
Przypomina te letnie – pojawia się nagle i po chwili przechodzi. Intensywna, gwałtowna, dostarczająca emocji. Nie zwiastują jej ciemne chmury, ale temat. Matki. Feminizm. Kościół. Seks. Weź się za jeden z nich, a jest duża szansa, że przez kilka dni internet będzie odmieniać twoje nazwisko przez wszystkie przypadki. Po czym szybko się znudzi. I zajmie czym innym, czym żyć będzie przez kolejnych kilka dni.
Agnieszka Kublik napisała felieton „Pampers z niespodzianką”, w drugim członie tytułu dodając, że nie jest to „felieton przeciwko matkom”. Przeczuwała, że tekst wywoła burzę – i wcale się nie pomyliła. W krótkim czasie felieton zarobił prawie 500 komentarzy. Zaczął się nieść. Temat podchwyciły inne media. Do boju ruszyli blogerzy i naukowcy. Internauci karnie ustawili się w szeregach, gotowi do komentowania.
Jak rusza machina Jedni Kublik, która twierdzi, że przewijanie dziecka na środku restauracji to brak kultury, popierają. Drudzy – odsądzają od czci i wiary, że ośmieliła się te biedne matki zaatakować (choć tłumaczy, że nie atakuje). Machina ruszyła. Pojawił się „Głos ojca w sprawie przewijania dziecka w restauracji” pióra Sergiusza Pinkwarta, który ocenia felieton Kublik jako pretensjonalny i faktycznie przeciw matkom pisany.
Odezwały się blogerki – Małgorzata Terlikowska napisała w tekście „Urodziłaś, to siedź w domu”:
Małgorzata Terlikowska
Stanowisko jasne. Co tak Kublik opowiada oraz: nie zgadzasz się ze mną, to jesteś rozwydrzoną „paniusią”. Swoją opinię dorzuca autorka bloga „Matka żona i kłopoty”, wyważone zdanie wygłasza psycholog Małgorzata Ohme. Autorka bloga miniowkaikaja pisze:
blog miniowkaikaja.pl
W końcu na łamach „Wysokich Obcasów” dr Elżbieta Karolczuk w tekście zatytułowanym znamiennie „Straszne Polskie Matki kontra reszta świata” poddała felieton Kublik wnikliwej analizie – i nadintepretacji, doszukując się tam tonów nie tylko przeciw matkom, ale kobietom w ogóle.
Beka z Dwurnik, oburzenie felietonem Na takie dictum Agnieszka Kublik uznała, że wejdzie z panią dr w polemikę, co uczyniła pisząc tekst „Pampers w restauracji, czyli kij w mrowisko albo w kupę”, w którym tłumaczy swój pierwszy tekst i jego intencję oraz pisze:
Agnieszka Kublik
Jeszcze wyraźniej anatomię internetowej burzy, nieco dłuższej niż ta dwudniowa z Agnieszką Kublik, widać było na przykładzie sztormu, który do historii polskiego internetu przejdzie jako „beka z Poli Dwurnik”. Zamieszkała w Berlinie artystka napisała nieco bełkotliwy felieton, który wziął na warsztat Wojtek Engelking, pisząc tekst „Tak żyją artyści, czyli beka z Poli Dwurnik”, w którym uprzejmie obśmiał kilka wyjątkowo nieudanych metafor.
Z małej burzy duży hejt Nie minął dzień, a na Facebooku powstał profil Beka z Poli Dwurnik, cieszący się dużą popularnością i odnotowujący z wielką skrupulatnością wszystkie publikacje, które na ten temat się pojawiały (a było ich dużo). Apogeum tej burzy, a może raczej okiem cyklonu, stał się zabawny, apologetyczno-obrończy tekst w „GW”, którego autorzy za wszelką cenę chcieli udowodnić uprzednio przyjętą przez się tezę, iż „beka z Poli Dwurnik” to tak naprawdę atak na kobiety i ich prawa oraz popis mizoginii. Po czym powstała kolejna fala tekstów obalających te nietrafione interpretacje. Jak to pisała Agnieszka Kublik? „Wielkie kwantyfikatory nie zawsze dobrze służą autorowi”. Otóż to.
Co ma burza do siebie? Zaczyna się nagle. Trwa krótko. Wrogie sobie obozy solidnie okopują się na swoich pozycjach, wypisując jadowite komentarze, zwykle odmawiające prawa głosu drugiej stronie, jednocześnie pozostając głuchymi na wszelkie argumenty oponentów. Obiwszy się wirtualnie po pyskach, wszyscy grzecznie wracają do swoich normalnym zajęć, by kilka dni później powtórzyć całą procedurę przy okazji nowej burzy.
