Holenderski format "Celebrity Splash" kupiło ponad 20 krajów.
Holenderski format "Celebrity Splash" kupiło ponad 20 krajów. Fot. Screen youtube.com

Wraz z powstaniem kasty celebrytów pojawiło się – a raczej zostało wykreowane – zapotrzebowanie na rozmaite programy z ich udziałem. W zamierzchłych czasach telewizyjnej pruderii szczytem ekshibicjonizmu i przekroczeniem nieprzekraczalnych, wydawałoby się, granic, był program "Big Brother Vip".

REKLAMA
Potem było tylko lepiej – czyli gorzej: gwiazdy – i celebryci – śpiewali, tańczyli, jeździli na łyżwach, zdobywali skarby na bezludnych wyspach, oswajali tygrysy i całowali foki. Telewizje chętnie kupują gotowe formaty telewizyjne, bo ich szefowie – jak tłumaczy Nina Terentiew – wiedzą, że "każdy chce zobaczyć kogoś znanego w ekstremalnej sytuacji". Czyli na przykład jak skacze do wody z wysokiej na dziesięć metrów trampoliny, bo na tym właśnie zasadza się koncept nowego, szumnie zapowiadanego show Polsatu, czyli "Celebrity Splash". Gwiazdy i gwiazdeczki będą grzecznie, na komendę prowadzących, skakać do wody.
Wszystko tu jest: i golizna, w dodatku świetnie usprawiedliwiona, i duże ryzyko kompromitacji celebryty oraz lekki dreszczyk emocji, bo skoki do wody najbezpieczniejszym sportem nie są. Producenci wodoodpornych kosmetyków, strojów kąpielowych oraz fikuśnych japonek już zacierają ręce.
"Kiedy gwiazdy spadają, ratingi rosną"– takim hasłem promuje się format "Celebrity Splash" na świecie. Faktycznie, spadają z hukiem.
Internauci nie mają litości. Piszą, że wobec tego czekają na „gwiazdy dłubią w nosie”, „gwiazdy robią babki z piasku, a potem szpagat” oraz z utęsknieniem wyglądają zakupu przez którąś z telewizji licencji do murowanego hitu „Gwiazdy szczają na wietrze”. I mają rację. Z jakichś powodów ci, którzy te programy kupują, mają widzów za idiotów, w dodatku z każdym rokiem coraz bardziej zidociałych.
Wydawało się, że „Kilerskie Karaoke” czy „Gwiezdny cyrk”, w którym gwiazdy i gwiazdeczki bawiły się w cyrkowych treserów, klownów i połykaczy ognia, osiągnęły maksymalny pułap absurdu. Potem gwiazdy zaczęły jeździć na łyżwach i okazało się, że nie ma pułapu żenady, którego przekroczyć nie można.
A później w telewizji pojawili się niezawodni „Woli i Tysio na pokładzie”, w którym Dawid Woliński Marcin Tyszka wcielali się w rolę zwykłych ludzi – pracowników zoo, piekarzy, strażaków. To właśnie z tego arcydzieła polskiej rozrywki pochodzą zaprawione subtelną ironią błyskotliwe żarty Wolińskiego w rodzaju „jak rano wstawałem, to nie wiedziałem, że będę śmietanę z wora wyciskał” (przy zdobieniu ciasta, kiedy panowie bawili się w cukierników).
Jest jeszcze parę formatów, które warto sprowadzić do Polski – chińskie reality show, w którym celebryci zostali wywiezieni na wieś, gdzie pracują równie ciężko jak rolnicy, i ogląda ich 200 mln widzów. Ponad 40 tys. obserwujących na Twitterze konto programu „Sex Factor” nie może się doczekać, aż ruszy emisja tego zadziwiającego tworu. Czemu zadziwia? Bo to program, w którym doświadczone gwiazdy porno będą szukać nowego talentu w tej dziedzinie. Niektóre polskie "gwiazdy" już i tak wpuściły ekipy telewizyjne do swoich sypialni, może pora pójść o krok dalej? "Każdy chce zobaczyć kogoś znanego w ekstremalnej sytuacji". Oglądalność na pewno byłaby niezła. A to przecież jedyne kryterium.
Jakiś czas temu Jerzy Dzięgielewski pisał na łamach naTemat o programie „Warsaw Shore”:
Jerzy Dzięgielewski
telemaniak, producent TV

Obawiałem się też, czy nasze społeczeństwo jest na tyle otwarte, by przyjąć na klatę lustro, które bezlitośnie pokaże wszystko, co boli. To nie jest zwykłe lustro. To jest zwierciadło prawdy, dokładnie takie samo jak to, w którym przegląda się zła królowa w "Królewnie Śnieżce". Bez względu na to, jakiego nie miałbyś mniemania o swojej doskonałości, ono i tak ci powie, że wcale nie jest tak idealnie.

Jeśli te programy, które serwuje nam telewizja, faktycznie mają stanowić lustro, w którym mamy się przeglądać, to strach do niego zajrzeć.