
Nie bije, nie poniża, szanuje, broni, wspiera, kocha i podziwia. Ramię w ramię z kobietami walczy o równouprawnienie i ani myśli popuścić komuś, kto traktuje panie jak chodzące obiekty seksualne. Co to za cud? Oto męski feminista.
– Zostałem feministą, bo kobiety, które cenię są feministkami a mężczyźni, którymi pogardzam, feminizmu nie cierpią – oznajmił brytyjski dziennikarz Robert Crampton. Co ciekawe, do takiej refleksji skłonił go pokaz Victoria's Secret. To odtrąbiona na prawo i lewo impreza, na której promowane są cokolwiek zbyt wymyślne trendy w sztuce światowego bieliźniarstwa, a której rola w świecie kultury i rozrywki urosła ostatnimi czasy do rangi nieproporcjonalnie dużej.
– Wszystkie one pasują bardziej na cheerleaderki albo kandydatki do tytułu Miss World z lat siedemdziesiątych – pisał o modelkach biorących udział w imprezie na łamach „Timesa”. – Nie mówią wiele. Organizatorzy nawet nie próbują dać im szansy na zaprezentowanie osobowości, a jedynym ich podpisem jest pocałunek posłany do kamery.
Słowa brytyjskiego dziennikarza przydały się o tyle, że na nowo rozpoczęły dyskusję o tym, co dla mężczyzny znaczy feminizm. I dobrze. Może nie tyle ze względu na samą ideologię, bo nie jest ona ani odkrywcza ani nowatorska, ale ze względu na to, że przez minione dziesięciolecia bardzo mało mężczyzn o niej mówiło, a jeszcze mniej ochoczo realizowało jej założenia.
Męski feminista, czyli kto? – To swego rodzaju publiczna deklaracja – mówił niedawno w reportażu Polskiego Radia „Męski feminizm” jeden z przedstawicieli tego nurtu w Polsce. – To rodzaj myślenia, sposób na radzenie sobie ze światem.
To znaczy co konkretnie? Po pierwsze mężczyzna feminista nie może jako ujmy na honorze traktować faktu, że kobieta może być mu równa lub od niego lepsza w każdej dziedzinie życia. Po drugie popiera ideę wolności bez względu na płeć. Po trzecie docenia i podziwia kobiety nie tylko dlatego, że są dla niego obiektami seksualnymi. Słowem, chodzi o dokładnie to samo, o co przez lata samotnie walczyły feministki a wcześniej także sufrażystki, czyli równość, godność i wolność dla wszystkich kobiet.
Mężczyźni, swoje skłonności do feminizmu mogą bardzo łatwo sprawdzić w samym internecie, gdzie aż roi się od najrozmaitszych quizów z tej dziedziny. Większość, choć nieco przerysowana i utrzymana w żartobliwym tonie, świetnie obrazuje otaczającą nas rzeczywistość.
Problem dyskryminacji to nie wymysł A te, zdaniem Piotra Szumlewicza, publicysty, socjologa i członka Stowarzyszenia "Mężczyźni Przeciw Przemocy", w Polsce nadal są bardzo często i dotkliwie dyskryminowane na rozmaitych płaszczyznach życia publicznego i osobistego. Przykładem może być chociażby kwestia wynagrodzeń – Polki mające podobne wykształcenie i doświadczenie oraz zajmujące identyczne stanowisko jak mężczyźni zarabiają o blisko 18 proc. mniej od nich.
– Właśnie dlatego feminizmu potrzebujemy dziś tak samo mocno jak potrzebowaliśmy kiedyś, kiedy kobietom odmawiano nawet prawa wyborczego – przekonuje Szumlewicz. – Choć ja nie rozróżniam feminizmu żeńskiego i męskiego, ja rozróżniam feminizm jako ideologię łączącą pewną grupę ludzi walczących w określonym celu.
Bo feminizm, wbrew temu, co się często słyszy, nie polega na atakowaniu mężczyzn, tylko na walce o to, by mężczyźni nie atakowali kobiet. O tym samym pisała niedawno Meghan Murphy na łamach magazynu „XOJane”. – Feminizm jest dla każdego. Chcę mężczyzn w tym ruchu i oni w nim są. Widzę takich, którzy nad sobą pracują, zmieniają swoje zachowanie w życiu prywatnym i publicznym, żeby wspierać kobiety.
Niska poprzeczka Pytanie tylko czy poprzeczka dla męskich sojuszników feminizmu nie jest ustawiona zbyt nisko. Bo podczas gdy kobiety-feministki codziennie aktywnie walczą o swoją pozycję w świecie, mężczyźni-feminiści często jedynie tę walkę wspierając pozostają jednocześnie na dalszym planie. Tak twierdzi m.in. antropolog J. A. McCarroll. Artykuł opublikowany na łamach „Huffington Post”, którego tytuł „Język męskiego feminizmu” to manifest niezadowolenia z tego, że od mężczyzn-feministów wymaga się przede wszystkim tego, aby nie brali udziału w handlu żywym towarem, nie wykorzystywali innych fizycznie, czy nie gwałcili. – Fakt, że coś, co powinno być dla nas normą brane jest za wielki postęp, pokazuje jak wiele jest jeszcze do zrobienia – komentuje autor.
I pewnie w jakimś zakresie ma rację. – Jako coś wyjątkowego przestawia się tutaj stanowisko, które w przypadku mężczyzn powinno być normą – potwierdza Szumlewicz.
Czy jest się z czego cieszyć? Powinno, ale nie jest. Czy zatem jest się z czego cieszyć? Jest. Bo w ciągu ostatnich lat straciliśmy z pola widzenia obraz mężczyzny, który nie tylko potrafi kobietę traktować tak jak na to zasługuje, ale też pomaga jej o tę przeklętą równość i godne życie walczyć.
Daleka jestem od skrajnych ideologii stawiających jedną płeć, rasę czy religię wyżej od drugiej. I dlatego panom deklarującym i żyjącym wedle tych najbardziej pozytywnych założeń feminizmu, za jakie uważam dobrze rozumiane równouprawnienie, wolność i godność dla każdej kobiety, należą się oklaski. Aby w ten sposób – jak pisał na swoim blogu Łukasz Wójcicki, twórca grupy mężczyzn "Głosy Przeciw Przemocy" – w pełni docenić rozpoczynającą się właśnie przemianę społeczną, która ma szansę przywrócić w damsko-męskim świecie dawno (a może nigdy?) nie widzianą równowagę. A co do poprzeczki to zawsze można ją im przecież stopniowo podwyższać.
