu zawsze śpiewają ptaki i pięknie czuć sianem.
Razem z sąsiadami przygotowali wspomniany wieniec, a potem wszystkim zrobiło się przykro, bo żeby pleść następny, musieliby czekać 10 lat. Tradycyjnie wieniec robi co roku 10 rodzin, a we wsi jest ich sto. Dlatego postanowili wymyślić coś takiego, co można byłoby robić przez cały rok. Spotkali się z Krzysztofem Szustką i zaczęli kombinować. Ponieważ wioska jest typowo rolnicza, to zboża były naturalnym skojarzeniem.
– Największym problemem okazało się wymyślenie fajnej nazwy wsi, która byłaby nie za mocna i równocześnie nie za szeroka tematycznie. Wieńcowa brzmiało fatalnie, z kolei rolnicza mało atrakcyjnie. Stanęło więc na sześciu zbożach. Dlaczego sześciu? Bo cztery ludzie są jakoś w stanie wymyślić, natomiast z sześcioma jest już problem – śmieje się Aneta.
Justyna i Marek mają piękną przedwojenną stodołę ze starą maszyną do młócenia. Zbierają też inne maszyny rolnicze, są także w posiadaniu żarna.
logo
Przedwojenna stodoła jest dumą gospodarzy. Fot. Teodor Klepczyński
– To nas z kolei skłoniło do wymyślenia cyklu dla dzieci „Od ziarenka do bochenka”. Dzieciaki dzisiaj uważają, że chleb bierze się z supermarketu, a my ich z tego błędu wyprowadzamy – tłumaczy Justyna.
Wioska tematyczna powstała dwa lata temu. Poza zajęciami w stodole, organizują też gry terenowe, w trakcie których pokazują m.in. z jakiej mąki powstaje dany rodzaj chleba. Ale jest też gra prezentująca najciekawsze zabytki Kraśnika, a tych nie brakuje.
– To były kiedyś tereny niemieckie. We wsi znajdowała się koszykarnia, piekarnia, mała poczta, dwa kościoły, dwie szkoły, kuźnia, pałac i stacja benzynowa, ale wiele z tych rzeczy nie przetrwało.
Marek, mąż pani Justyny jest stolarzem. Zaczął robić kury i koguty z drewna naturalnego. Potem rozszerzyli ofertę o gęsi, koty i łosie na święta. Na razie wycinają na swoje potrzeby albo sprzedają na lokalnych jarmarkach. Pomyśleli też, że można te figurki ozdabiać i włączyli to do oferty swoich warsztatów. Poza tym przygotował drewniane witacze, specjalne tablice, które stoją przy wjeździe do wsi i na wyjeździe z niej.
Oferta Wioski Sześciu Zbóż i Twórczej Stodoły jest adresowana do różnych grup wiekowych. Ostatnio organizowali zajęcia, na których bawiły się babcie z wnuczkami. – Nasze babcie też są w siódmym niebie. Zwłaszcza, gdy dorwą jakiegoś wolnego słuchacza. Ale poza tym bardzo nam pomagają – tłumaczy Aneta.
Do Wioski Sześciu Zbóż zaczęli też przyjeżdżać ludzie, którzy chcą zobaczyć, jak coś takiego można zorganizować.
logo
Latem w stodole odbywają się warsztaty artystyczne. Fot. Teodor Klepczyński
Cała inicjatywa jest prowadzona przez dwa małżeństwa: Justynę i Marka oraz Anetę i Darka, a także ich rodziny.
– Od niedawna mamy tu dom ludowy i z kołem gospodyń wiejskich, którego same jesteśmy członkiniami, organizujemy warsztaty. Ostatnio robiłyśmy w filcu – opowiada Aneta.
Justyna z Wioski Sześciu Zbóż

Mieszkańcy Kraśnika byli zadziwieni, co tu się dzieje, więc któregoś dnia zaprosiliśmy ich do nas, żeby zobaczyli jak to wygląda. Na jednym z zebrań poinformowaliśmy mieszkańców, że zamierzamy przekształcić Kraśnik w wioskę tematyczną. Nie było sprzeciwów, ale wielkiego entuzjazmu też nie zobaczyliśmy.

Mieszkańcy Kraśnika mają praktycznie wszystko. We wsi jest szkoła, apteka, oświetlenie ulic i dobre drogi. Jak przychodzi czas na pisanie wniosków, to ludzie nawet nie wiedzą czego mogą chcieć. Poza tym gmina ich trochę wyręcza w działaniu.
– Nie mamy jeszcze wielkiej imprezy cyklicznej, ale organizujemy turniej gospodarczy. W zależności od tego, czy udział biorą dzieci, czy dorośli, różnie dostosowujemy konkurencje.
Czy w związku z tym, że wioska swoją potęgę buduje na produktach rolnych, dorośli mogą tu liczyć na jeszcze inne przyjemności związane ze zbożem?
– Nie potrafimy jeszcze robić produktów na zbożu tylko dla dorosłych. Ale z pewnością się nauczymy – śmieje się Darek.
Mała Jugosławia
Lipiany stoją sztućcami. I to dosłownie, nazwa wsi jest ułożona z noży, łyżek i widelców. Na większości domów wiszą drewniane tablice z powypisywanymi przysłowiami kulinarnymi. Jedziemy do świetlicy, w której dziś odbywają się warsztaty kulinarne.
logo
Lipiany - Wioska Smaków Fot. Teodor Klepczyński
– Wszystko zaczęło się dwa lata temu, gdy na jakimś spotkaniu poznaliśmy Krzysztofa Szustkę i zaczęliśmy rozmawiać o tym, co można we wsi zrobić, a przede wszystkim co my, jako mieszkańcy, potrafimy robić najlepiej – tłumaczy mi Alicja Janiec, prezeska Stowarzyszenia Kobiet Aktywnych.
Alicja chciała być aktywna nie tylko z nazwy, dlatego szukała jakiegoś pomysłu na rozruszanie wsi. – U nas w kole gospodyń wiejskich są świetne kucharki. Na licznych konkursach kulinarnych zgarniałyśmy pierwsze miejsca. Sama z wykształcenia jestem technikiem żywienia zbiorowego, dlatego pójście w kulinaria wydawało mi się oczywiste.
Razem z dziewczynami ze wsi stworzyły ulotkę i zaprojektowały logo. Powstał witacz na wjeździe do wsi. Kobiety rozdawały swoje ulotki w szkole i rozmawiały z dyrektorkami tych placówek. Przyjechała pierwsza wycieczka, potem druga i rozeszła się fama. Kobiety stworzyły rozwijany banner, który rozstawiały na regionalnych imprezach.
Jednak Lipiany są znane nie tylko ze świetnych kucharek, ale i z samej kuchni. Tę miejscowość zamieszkują rodziny przesiedleńców z Jugosławii, dlatego króluje tu kuchnia bałkańska.
logo
W Lipianach odbywają się warsztaty kulinarne. Fot. Teodor Klepczyński
– Ja się, co prawda, wżeniłam w taką rodzinę, bo nie pochodzę stąd, ale nie przeszkadza mi to zupełnie organizować coroczne święto pity, czyli typowo jugosłowiańskiej potrawy – opowiada.
Pita to rodzaj placka, który może być podawany na słodko lub słono i nie ma nic wspólnego z kebabem jedzonym na Dworcu Centralnym. Lipiańskie kucharki są też mistrzyniami w satarażu czyli smażonych warzywach z jajkiem i śmietaną oraz peczenicy – pieczonym prosiaku.
Kiedy rozmawiam z Alicją, w świetlicy trwają warsztaty kulinarne. Dzisiaj przyjechali licealiści z Bolesławca. Upiekli już pizzę oraz przygotowali figurki z masy marcepanowej. Teraz odbywają się kalambury, uczniowie zgadują przysłowia kulinarne.
– Niestety, z naszej oferty korzystają przede wszystkim przyjezdni. Zaangażowanie we wsi jest małe – mówi Alicja.
Warsztaty kulinarne organizowane w Lipianach dostosowane są do pory roku. Od grudnia zaczyna się pieczenie pierników. W styczniu i lutym przychodzi czas na faworki. Są też bardziej nowoczesne warsztaty, m.in. z kuchni włoskiej czy pieczenia muffinów.
logo
Dziewczyny w Lipianach są zgraną drużyną. Fot. Teodor Klepczyński
Zainteresowanie jest duże, a uczestnicy warsztatów zróżnicowani. Działaczki z Lipian szkoliły już trzylatki, na warsztatach bawiły się też 70-latki. Kobiety organizują też gry terenowe o przyrodzie i - oczywiście - kuchni bałkańskiej. – Na razie jest za wcześnie, żeby z tego wyżyć, ale można sobie całkiem godziwie dorobić.
Największym marzeniem Alicji jest włączenie mieszkańców Lipian w działania kulinarne.
– Kiedy powiesiliśmy na swoich domach drewniane tablice z przysłowiami, wielu mieszkańców zgłosiło się do mnie, że też chciałoby mieć takie u siebie. Teraz myślę sobie, że fajnie by było, gdyby przed każdym domem stała taka tabliczka, jak w restauracji, na której byłoby napisane, co danego dnia gospodyni planuje na obiad.
Niewielu mieszkańców Lipian wierzyło w powodzenie tej inicjatywy. Kiedy Alicja na spotkaniach sugerowała, że oferta warsztatów kulinarnych może się spotkać z zainteresowaniem, to nikt jej nie wierzył. Wieś nie ma w końcu nic do zaoferowania – żadnych zabytków, nawet sklep tu nie działa. Ale na spotkaniu organizacyjnym było sporo osób. Gdy przyszło jednak do zorganizowania jakichś działań, to z pokaźnej grupki zostało ośmiu zainteresowanych, a z czasem ich liczba zmniejszyła się do czterech kobiet.
– Na początku dwie dziewczyny nie miały pracy i bardziej się angażowały w rozwijanie naszej oferty. Teraz już wszystkie pracujemy i musimy się wzajemnie wspierać. Gdy dwie z nas organizują warsztaty, to pozostałe dwie po nich sprzątają. Nie możemy dopuścić do sytuacji, w której któraś z nas czułaby się wykorzystywana, to mogłoby zrujnować całą inicjatywę.
Mieszkańcy widzą, że inicjatywa, którą z góry skazali na niepowodzenie rozwija się, ale raczej się tylko przyglądają niż sami działają. Krzysztof Szustka zaznacza, że takie akcje mogą zintegrować wieś lub ją spolaryzować.
– Czasami pojawia się zawiść, a nawet próba sabotażu działań aktywisty.
– Nie mam pomysłu, jak ich mogę rozruszać. Kiedy organizowałam dzień bałkański, to na świetlicy było ponad sto osób, z czego raptem cztery z naszej wioski. Dla mnie to była porażka.
Szustka dodaje jednak, że nie należy oczekiwać, że w działania włączy się od razu cała wieś.
– Kiedy jest pomysł, to widzę od razu szansę. Jeśli chce ją wykorzystać chociażby jedno gospodarstwo, to niech to robi. Zawsze wychodzę z takiego założenia.
Alicja czuje satysfakcję, poznaje wielu ludzi i jak widzi, że są zadowoleni, to i ona się cieszy. W okolicy nawet ostatnio modne się zrobiło wyprawianie dzieciom urodzin w Wiosce Smaków a nie np. w McDonaldzie.
A największą radością dla niej jest fakt, że z miejscowości, w której nie ma w zasadzie nic ciekawego, udało się zrobić popularny punkt wycieczkowy.
– Wie pani, tu jest właściwie koniec świata. W Lipianach kończy się asfalt. Potem jest tylko las, a za lasem Borówki, drugi koniec świata, tam działa pani Bogusia.
Przykład dolnośląskich wiosek pokazuje, że nawet na końcach świata można zrobić aktywne i chętnie odwiedzane centra.