Rosja przegrywa wojnę z Zachodem. Na razie w wymiarze gospodarczym.
Rosja przegrywa wojnę z Zachodem. Na razie w wymiarze gospodarczym. Fot. Shutterstock

Rosjanie na długo zapamiętają datę 16 grudnia 2014 roku. To symboliczna data klęski polityki zagranicznej (czy raczej mocarstwowej) Władimira Putina. Sankcje i wymuszony przez Zachód spadek cen ropy postawiły kraj na skraju bankructwa. Rozpaczliwa próba ratowania sytuacji przez bank centralny tylko pogorszyła sytuację. Okazało się, że król jest nagi.

REKLAMA
100 rubli za euro - taki, rekordowo niski poziom osiągnęła rosyjska waluta ok. 13.40 polskiego czasu. Później udało jej się odbić, ale to było jak ostatnia szarża. Bo nie ulega wątpliwości, że rosyjska waluta będzie słabła i to szybko. Jej kurs na żywo można śledzić między innymi na stronach agencji Bloomberg.
Bezprecedensowe spadki
To w najbliższych dniach będzie ważny wskaźnik, bo pokaże jak wielka jest strata zaufania do rosyjskiej gospodarki ze strony inwestorów zagranicznych. Bo o to tak naprawdę chodzi w dramatycznym kryzysie rubla, który w ciągu dnia stracił ok. 12 proc. wartości wobec euro, a od początku roku osłabił się o 56 proc.wobec dolara. Spadający kurs waluty to odbicie wycofywania się inwestorów.
logo
Fot. Zrzut ekranu z twitter.com/INTLSpectator
Widać je też na giełdzie, która od początku grudnia straciła 1/3 wartości (indeks RTS). Te kłopoty to efekt sankcji. Choć cierpią na nich także Stany Zjednoczone i Europa (w tym Polska), najbardziej uderzają one w Rosję.
Zbędny jak rubel
Dzisiaj prawie nikt nie potrzebuje rubli, bo nawet jeśli przedsiębiorca kupi w Rosji 1000 samochodów, które będzie chciał sprzedać u siebie, albo pięć nowych linii produkcyjnych, nie będzie mógł ich przywieźć do swojego kraju. Do Rosji przestają więc płynąć euro i dolary.
Te z kolei są tam potrzebne jak tlen, bo rosyjskie firmy są obciążone kredytami, w dużej mierze zaciągniętymi za granicą. Biznes się nie kręci, a spłacać trzeba. W dodatku w euro albo dolarach, które dotychczas dostarczał eksport. Teraz trzeba je kupować, co powoduje znaczące osłabienie rubla.
Zalani ropą
Do tego ogromną wyrwę w rosyjskim bilansie płatniczym poczynił spadek cen ropy. Brent (rodzaj ropy wydobywany m.in. w Rosji) jest dzisiaj dwukrotnie tańsza niż latem - wtedy kosztowała ok. 115 dol. za baryłkę, dzisiaj poniżej 60. Tymczasem tegoroczny rosyjski budżet był kalkulowany dla ceny ok. 104 dol. za baryłkę. Różnicę państwo musi pokrywać z rezerw walutowych i złota, które choć duże, topnieją w zastraszającym tempie.
Sytuację próbowano ratować nadzwyczajnym posiedzeniem kierownictwa rosyjskiego banku centralnego, które o 1 w nocy z poniedziałku na wtorek podniosło stopy procentowe. Ale uznano to raczej za dowód paniki władz, niż panowania nad sytuację. W tym roku robiono to już sześciokrotnie, w sumie o 11,5 pkt. proc. (od 5,5 proc. do 17 proc.). Nocna podwyżka była jednak najwyższa, bo aż o 6,5 proc.
Powtórka z historii
Ta zmiana, która ma ratować kurs rubla i eksport uderza w obywateli. Kredyty hipoteczne podrożeją nawet o 30 proc., a Rosjanie masowo zaciągali je przed kryzysem. To z kolei może doprowadzić do niepokojów społecznych. Takich, jak w 1998 roku, kiedy Rosja zbankrutowała, a do władzy doszedł Władimir Putin.
Dzisiaj kurs rubla trzyma się już tylko na zaufaniu do władzy. Szybko podano więc informację, że decyzja banku centralnego ma poparcie Władimira Putina, któremu jeszcze niedawno ufało 80 proc. Rosjan. W zarządzanie kryzysowe i uspokajanie inwestorów zaangażował się też minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, który w emitowanym na żywo wywiadzie dla France24 zapewniał, że Rosja przetrwa sankcje.
Uzależnieni od gazu
Ale to już tylko robienie dobrej miny do złej gry. Rosja nie ma już żadnych ekonomicznych narzędzi, by wyrwać się ze śmiertelnej spirali. Bank centralny może zamrozić handel walutami, ale to raczej stłuczenie termometru, niż rozwiązanie sytuacji. Dzisiaj Putinowi zostają tylko środki polityczne, czyli dogadanie się z Zachodem w sprawie zniesienia (przynajmniej części) sankcji.
– Rosja od lat finansowała i rozwijała duże firmy energetyczne, a nie małe i średnie przedsiębiorstwa. Dlatego jest tak podatna na sankcje – wyjaśnia dr Rober Zmiejko z Zakładu Polityki Gospodarczej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Budżet tego kraju jest oparty na ropie i gazie, to około 60 proc. całego eksportu Rosji. Sankcje to ok. 40 mld dol. strat dla rosyjskiej gospodarki, a spadek cen ropy to kolejne ok. 100 mld dol. A to nie cały rachunek – zaznacza.
Zabójczy uścisk USA
Zdaniem ekonomisty decydującym ciosem była właśnie cena ropy. – Kraje OPEC, które kontrolują 30 proc. wydobycia na świecie nie wyhamowały produkcji. Do tego USA produkują więcej i po raz pierwszy od 1974 roku eksportują ropę. Do spadku cen przyczyniło się też osłabienie koniunktury w Europie i Chinach – wylicza. – Dopóty, dopóki nie zmieni się kurs polityki zagranicznej Kremla, będziemy obserwowali pogarszającą się sytuację – dodaje.
– Trudno będzie znaleźć narzędzia ekonomiczne, które powstrzymają ten upadek – dodaje dr Zmiejko. – Ciężko będzie bez zmiany polityki zagranicznej poprawić wiarygodność Rosji wśród inwestorów. Dzisiaj kapitał, szczególnie zagraniczny, z Rosji odpływa. Przez to przedsiębiorstwa przynoszą straty, a kursy ich akcji na giełdzie odnotowują spadki – mówi rozmówca naTemat.
Nieprzewidywalny jak Putin
Jednak nawet jeśli uda się wynegocjować zniesienie sankcji i podniesienie cen ropy, ozdrowienie nie nastąpi od razu. – Dzisiaj Rosja ponosi największą stratę, stratę wizerunku. Jest postrzegana jako kraj biznesowo niestabilny. A taki wizerunek będzie trwał dłużej, niż powrót na ścieżkę wzrostu gospodarczego czy powrót ceny rubla. Nawet lata – zastrzega.
Poza tym podniesienie cen ropy, które ma największy wpływ na budżet Rosji wcale nie jest przesądzone. Bo decyzja OPEC o utrzymaniu wysokiego wydobycia jest wymierzona nie tylko w Moskwę, ale i w Teheran. I dopóki Ameryce nie uda się osiągnąć swoich celów w tamtym kraju (głównie dotyczących programu atomowego), będzie chciała taniej ropy.
Zdrowy rozsądek podpowiada więc próbę porozumienia się z Zachodem, by jak najszybciej zakończyć bolesny dla Rosjan konflikt ekonomiczny. Ale nie można zapominać, że mamy do czynienia z Władimirem Putinem. Jego postępowanie w kryzysie ukraińskim (i nie tylko w nim) pokazuje, że zdrowy rozsądek jest na Kremlu towarem deficytowym. Jeszcze bardziej niż euro i dolary w moskiewskich kantorach.