Zapomniana ofiara stanu wojennego. Milicjant, który zginął z rąk licealistów

Sierżant Zdzisław Karos był jedyną ofiarą stanu wojennego, która zginęła z rąk osób walczących z władzą.
Sierżant Zdzisław Karos był jedyną ofiarą stanu wojennego, która zginęła z rąk osób walczących z władzą. Fot. Teatr TV: "Oskarżeni. Śmierć sierżanta Karosa"
O ofiarach śmiertelnych stanu wojennego wiadomo sporo. Przynajmniej o tych, którzy zginęli w wyniku represji stosowanych przez władzę. Ale poza górnikami z kopalni "Wujek" oraz uczestnikami tłumionych przez komunistów demonstracji, był jeden przypadek śmierci osoby, która zginęła, bo była, przynajmniej pozornie, związana z systemem. To warszawski milicjant – starszy sierżant Zdzisław Karos, śmiertelnie raniony przy próbie rozbrojenia. Miał 32 lata. Zostawił żonę i osierocił dwójkę dzieci.

Młodzieńcze marzenia czy realny plan walki?
Sprawcy śmiertelnego postrzelenia, dwaj młodzieńcy pochodzący z Grodziska Mazowieckiego - Robert Chechłacz (17 lat) i Tomasz Łupanow (18 lat), należeli do powstałej po 13 grudnia 1981 roku organizacji Siły Zbrojne Polski Podziemnej (nazywana też „Drugą Kadrową” - nawiązanie do Pierwszej Kompanii Kadrowej, stanowiącej w 1914 roku zalążek Legionów Polskich), której celem była walka o niepodległość z bronią w ręku. W planach było odbicie internowanych i wywołanie powstania zbrojnego.


– Byliśmy młodzi, praktycznie dzieciaki, ale każdy z nas chciał czegoś dokonać. Liczyliśmy się również z tym, że możemy zginąć, ale chcieliśmy pokazać przerażonym ludziom, że jest ktoś, kto podjął ryzyko – tłumaczył jeden z konspiratorów, Andrzej Hybik.
„W imieniu Polski Walczącej”
Ale były to raczej mrzonki niż cele, które mogłyby doczekać się realizacji. Podczas gdy opozycja w PRL pokojowo próbowała zmieniać system, młodzi ludzie, zafascynowani romantycznymi hasłami i walką Armii Krajowej z niemieckim okupantem, pragnęli bić się o Polskę, lecz nie przewidzieli konsekwencji swojego postępowania. A doprowadziło ono do prawdziwej tragedii – śmierci człowieka, który feralnego zimowego dnia jechał do pracy.

Był 18 lutego 1982 roku, Warszawa. Milicjant wsiadł do tramwaju linii 24. Około godziny 12:30, na ulicy Obozowej, podeszli do niego Chechłacz i Łupanow żądając wydania broni palnej. Ten odmówił. Wywiązała się szarpanina, padł strzał (oddał go Chechłacz) – najprawdopodobniej przypadkowy. Milicjant osunął się na podłogę, napastnicy zbiegli.


Rzekomi "terroryści z Solidarności"
Wpadli w ręce milicji 4 marca. Ich ofiara już nie żyła; zmarła od poniesionych ran 23 lutego w szpitalu. Po dwóch dniach aresztowano kolejnych niedoszłych powstańców. Wobec niektórych – informowało polskie podziemie – stosowano przemoc fizyczną. Tymczasem jeszcze jedna osoba, zamieszana w spisek, znalazła się pod czujną obserwacją władz. To ks. Sylwester Zych, kapelan "Solidarności", duchowny z parafii św. Anny w Grodzisku Mazowieckiego, który na swojej plebanii ukrył jeden ze skradzionych pistoletów.

Władze wykorzystały propagandowo tę prywatną tragedię. Zabójców Karosa ukazano jako terrorystów i przypisywano im przynależność do "Solidarności", co nie było prawdą. Z kolei ks. Zycha propaganda przedstawiała jako ideowego przywódcę spisku i duchownego-wywrotowca. W czasie śledztwa był on poniżany i represjonowany.
Proces sprawców napadu na milicjanta ruszył 23 sierpnia 1982 roku. Na ławie oskarżonych zasiadło łącznie osiem osób - sześciu licealistów, jeden student KUL oraz ks. Zych. Temu ostatniemu zarzucano nie tylko przechowywanie broni bez zezwolenia, ale także „przynależność do nielegalnej organizacji zbrojnej”.

Najwięcej zarzutów usłyszeli Chechłacz i Łupanow, oskarżeni o spowodowanie śmierci funkcjonariusza MO, a także przeprowadzenie dwóch napadów na żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego.

Próba rozbrojenia sierżanta milicji nie była bowiem pierwszym takim czynem młodych konspiratorów, którzy zamierzali zdobyć broń niezbędną do przyszłej walki z komunistami. Wcześniej „w imieniu Polski Walczącej” rozbroili dwukrotnie żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego. Wtedy im się udało.

Pierwszą ofiarą był chorąży Stanisław Paduch, obezwładniony za pomocą półkilowego odważnika, ukrytego w skarpecie. Drugą - starszy chorąży Marian Mirkowski. – Kiedy wymierzyłem w tego żołnierza z pistoletu i kazałem mu wstać - zrobił się zielony, ręce mu opadły, nie był w stanie unieść się z siedzenia – zapamiętał Łupanow.
Ksiądz Zych – ofiara reżimu?
Wyroki w procesie, toczącym się przed sądem Warszawskiego Okręgu Wojskowego, były surowe: na 25 lat więzienia skazano Chechłacza, który postrzelił funkcjonariusza MO; inny bezpośredni uczestnik zajścia – Łupanow – dostał karę 13 lat pozbawienia wolności. Pozostali członkowie organizacji usłyszeli niższe wyroki. Ksiądz Zych także został uznany za winnego. Kara miała wynieść 6 lat więzienia. Ostatecznie duchowny wyszedł na wolność w 1986 r. Trzy lata później zwolniono też Chechłacza.

Ale cała sprawa miała też drugie dno. Ksiądz, który wspierał młodych konspiratorów, nie pożył długo. W nocy z 10 na 11 lipca 1989 roku, a więc już po wyborach czerwcowych, duchownego znaleziono martwego na dworcu autobusowym w Krynicy Morskiej. Wiele wskazywało na to, że padł ofiarą śmiertelnego pobicia – miał liczne obrażenia, był zakrwawiony. Prokuratura Wojewódzka w Elblągu umorzyła jednak śledztwo – jako oficjalny powód zgonu księdza podano zatrucie alkoholem.

Nie wiadomo, czy śmierć księdza wynikała z jego zaangażowania w pomoc młodym konspiratorom, którzy – prawdopodobnie przypadkowo – pozbawili życia milicjanta, jadącego tramwajem do pracy. Bez względu na to, śmiertelne postrzelenie sierż. Karosa było kolejnym ludzkim dramatem, który wydarzył się w stanie wojennym.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...