Liczyć coś, czy liczyć na kogoś?
Liczyć coś, czy liczyć na kogoś? Fot. Shutterstock

„Priorytety” i „wartości” to słowa, które ciążą. Trudno o nich mówić, bo każde ich użycie wymaga powagi i skupienia. A przecież opisują rzeczy, które nie występują od święta, tylko towarzyszą nam na co dzień. Wpływają na nasze decyzje i sposób życia. A może jest dokładnie odwrotnie? To sposób życia i podjęte przez nas decyzje definiują naszą hierarchię wartości?

REKLAMA
Ważne, kto mieszka za ścianą
Renata i Piotrek mieszkają w Szczecinie, obydwoje zbliżają się do 50-tki i mają szesnastoletniego syna Tomka. Wpadamy do nich w dzień urodzin Renaty, przy stole siedzi para ich przyjaciół, którzy zahaczyli o mieszkanie Renaty i Piotrka podczas spaceru – Jola i Sławek.
logo
Renata i Tomek przy urodzinowym torcie. Fot. Teodor Klepczyński
– Wiesz co jest dylematem życiowym? To, że kurki mi zgorzkniały – stwierdza załamana Renata, która planowała podać kurkowe risotto. Odbywa się dyskusja dotycząca kurek, czy rzeczywiście nie nadają się do spożycia. Zdania są podzielone, ale ostatecznie w risotto lądują pieczarki.
Dla szczecinian, których spotykam, ważne są drobne przyjemności. Sławek robi chleb na zakwasie. – Nie mam pojęcia na czym polega jego sekret. W ogóle nie dokarmia tego zakwasu, a rośnie mu jak szalony. A chleb jest pyszny – tłumaczy Jola.
Nie jest nam dane spróbować tych specjałów, ponieważ do Joli i Sławka wpadła dzisiaj siostra z mężem i wyjedli cały zapas pieczywa.
Przyjaciele lubią wspólne wyjazdy do Szczyrku i wypady do kina. Renata była ostatnio na filmie dokumentalnym o pierwszym zdobyciu Mount Everestu. Na stole w specjalnym koszyku lądują bułki, podobno najlepsze w okolicy . Piotrek nie wyobraża sobie z kolei początku dnia bez świeżej prasy. Kiedyś był na szkoleniu, a do najbliższego kiosku miał 4 km. Wstawał o szóstej rano i chodził po gazetę.
Na pytanie o najlepsze towarzystwo, wszyscy zgodnie odpowiadają, że są to przyjaciele. Renata stwierdza nawet, że wspólne spędzanie czasu jest dla niej najważniejsze.
– Najlepiej czuję się z przyjaciółmi – tłumaczy Sławek – Prawdziwym jest stwierdzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu.
logo
Jola i Sławek, a za nimi obraz namalowany przez więźnia Walerego. Fot. Teodor Klepczyński
Ale Jola równocześnie dodaje, że nie stronią od towarzystwa krewnych. – Co roku mamy zjazdy rodzinne. Na jesieni spotykamy się w pensjonacie nad morzem. Zjeżdżają się krewni z całego kraju.
– Moja koleżanka, z którą chodzę po górach, powiedziała mi kiedyś podczas wyprawy: nie wiesz, że najlepiej się odpoczywa z przyjaciółmi? – dodaje Renata.
Zarówno Jola jak i Renata mogą pochwalić się przyjaźniami jeszcze z podstawówki.
– Mam wrażenie, że jak w Polsce już ktoś osiądzie, to zostaje na miejscu na długie lata. I stąd te wieloletnie przyjaźnie. Podobnie jest z długim stażem pracy, większość z nas od wielu lat pracuje w tym samym miejscu.
A czy ta praca jest ważna? – Oczywiście, to podstawa – tłumaczy Piotrek, ale chodzi mu przede wszystkim o jej materialny wymiar. Sam pracuje w więzieniu, ale patrząc po jego mieszkaniu, trudno uwierzyć, że do swojej pracy nie ma osobistego stosunku. Na ścianach wiszą dzieła namalowane przez osadzonych, a na stole stoi świecznik w kształcie myszy, również zrobiony przez więźnia.
logo
Piotr i Renata. Fot. Teodor Klepczyński
Z największym entuzjazmem o swojej pracy wypowiada się Renata, która uczy niesłyszących angielskiego. W swoim zawodzie lubi zmiany. Co roku ma przecież innych uczniów, sposoby nauczania też ulegają transformacji. Trzeba być na bieżąco, to jest motywujące i nie pozwala popaść w rutynę.
Z rutyną natomiast zmaga się Sławek, który od lat prowadzi swoją firmę. Zajmuje się urządzeniami chłodniczymi, m.in. klimatyzorami. – W Szczecinie to jest trudny rynek, a pracy nie ma tak dużo jak kiedyś. Już myślałem, że niedaleko mi do emerytury, a tutaj ten wiek emerytalny wydłużają.
– Moją pracą była opieka nad dziećmi. Mamy dwóch synów, 22-letniego Marcina i 16-letniego Michała. Ale teraz coraz poważniej myślę o tym, żeby jednak zacząć pracować, coś zmienić w życiu. Nie żałuję, że zostałam z chłopakami. Dzięki temu mam z nimi świetny kontakt. A oni lubią przebywać w domu. Bardzo się z tego cieszę – zaznacza Jola.
Dzieci i troska o nie to jeden z priorytetów. – Jednego syna mamy już dorosłego, studiuje na Akademii Morskiej nawigację i jesteśmy już w miarę spokojni o jego przyszłość. Teraz martwię się o młodszego syna, bo jeszcze nie wiem, co z niego wyrośnie.
Piotrek, trochę żartobliwie dodaje, że jego też najbardziej trapi Tomek. A co najbardziej trapi Tomka? To, że nie zda z fizyki.
Piotrek na pytanie o hierarchię wartości odpowiada z pewnością w głosie, że najważniejsze są zdrowie, praca i oczywiście miłość. Rzuca miłosne spojrzenie w stronę żony, po czym łapie swojego niebieskiego rosyjskiego kota Bajkała i określa jako swoją małą miłostkę.
logo
Bajkał, kocia miłostka Piotra. Fot. Teodor Klepczyński
Renata zaznacza, że z biegiem czasu, coraz istotniejsze są dla niej kwestie zdrowotne. – Ostatnio miałam problemy z kolanem. Wstrzyknęli mi nawet kwas hialuronowy. Co prawda nie w twarz, ale właśnie w kolano. Tak czy siak czuję, że aktywnie walczę z objawami starości – śmieje się Renata.
Pytani o więzy sąsiedzkie wszyscy wracają do starych czasów. – W miastach jest zdecydowanie inaczej jeśli chodzi o więzy sąsiedzkie, chociaż to wszystko zależy od ekipy, która mieszka na danym osiedlu albo od kreatywności jednej osoby. Ja mam koleżankę Halinkę, która mieszka w bloku i potrafi zorganizować imprezę na strychu, na którą zaprasza wszystkich sąsiadów – tłumaczy Renata.
Dodaje też, że ich dzielnica była nazywana rejonem cudów. Mieszkał tu różnoraki element, a wejście w nieodpowiednią bramę mogło się skończyć tragicznie. Teraz towarzystwo się wymieszało, w wyrwach między starymi kamienicami pobudowano plomby, sprowadzili się nowi ludzie. Ta wspólnota dopiero się tworzy.
– My też mamy mieszkanie w starej kamienicy. Sławek mieszkał w niej od dzieciństwa i tam się wszyscy znali. Jak przeprowadziłam się do męża, to zastałam bardzo zgrane towarzystwo i sporo osób w naszym wieku. Na podwórku robiliśmy grilla i zdarzało się, że dzieciaki zasypiały gdzieś na podwórku pod krzakiem. Trzeba było ich szukać. Potem część osób się wyprowadziła i nie jest już tak wesoło.
– Ale my też się zmieniliśmy – dodaje Sławek – Kiedyś to była norma, że przychodziło się po cukier i sól. Zapraszało na imprezy, na których serwowano przede wszystkim słone paluszki. Można było przyjść bez zapowiedzi. Teraz się zamykamy, pracujemy, nie mamy czasu. Brakuje tej spontaniczności. Byliśmy młodsi i bardziej nam się chciało.
– Wiecie co, ale te więzy sąsiedzkie są jednak ważne. Obok nas wprowadziła się teraz dziewczyna, studentka. Kiedy jej mama nas poznała ewidentnie kamień spadł jej z serca. To przecież jednak ważne obok kogo mieszka się w bloku.
Żeby zostało tak, jak jest
Agata mieszka w Węgorzynie, niewielkim miasteczku w Zachodniopomorskiem, od urodzenia. Jej blok jest wyjątkowy, przyklejony do szkoły, jego lokatorami są emerytowani nauczyciele, przyszywani wujkowie i ciocie Agaty oraz jej babcia Lida.
logo
Agatę spotykamy na spacerze. Fot. Teodor Klepczyński
– Tu wszyscy są jak rodzina. To z jednej strony jest bardzo fajne, bo czuję się bezpiecznie, w zasadzie nie zamykamy tu drzwi. W bloku mamy raptem cztery mieszkania, więc nikt nie ginie w tłumie. Ale to równocześnie jest minusem. Czasami chciałoby się być niewidoczną, a to w naszych warunkach jest niemożliwe.
Agata ma 28 lat i pół roku temu urodziła córkę. To jej bardzo poprzestawiało priorytety. – Wiesz co, ja wcześniej nie rozumiałam, co to znaczy bać się o kogoś. Dopiero jak urodziła się mała zobaczyłam, jak silne jest to uczucie. Przewracała oczami, a lekarze powiedzieli mi, że to może być tzw. objaw zachodzącego słońca. Byłam przerażona, na szczęście okazało się, że małej nic nie jest.
Opisując życie w małym miasteczku, zaczyna od minusów. Wszyscy wszystko wiedzą. I plotkują na potęgę, a to potrafi uprzykrzyć życie. Dlatego trzeba być ostrożnym, co się komu mówi. Agata ma jednak w Węgorzynie serdeczną przyjaciółkę, taką od podstawówki, której może zaufać. Kiedyś biegła do niej z każdym problemem. Lekceważyła za to rady swojej mamy, które wydawały jej się zupełnie nietrafione. Dzisiaj częściej idzie właśnie do matki. Rodzina stała się ważniejsza.
– Wiesz, czego boję się najbardziej? To dziwne, ale przeraża mnie wizja śmierci mojej babci Lidy.
Babcia mieszka po drugiej stronie korytarza, jest powierniczką i wielką pomocą dla Agaty.
– Mam poczucie, że gdy babcia umrze, to zostanę sama. I boję się odcięcia tej pępowiny. Co gorsza, wiem, że ten scenariusz jest nieunikniony i prędzej czy później się sprawdzi, ale na dzień dzisiejszy nie jestem na to gotowa.
logo
Narodziny dziecka całkowicie zmieniły priorytety Agaty. Fot. Teodor Klepczyński
Kiedy pytam o priorytety, Agata skupia się na ludziach. Cały czas podkreśla wielką zmianę, jaką w jej myśleniu spowodowały narodziny córki.
Agata

Dla mnie na pierwszym miejscu jest teraz zdrowie dziecka, na drugim moja rodzina. Niekoniecznie własne szczęście, bo kiedyś było też inaczej, na kolejnych wykształcenie i praca.

To właśnie przez pracę Agata wróciła po studiach do Węgorzyna. Skończyła pedagogikę wczesnoszkolną i przedszkolną, a w jej miasteczku potrzebowali właśnie takich specjalistów. Duże miasto nigdy jej nie odpowiadało, było dla niej za głośne, zbyt męczące. Dla niej ważny jest spokój, a Węgorzyno ten spokój daje. Mieszka prawie nad samym jeziorem, a za oknem ma park i orlika, na którym z chłopakiem grywa w tenisa.
– Praca daje mi satysfakcję, miałam nawet plan, by po roku urlopu macierzyńskiego do niej wrócić. Ale poza pracą Węgorzyno nie oferuje wielu możliwości do realizowania swoich pasji. Gdy dojeżdżałam na lekcje gry na fortepianie, marzyłam o tym, aby szkoła muzyczna była na miejscu, w Węgorzynie.
Dojazdy nie podobają się też chłopakowi Agaty, który jest żołnierzem zawodowym. Na razie stacjonuje w Szczecinie i do rodziny przyjeżdża tylko w weekendy. Niebawem mają go przenieść do Stargardu, będzie miał bliżej.
– Staram się nie denerwować faktem, że mam chłopaka żołnierza. Wiem, że jemu wcale niespieszno na misje. Te dojazdy też nie są takie męczące. Zastanawiam się, czy gdyby mieszkał z nami cały tydzień, to nie znudzilibyśmy się sobie.
O czym marzy?
– Byłabym szczęśliwa, gdyby moje dziecko było wykształcone i miało pracę.
logo
Życie w małym miasteczku odpowiada Agacie. Ale nie lubi plotek, one potrafią uprzykrzyć życie. Fot. Teodor Klepczyński
Poza tym chciałaby podróżować. Albo w ogóle wyprowadzić się do ciepłego kraju. Bo o innym miejscu do mieszkania w Polsce nie myśli. Jak już się gdzieś przenieść, to bardzo daleko. – I żeby nikt mnie nie opuszczał. Żeby zostało tak jak jest.
Być użyteczną i zapamiętaną
Karwowo to niewielka popegeerowska wieś, w której mieszka około 130 ludzi. W świetlicy zaaranżowanej w dawnym sklepie spotykam się z Bożeną, lokalną liderką i nauczycielką, Jagodą, sołtyską i Beatą mieszkanką wsi. Beata na samym początku jest wobec nas nieufna – To są obcy, ja im nie wierzę – śmieje się. Na szczęście jestem w stanie przełamać ten opór, bo sama nie jestem do końca obca. Moja prababcia, po powrocie z zesłania na Syberii, zamieszkała właśnie w Karwowie. To ostatecznie otwiera Beatę, która zmienia się w najbardziej żywiołową rozmówczynię w towarzystwie.
logo
Karwowskie dziewczyny. Fot. Teodor Klepczyński
– Do jakiegoś momentu odnajdywałam tylko siebie i bardzo chciałam mieszkać gdzie indziej, ale jestem takim tchórzem, że nie wyściubiłam nosa ze wsi. Przez pół roku pracowałam w Łobzie [miasto nieopodal Karwowa - red.], co dzień tam jeździłam i wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę najbardziej na świecie kocham Karwowo – tłumaczy.
– Cały czas chciałam stąd uciec, i miałam poczucie, że nic mnie tu nie trzyma. Patrzyłam na miastowych, którzy mieli fajne samochody, ubrania, ale po śmierci mojej matki naprawdę zrozumiałam, że przede wszystkim chcę być, nie chcę mieć – opowiada Beata.
Boi się samotności. Widzi, że na wsi przyjaźnie są bardzo ważne. – Dzieciaki stąd wyjeżdżają. Jasne, rodzina jest istotna, ale jej tu nie ma. Dla mnie najważniejszy jest syn, a z przyjaciółkami umówię się na starość na piwo i pogaduchy – śmieje się Beata.
Mieszkanka Karwowa boi się wielkomiejskich bloków, samotnej śmierci, jest przekonana, że w blokowisku nikt by jej nie znalazł. Ważne jest dla niej, by zostać zapamiętaną. Śmierć matki była dla Beaty wydarzeniem granicznym, w rozmowie cały czas wraca do tego momentu. – Kiedy moja mama umierała, powiedziała mi, że nawet jakbym miała ściany ze złota, a nie będzie miał mnie kto za rękę potrzymać, to moje życie będzie przegrane.
Ale żeby we wsi były dobre relacje, to też trzeba nad tym pracować. Nie jest łatwo, bo w miejscowości wszyscy się znają i każdy wie o sobie wszystko. Niby tak, jak w rodzinie, ale między krewnymi trzeba sobie wybaczać. A sąsiadowi już nie trzeba. – Ja nie odzywałam się z moją przyjaciółką szesnaście lat. Szesnaście! A wie pani dlaczego? Bo ludzie mówili, że jej brat się przeze mnie powiesił. Cała rodzina się na mnie obraziła, ale nikt mnie nie zapytał, czy to prawda. A ja nie miałam żadnego kontaktu z tym chłopakiem. Jeśli się we mnie podkochiwał, to nie miałam o tym zielonego pojęcia.
logo
Dawny sklep został przerobiony w świetlicę. Fot. Teodor Klepczyński
Kobiety chciałyby zaktywizować miejscowość, dbać o porządek, organizować inicjatywy, ale to nie jest łatwe.
– Wie pani co jest największym wrogiem zbiorowych działań? Kompleksy. Bo zakompleksiony człowiek nie odezwie się, nie zadziała, ale będzie za to krytykował i wytykał błędy. Ja staram się już na to przymykać oko, wiem, że zmiany społeczne wymagają czasu, ale kiedyś to bardzo bolało – opowiada Bożena, która do Karwowa przeprowadziła się w 1994 roku. Zaraz po zamknięciu PGR-u.
– Wydawało mi się, że pojawiłam się tu tylko na chwilę, bo chciałam wrócić do miasta. Przyjechaliśmy zimą, nie posiadaliśmy samochodu, a mieliśmy zobowiązania w mieście. Jak wracaliśmy, to pod domem czekało porąbane drewno na opał i było odśnieżone. Nawet nie wiedzieliśmy kto to zrobił, ale te drobne gesty sprawiły, że zmieniła mi się percepcja tego miejsca. W mieście takie rzeczy byłyby nie do pomyślenia. Rodzina, owszem, pomagała, ale żeby obcy ludzie? – tłumaczy Bożena.
Minął rok i małżeństwo zdecydowało się zostać tu na stałe, a Bożena zaczęła patrzeć za swoje ogrodzenie i zobaczyła wiele rzeczy do naprawy.
– Po upadku PGR-ów łatwiej było ludzi namówić do wspólnego działania, bali się bezczynności. Były prace społeczne, koszenie trawy i zabawy do białego rana. Na takich potańcówkach nie wiadomo skąd pojawiały się blachy ciast i kiełbasy. Moje podwórko było wydeptane do gołej ziemi, wszystko przez wielogodzinne tańce – z uśmiechem wspomina Bożena.
Teraz to się zmieniło. Ludzie we wsi nie spotykają się, zaczęła działać spółdzielnia, mają pracę, są zajęci. A jak przychodzi weekend, to każdy chce coś w swoim domu zrobić.
– Brak czasu i zaganianie nie jest tylko domeną wielkiego miasta. To też choroba wsi – tłumaczy Bożena.
– Ale ja tego nie rozumiem. Kiedyś przecież nie było automatycznych pralek ani samochodów. Każdy miał za to na podwórku kaczki, kury i świnie, które też trzeba było przecież oporządzić, a i pracowało się normalnie i spotykało. Ja do koleżanki latałam uczyć się na drutach robić. No proszę mi powiedzieć, co się z tym czasem stało?
I rzeczywiście kobiety zaczynają się głośno zastanawiać. – Już wiem, to o te internety i telewizory chodzi. Pozamykaliśmy się w domach na cztery spusty – mówi Beata.
Co jest dla nich ważne?
Beata nie chce się już bać. Coraz głośniej wyraża swoje zdanie, buduje pewność siebie. Kiedyś bardzo zazdrościła ludziom literek mgr przed imieniem. Teraz już wie, że swojej wartości nie trzeba budować tylko na tytułach naukowych.
logo
Beata, która się najbardziej bała, zmieniła się w najgorliwszą rozmówczynię. Fot. Teodor Klepczyński
Dla Bożeny kilkanaście lat temu bardzo ważne było to, by karwowskie dzieci nie wstydziły się tego, że są ze wsi. – Jeździłam z tymi dzieciakami autobusem do Łobza i strasznie mnie bolało, jak mówiły o Karwowie, że to wiocha zabita dechami. A mnie było ich szczerze szkoda. Tłukły się tym zimnym autobusem, a kierowca puszczał tylko disco-polo – wspomina.
Przeprowadzkę na wieś ciężko zniósł też syn nauczycielki. Wstydził się przyznać skąd jest, stał się małomówny, a kiedy ktoś określił go słowem „wieśniak” to zamykał się jeszcze bardziej.
Dziś Karwowo jest jedną z aktywniejszych wsi w okolicy, co jak na miejscowość, w której zamknięto PGR, jest ewenementem. Syn Bożeny już się nie wstydzi, chce tu założyć muzyczne gospodarstwo agroturystyczne. Jest dumny nie tyle ze zmian w samej wsi, ile ze zbiorowego działania społeczności. I oczywiście z tego, że to jego mama zainicjowała te zmiany.
Dla kobiet ważna jest też praca. Nie chodzi o aspekt materialny, spółdzielnia dopiero tu zaczyna działać, zarobki nie są duże. Ale regularne zajęcie pozwala zbudować poczucie własnej wartości, poczuć się potrzebną, spotykać innych ludzi, skonfrontować się z ich problemami.
– Naprawdę istotne jest to, żeby być użyteczną, nic tego nie zastąpi – dodaje Bożena.
Z kolei Beacie w głowie utkwiło jedno wspomnienie.
– Pamiętam taki czas, kiedy krucho było u mnie z pieniędzmi. Poszłam do supermarketu, a w kieszeni miałam tylko dwa złote. Pomyślałam, że kupię sobie kilka plasterków kiełbasy na kolację. Obok mnie stała kobieta z wózkiem wypełnionym po brzegi. Ja jej tak strasznie zazdrościłam i myślałam, że największym szczęściem byłby właśnie taki pełen wózek. Potem dorobiłam sobie zbierając truskawki w sąsiedniej wsi i mogłam zrobić wielkie zakupy. Kiedy stałam w kolejce poczułam na sobie czyjś wzrok. Obserwowała mnie kobieta z jednym produktem w ręku, a ja doskonale rozumiałam, co ona czuje. I już się nie cieszyłam z mojego pełnego wózka.