Na zakupach jesteśmy jak ludzie pierwotni? Bzdura! Brak nam tylko ogłady i rozumu

Zakupy świąteczne to w ostatnich latach istny horror.
Zakupy świąteczne to w ostatnich latach istny horror. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Przepychanki, pokrzykiwanie i przekleństwa zasłyszane kilka dni temu w jednym z warszawskich centrów handlowych sprawiły, że błyskawicznie poczułam ducha nadchodzących Świąt. Oto Polacy ruszając na wielkie zakupy wyruszyli jednocześnie w daleką podróż do prehistorii. I trzeba przyznać – nawyki ludzi pierwotnych przyswoili sobie niebywale wiernie.


Widzieliśmy to nie raz. Kolejki do nowo otwartego dyskontu, tłumy depczące się wzajemnie w drodze do drzwi wejściowych (bo pięciu pierwszych klientów dostanie pięć procent rabatu), bitwa o markowe torebki na wyprzedaży, porozrzucane produkty. Właściwie oglądamy regularnie, bo – o zgrozo – problem nie dotyczy tylko przedświątecznej gorączki, choć faktycznie w okresie poprzedzającym Boże Narodzenie, święto uchodzące wszak w religii katolickiej za dni pełne ciepła, wzajemnego zrozumienia i przede wszystkim miłości nie tylko własnej, ale zwłaszcza bliźniego, skala zakupowego szału przybiera na sile do granic możliwości.
Ewolucja, nasza zmora
Pomysłów na to czym wyjaśnić szał, jaki dopada ludzkość w handlowych galeriach jest całkiem sporo, ale brak na to naukowej odpowiedzi. Brytyjski dziennik „The Telegraph” opublikował ostatnio interesującą tezę, według której podczas świątecznych zakupów w ludziach wyzwalają się pierwotne instynkty. – To mechanizmy przetrwania, typowe dla ludzi pierwotnych – zagorzale przekonują brytyjscy psycholodzy. Tym zagorzalej, że przecież zakupowy szał to nie tylko problem Polaków.


Podobne, ewolucyjne teorie przedstawił jakiś czas temu Paco Underhill, autor książki „Dlaczego kupujemy”. Przez dziesięciolecia obserwował ludzi na zakupach, ich sposób poruszania się po sklepach, schematy, wedle których podejmują decyzję. I doszedł do wniosku, że część z nich zachowuje się istotnie podobnie do ludzi pierwotnych. Mowa tu zwłaszcza o mężczyznach. Zdaniem Underhilla, dla mężczyzny zignorowanie metki i szybka decyzja o zakupie produktu jest jak zabicie ofiary na prehistorycznym polowaniu. A to z kolei – podświadomie – nieszczęśnicy interpretują jako zaliczony lub oblany sprawdzian własnej męskości.

Instynkt łowcy
– Chodzi o tak zwany instynkt łowcy – potwierdza w rozmowie z naTemat dr Konrad Maj, psycholog społeczny. – To odwieczne i naturalne zachowanie, które obserwowaliśmy u ludzi pierwotnych i ciągle obserwujemy u zwierząt. Jeśli wchodzimy do sklepu, w którym tłum ludzi pędzi np. w stronę stoiska z pieczywem, to my automatycznie zaczynamy pędzić za nimi w obawie, że dla nas zostaną najmniej atrakcyjne kąski lub w ogóle ich zabraknie. I to zjawisko dotyczy zarówno mężczyzn jak i kobiet.

Do tego – zdaniem naukowca – dochodzi też pewne upodobanie do adrenaliny. Dla zasady chcemy jako pierwsi zdobyć coś, po co zdążają inni. Nawet jeśli chodzi o produkt, który w ogóle nie jest nam potrzebny. I to ostatnie akurat potwierdzają liczne przeprowadzane w Polsce badania.

Z badania TNS Polska przeprowadzonego w 2012 r. wynika, że zasięg zjawiska zakupów subiektywnie zbędnych jest w Polsce umiarkowanie duży: 23 proc. badanych lub ich rodzin często lub czasem myśli, „że kupuje za dużo rzeczy, że bez niektórych zakupów mogłaby się obyć”.

Sytuacji nie ułatwiają same sklepy, które robią wszystko, by nas do zwariowanego marszu poprzez kolejne działy zachęcić. Od promocji, przez sugestywne dekoracje na odpowiednio dobranej do okoliczności muzyce kończąc. – Projektanci centrów handlowych i sklepów wymyślają cały skomplikowany plan podróży, do której chcą namówić klientów – wyjaśnia na łamach magazynu „Reader's Digest” Adam Ferrier, psycholog zachowań konsumenckich.


PRL-em wytłumaczysz wszystko
Ale – jeśli mowa o Polakach – nie mogło się przecież obyć także bez ideologicznej wycieczki do przeszłości. – W Polsce pokutuje nadal myślenie z PRL-u – przekonuje dr Maj. – Ponieważ wówczas w sklepach nieustannie brakowało towarów, to ludzie przyzwyczaili się do swoistego pościgu za nimi. Wszak kiedyś, jeśli już na półce zjawiło się coś, co nam się podobało, trzeba było na kupno decydować się niemal natychmiast. Inaczej ktoś inny mógł nam daną rzecz sprzątnąć sprzed nosa, a na kolejną taką dostawę czekało się w najlepszym razie kolejnych kilka tygodni. Ludzie przyzwyczaili się do tego schematu i stosują go również dziś. Widzą coś, co im się podoba i natychmiast ruszają na łowy.

Ale takie myślenie dotyczy przede wszystkim tych, którzy czasy PRL-u całkiem nieźle pamiętają. A co z młodymi? Współczesnym piętnasto– czy dwudziestolatkom podczas wizyty w sklepie mięsnym nie staje przecież przed oczami pani Jadzia z osiedlowego chowająca schab pod ladą.
Na to eksperci nie znajdują wytłumaczenia. Jeśli jednak koniecznie chcemy i ich wytłumaczyć, zawsze możemy założyć, że po prostu nie znają zasad wolnorynkowej gospodarki i nie wiedzą, że jak jest popyt, to jest i podaż. Albo, że nie mając własnego zdania ślepo idą za starszymi.

Jak się nie dać?
Najgorsze jednak jest to, że żaden z ekspertów nie wyjaśnia jak temu zakupowemu szaleństwu nie ulec. Wręcz przeciwnie, takie zjawisko, jakiego dziś jesteśmy świadkami, wraz z upływem lat ma się jeszcze potęgować.

Wychodzi więc na to, że – chcąc wierzyć w naukowe uzasadnienia – musimy przyjąć iż polscy seniorzy mentalnie nadal żyją w PRL-u, dorośli przeistaczają się w prehistorycznych troglodytów, a młodzi są (jak to się z upodobaniem powtarza) oderwani od rzeczywistości i nie widzą co się wokół nich dzieje. I przede wszystkim, że my sami nie mamy na to wszystko żadnego wpływu.

Zapewne tkwią w tym jakieś racje, jeśli jednak o mnie chodzi, bardziej prawdopodobne wydaje mi się , że wszystkim nam po prostu brak kultury i – zwłaszcza – zdrowego rozsądku. Jedno jest pewne: zamiast radochy i satysfakcji, świąteczne zakupy wywołują coraz częściej jedynie złość prowadząc ostatecznie do wielkiego wyczerpania.