Polskie królowe, damy "złotego wieku": bez nich historia wyglądałaby zupełnie inaczej

Fot. materiały prasowe/okładka książki "Damy Złotego Wieku"
Bona - mściwa, zła, pazerna. Jej córki Anna Jagiellonka - brzydka i głupia. Do polskich królowych na dobre przylgnęły niepochlebne etykietki, często nadane im przez zazdrosnych mężczyzn. To oni pisali historię, która bez tych kobiet byłaby zupełnie inna. - Trzeba w końcu te etykietki zedrzeć! - mówi w rozmowie z naTemat Kami Janicki, autor książki "Damy Złotego Wieku".


W zbiorowej wyobraźni królowa Bona funkcjonuje jako egzotyczna królowa z Włoch, która przywiozła do Polski warzywa, a jej córka Anna Jagiellonka jako surowa, zgorzkniała stara panna. Tymczasem ich losy, które opisuje Pan w "Damach Złotego Wieku", pokazują żonę i córkę Zygmunta Starego w zupełnie innym świetle i stanowią materiał na scenariusz filmu sensacyjnego.

Zdecydowanie nie filmu! Jak wszystkie te intrygi, skandale, namiętności, wszystkie nieszablonowe sylwetki, które zaludniały świat władzy w renesansowej Polsce, upchnąć w 120 minutach? Nie będzie nic oryginalnego w moich słowach, jeśli powiem, że ktoś powinien wreszcie stworzyć porządny serial o Jagiellonach. Ale rzecz jasna nie na taką skalę i nie za takie pieniądze, jak to się zwykle w Polsce robi. To nie mogłaby być kolejna „super”-produkcja, w której rolę luksusowej nowożytnej rezydencji odgrywają sypiące się puste ruiny, a nieliczne sceny na Wawelu są nagrywane pod warunkiem, że żaden eksponat nie zostanie przesunięty nawet o milimetr.

Wstydzimy się własnej historii?

Najwyższa pora, żebyśmy przestali. Widzowie na całym świecie z pasją śledzili losy rodziny Borgiów w serialu emitowanym przez ostatnie trzy lata. Patologiczna żądza władzy, niszcząca wszystko na swojej drodze? Pragnienie zemsty, tak silne, że cierpieć muszą przez nie miliony? Ambicje pojedynczych ludzi przesądzające o losach Europy? To wszystko było także u nas. Zresztą – historia Borgiów jest w nierozerwalny sposób splątana z dziejami Sforzów. A tym samym z najbardziej niezwykłą polską królową, Boną.


Znaną z serialu „Borgiowie”, makabryczną galerię peklowanych mumii w Neapolu, stworzył pradziadek Bony. Z dumą oprowadzał po niej gości jej dziadek. Słynąca z romansów, spisków i trucicielstwa Lukrecja Borgia była jej ciotką. A wszyscy troje mogliby tylko pomarzyć o równie burzliwym, interesującym, pełnym wyzwań i sukcesów życiu, co to, które Bona wiodła po przybyciu do Polski w 1518 roku.

Ani Bona, ani Anna nie dały się uwięzić w złotych klatkach - Bona była bardziej utalentowanym politykiem niż jej mąż, zaś Anna, mimo lat upokorzeń ze strony najpierw brata, króla Zygmunta Augusta, a później szlachty, u schyłku życia pokazała siłę charakteru. Nie brakowało jej także Barbarze Radziwiłłównie, kochance i żonie Zygmunta Augusta.

Przede wszystkim to nie były tekturowe postaci. O każdej z nich utarły się czarno-białe, stereotypowe, wręcz prostackie opinie. Anna Jagiellonka jest w książkach najczęściej głupia i brzydka. Bona – mściwa, bezwzględna i pazerna, lub przeciwnie: dobra, gospodarna, uczciwa do granic możliwości. Nawet w ich 200, 300, 500-stronicowych, naukowych biografiach brakuje miejsca na odcienie szarości. Tymczasem żaden z tych obrazów nie jest prawdziwy. Wszystkie kobiety władzy polskiego renesansu charakteryzowała przede wszystkim nieszablonowość. W prawdziwym życiu ludzie nie dzielą się na kategorie z naklejkami „głupi”, „mądry”, „zły”, „dobry”. Z polskich królowych też trzeba w końcu te etykietki zedrzeć!

Weźmy na przykład Bonę. Bez dwóch zdań to był najwybitniejszy umysł gospodarczy w polskiej historii. W ciągu kilkunastu lat, w mistrzowski sposób, przemierzyła drogę „od zera do milionera”. Przyjeżdżała do Polski jako bankrutka zdana na łaskę swojego męża. Wyjeżdżała z niej – jako jedna z najbogatszych, a może nawet najbogatsza kobieta na kontynencie. To nie zmienia jednak faktu, że w kontaktach nawet z najbliższymi sobie ludźmi potrafiła być oschła, zawistna, wybuchowa i bezwzględna. I że prawdziwe emocje wstrząsające domem Jagiellonów w XVI wieku bardziej przypominają przeżycia i problemy każdej prawdziwej rodziny, niż nudny wykład historyczny lub naiwną telenowelę. Tylko skala jest – siłą rzeczy – inna.

Historię miłości Zygmunta Augusta i Barbary czyta się jak porywający romans - jest tu i zakazana miłość, i tajemny ślub, i spisek (nie jeden), i król, który 20 lat po śmierci ukochanej żony wierzy w czary i pada ofiarą wyrafinowanego, grającego na jego uczuciach oszustwa...

W rzeczywistości ta historia była znacznie bardziej bolesna i przygnębiająca. A zarazem – dużo ciekawsza. Wszyscy znamy romantyczną wersję losów Barbary i Zygmunta. Przystojny, delikatny królewicz i piękna kochanka. Do tego czysta niewinna miłość, którą ludzka zawiść, konwenanse epoki i bezwzględny los skazują na porażkę. Słowem – składniki na pierwszorzędną operę mydlaną.

Tak to wszystko widzieli XIX-wieczni literaci. Źródła pokazują obraz nieco inny. Przede wszystkim Zygmunt August to nie był żaden rycerz w lśniącej zbroi. Ze wspomnień, listów i dokumentów wyłania się obraz próżnego, cynicznego fircyka, dbającego tylko o zaspokajanie własnej żądzy i osobistych ambicji. Od szczęśliwego związku z Barbarą dużo bardziej liczy się dla niego możliwość odegrania się na matce. Nawet jak na warunki swojej epoki, robi wrażenie odstręczającego szowinisty.

Czytając książkę trudno momentami ocenić, czy Zygmunt August to po prostu przesadnie troskliwy mąż czy prawdziwy szowinista.

W listach do Barbary posuwa się do przytaczania mądrości życiowych, wedle których „wszystkie baby już tak mają, że ciągle skrzeczą”. Od miłosnych uniesień, płomiennych listów i zapewnień o dozgonnym uczuciu potrafi w mgnieniu oka przejść do zupełnej pogardy i poniżania. W najtrudniejszych momentach życia Barbary porzuca ją na całe miesiące, zamyka w areszcie domowym, nie znajduje czasu na napisanie do niej choćby jednego listu na parę tygodni. Gdy są razem – kontroluje jej każdy krok, cenzuruje korespondencję, odcina rzekomo ukochaną kobietę od otoczenia i skazuje ją na życie w ciągłym strachu.

Historia romansu Zygmunta i Barbary to w równie dużym stopniu opowieść o wypaczonej potrzebie dominowania nad drugim człowiekiem i o stopniowym popadaniu w szaleństwo, co o miłości.

Niektórzy historycy uznają zarówno Bonę, jak i Barbarę za prekursorki późniejszych sufrażystek, a jednak historia nie była dla nich łaskawa. Pisana przez mężczyzn, marginalizuje ich rolę, Bonę przedstawiając jako skąpą i głodną władzy Ksantypę, zaś Barbarę - jako kurwę, która uwiodła polskiego króla, jak Pan pisze.

Nie tylko historia nie jest dla nich łaskawa, ale nawet współczesny internet. Z pewną konsternacją zaobserwowałem, że pod niemal każdym artykułem poświęconym Bonie Sforzy i pod każdym wywiadem, jakiego udzielam, szybko pojawiają się komentarze wyciągające na światło dzienne „grzechy” polskich królowych, a przede wszystkim – ciemne sprawki Bony.

Bezwzględna wiedźma, która omotała i zmanipulowała męża, zamordowała dwie synowe, a wreszcie wykradła ze skarbca Jagiellonów milionowe skarby i wywiozła je bezprawnie zagranicę, na zawsze niwecząc polskie sny o potędze. Ciekawe jak wielu komentatorów kolportujących tę „czarną legendę” Bony uświadamia sobie, że tak naprawdę powtarzają frazesy ukute przez służby propagandowe Habsburgów i Hohenzollernów pół tysiąca lat temu?

W XVI wieku kobiety niezależne, pomysłowe, ambitne, obdarzone własnych zdaniem i własnym spojrzeniem na politykę, były z góry skazane na potępienie. Nawet jeśli odnosiły sukces – otaczający je mężczyźni robili wszystko, by pogrążyć je wizerunkowo. A przede wszystkim, by uczynić z nich opętane żądzą seksu stare panny, puszczalskie matrony lub rozpustne wdówki.
W przypadku Bony dochodziła do tego cała warstwa międzynarodowa. Królowa jak nikt inny podpadła cesarskiej rodzinie. Tego Habsburgowie nie wybaczali, a trzeba pamiętać, że aż do 1918 roku większość naukowców zajmujących się polską historią kształciła się i działała właśnie pod panowaniem potomków największych nieprzyjaciół Bony.

Dużo łatwiej przychodzi ludziom pamiętanie o aferze z serem parmezańskim, niż o tym, że Bona przeprowadziła największą reformę gospodarczą w dziejach Litwy, a jej sukcesy nad Wisłą de facto sponsorowały funkcjonowanie polskiego państwa przez kolejne stulecie.
Jakiś czas temu, na antenie Polsatu pani Magda Sakowska pytała mnie jakim cudem nikt nie stawia pomników bohaterkom innej mojej książki – przedwojennym polskim prezydentowym. Myślę, że to pytanie jeszcze słuszniejsze byłoby w odniesieniu do Bony Sforzy. Czy zna pani jakikolwiek współczesny, eksponowany pomnik Bony? Ja osobiście – żadnego. A przecież to idealny na nasze czasy wzór samozaparcia, siły woli i wielkiego sukcesu.

Pisze Pan, że zawrotna w polskim języku kariera słowa "kurwa" wiąże się właśnie z postacią nienawidzonej w Polsce Litwinki Barbary; także z nią związane są pierwsze w Polsce przypadki pornografii.

No nie do końca tak bym to ujął. Prawdę mówiąc, podejrzewam, że pierwsi pra-Polacy zaczęli wydrapywać „gołe baby” na ścianach jaskiń, zaraz po tym jak odkryli tajniki używania kamiennych narzędzi. Jeśli wierzyć antropologom kultury, to pornografia występowała w ludzkiej kulturze zawsze. Tylko tak się składa, że w naszym pruderyjnym kręgu cywilizacyjnym nikt się tym głośno nie chwalił.

Potrzeba było naprawdę wielkiego skandalu na samych szczytach władzy, by do źródeł historycznych trafiły pierwsze jasne wzmianki na temat wulgarnej erotyki. W Polsce takim skandalem była sprawa małżeństwa króla Zygmunta Augusta z kobietą oskarżaną o uprawianie czarnej magii, rzucanie uroków i zaspokajanie swojej chuci z trzydziestoma dwoma kochankami.
Apogeum sprawy przypadło na 1548 rok. Polska magnateria zgodnie dążyła do poniżenia monarchy. Wielcy panowie, wygłodzeni za panowania nierychliwego i statecznego Zygmunta Starego, chcieli trzymać nowego króla pod butem i bezkarnie tuczyć się na państwowych majątkach. W tym celu uderzyli na właściwie Bogu ducha winną Barbarę. Po całym kraju kolportowano powielane w tysiącach egzemplarzy obrzydliwe grafiki. Jedna z nich ukazywała odważną scenę łóżkową w wykonaniu króla i jego małżonki. Na innej występowała w pojedynkę Barbara. I byłby to zwyczajny portret, gdyby nie fakt, że szyję i ramiona oplecione miała całymi girlandami dyndających penisów.

Co zaś z najpopularniejszym polskim znakiem przestankowym? Kurwa pojawiła się w języku dobre sto lat przed Barbarą, ale nigdy wcześniej nie używano tego słowa na określenie równie wysoko postawionej kobiety. Dopiero za sprawą Barbary Radziwiłłówny kurwa weszła na salony. Monarszą małżonkę nazywano „wielką nierządnicą litewską”, „wyborną kurwą” czy wreszcie „kurwą nadobną”. I to wszystko pisali wysoko postawieni politycy, duchowni, mężowie stanu! Podobno nawet samemu Zygmuntowi Augustowi wyrwało się przy pewnej okazji, że poślubił kurwę. Trudno swoją drogą o lepsze dementi dla wielkiej romantycznej miłości Augusta i Barbary.

Z tych trzech kobiet Bona najbardziej wymyka się łatwym ocenom - doskonale wykształcona, władająca kilkoma językami, biegła w grze politycznej, z doskonała głową do interesów, czuła matka Izabeli i Zygmunta, która jednocześnie nie kochała Zofii, Anny i Katarzyny. Skąpa, trochę szalona, nic sobie nie robiąca z przeszkód - jak wtedy, kiedy pod koniec życia udała się w podróż do Włoch, przodem puszczając inżynierów, którzy mieli budować dla niej wygodne drogi, skutkiem czego dojechała do ojczyzny na skróty - przez Alpy. Jak wyglądałaby historia Polski, gdyby żoną Zygmunta została inna arystokratka?

Doskonale wiemy nie tylko jak by wyglądała, ale jak – rzeczywiście wyglądała. Bona Sforza była drugą żoną starzejącego się polskiego króla. Gdyby jednak Zygmunt Stary miał cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie, to najchętniej całe życie spędziłby ze swoją pierwszą małżonką, Barbarą Zapolyą. Nie ma wątpliwości, że kochał ją na zabój. Zachowały się wymieniane przez parę królewską listy. Starczy przymknąć oko na kwiecistą, renesansową łacinę, by dostrzec, że blednie przy nich nawet słynna korespondencja Jana i Marysieńki Sobieskich. Barbara Zapolya to była w oczach Zygmunta kobieta idealna: cicha, posłuszna, nieśmiała i niewinna jak polny kwiat. No i rzecz jasna – trzymająca się z dala od wszelkich spraw państwowych.

Co by się stało, gdyby nie zmarła po porodzie w wieku niespełna dwudziestu lat? Co gdyby to ona – a nie Bona – stała u boku Zygmunta przez kolejne trzy dekady? Jagiellonowie z całą pewnością by zbankrutowali. Warszawa nigdy by nie została stolicą. Ba, bardzo możliwe, że Mazowsze w ogóle nie weszłoby w skład Rzeczpospolitej. A do tego – dzisiaj mówilibyśmy na kapustę kiszoną „Sauerkraut”.

Ostatnim Jagiellonom nie wystawia Pan dobrej oceny. Zygmunt Stary i jego syn byli nieudolnymi władcami?

I to jak! W ogóle się natomiast nie dziwię oporowi, z jakim zawsze spotyka się to stwierdzenie. Bardzo trudno jest się oprzeć mitowi polskiego złotego wieku. W naszej historii mamy kilka takich szczególnie upartych legend. Piękne dwudziestolecie międzywojenne, zwycięska bitwa pod Grunwaldem, hołd pruski, no i wreszcie – stulecie naszego największego sukcesu. Nawet zagraniczna prasa się na to nabiera. „The Economist” pisał niedawno w specjalnym raporcie, że sytuacja społeczna i gospodarcza w Polsce była ostatnio równie dobra 500 lat temu. Podobno za ostatnich Jagiellonów Rzeczpospolita była zjednoczona i zamożna, a jej władcy siali postrach na całym kontynencie. Jakby tego było mało - potężne jagiellońskie imperium sięgało od morza do morza, obejmując formalnie więcej państw, niż jest dzisiaj w Polsce województw.

Bardzo przyjemnie jest w to wszystko wierzyć. Gdyby tak jeszcze w XVI wieku istniała skrzydlata husaria, to można by wręcz pęknąć z dumy. Ale jednak, zamiast się puszyć, spróbujmy spojrzeć prawdzie w oczy. W rzeczywistości właśnie do XVI wieku sięgają korzenie kryzysu i upadku Rzeczpospolitej. Anarchia, pogarda dla wspólnego dobra, ksenofobia, polityczne kolesiostwo, korupcja, gigantyczne nadużycia i kompletna niechęć do podejmowania jakiegokolwiek ryzyka. Macki tych wszystkich problemów zaczęły oplatać Polskę już za panowania Jagiellonów. I królowie tylko w tym pomagali.

Zygmunt Stary czy Zygmunt August to były zaledwie popłuczyny po potężnych, bezwzględnych i utalentowanych Jagiellonach. Pierwszy wiecznie się namyślał, nie potrafił podjąć decyzji, bał się jakiejkolwiek konfrontacji i był tak chwiejny, że przymykał oko nawet na (zupełnie prawdziwe!) informacje o tym, że jego szef dyplomacji jest niemieckim szpiegiem. Drugi bardziej się interesował horoskopami, kochankami i poronionymi projektami zgładzenia swojej trzeciej żony, niż polityką. Żaden z nich nawet do pięt nie dorastał Kazimierzowi Jagiellończykowi. Można się tylko cieszyć, że Bona Sforza zdecydowała się przyjechać do całego tego bajzlu. Kto wie czy bez niej rozbiory nie nastąpiłyby wiek, albo i dwa wcześniej?
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
POLECAMY 0 0Nie zawsze musisz być wśród ludzi. Te rzeczy powinieneś zrobić sam przynajmniej raz w życiu
#GRZEJE 0 010 godzin czekał na żonę, która poszła do dentysty. Musiała interweniować Straż Miejska
POLECAMY 0 0Jak mu tak wróżka powie, to zwolni pół firmy. Po 15 latach ujawnia kulisy pracy wróżenia w telewizji
0 0Półtora tysiąca euro za pracę 4 godziny dziennie. Taka oferta czeka na chętne dziewczyny, ale jest pewien szczegół
dad:HERO 0 0Polecamy pięć hitów z Nefliksa i HBO Go do obejrzenia z dziećmi w ten weekend
0 0Wybrano najlepsze seriale dekady. O połowie pewnie nawet nie słyszałeś!
Oknoplast 0 0Na takiej sprzedaży korzystają wszyscy. Polska marka promuje model "na później"
Actina Pact 0 0Albo dobrze, albo tanio? Ta firma potwierdza, że można mieć wszystko i to w bardzo trudnej branży
HYDEPARK 0 0Amatorzy często trenują tak ostro jak zawodowcy. Różnica często się zaciera
0 0Święta to czas (u)dawania. Tomasz Kot w poruszającym spocie, daje cenną lekcję
0 0"Chodziło o to, by mężczyźni odzyskali godność". Tomasz Raczek szczerze o zamknięciu "Playboya"
0 0Była pierwszą polską influencerką, kochała kobiety i seks. Łempicka to dziś ikona