Burza w internecie – zrywa się nagle i równie gwałtownie się kończy, zwykle po kilku dniach.
Burza w internecie – zrywa się nagle i równie gwałtownie się kończy, zwykle po kilku dniach. Fot. Shutterstock.com

Przypomina te letnie – pojawia się nagle i po chwili przechodzi. Intensywna, gwałtowna, dostarczająca emocji. Nie zwiastują jej ciemne chmury, ale temat. Matki. Feminizm. Kościół. Seks. Weź się za jeden z nich, a jest duża szansa, że przez kilka dni internet będzie odmieniać twoje nazwisko przez wszystkie przypadki. Po czym szybko się znudzi. I zajmie czym innym, czym żyć będzie przez kolejnych kilka dni.

REKLAMA
Agnieszka Kublik napisała felieton „Pampers z niespodzianką”, w drugim członie tytułu dodając, że nie jest to „felieton przeciwko matkom”. Przeczuwała, że tekst wywoła burzę – i wcale się nie pomyliła. W krótkim czasie felieton zarobił prawie 500 komentarzy. Zaczął się nieść. Temat podchwyciły inne media. Do boju ruszyli blogerzy i naukowcy. Internauci karnie ustawili się w szeregach, gotowi do komentowania.
Jak rusza machina
Jedni Kublik, która twierdzi, że przewijanie dziecka na środku restauracji to brak kultury, popierają. Drudzy – odsądzają od czci i wiary, że ośmieliła się te biedne matki zaatakować (choć tłumaczy, że nie atakuje). Machina ruszyła. Pojawił się „Głos ojca w sprawie przewijania dziecka w restauracji” pióra Sergiusza Pinkwarta, który ocenia felieton Kublik jako pretensjonalny i faktycznie przeciw matkom pisany.
Odezwały się blogerki – Małgorzata Terlikowska napisała w tekście „Urodziłaś, to siedź w domu”:
Małgorzata Terlikowska

Straszne rzeczy dzieją się w stołecznych restauracjach. Aż strach tam wchodzić, bo jeszcze ktoś, nie daj Boże, z dzieckiem przyjdzie. A w domu siedzieć, a nie szwendać się po knajpach z dziećmi. Co jak co, ale widok dzieci może popsuć niejednej paniusi przyjemny wieczór z przyjaciółmi.

Stanowisko jasne. Co tak Kublik opowiada oraz: nie zgadzasz się ze mną, to jesteś rozwydrzoną „paniusią”. Swoją opinię dorzuca autorka bloga „Matka żona i kłopoty”, wyważone zdanie wygłasza psycholog Małgorzata Ohme. Autorka bloga miniowkaikaja pisze:
blog miniowkaikaja.pl

Ale to co pani proponuje, żeby matki z dziećmi nie pchały się tam, gdzie siedzą cywilizowani ludzie, to się według mnie nazywa tworzeniem getta (...) Czy to źle, że ja matka pracująca każdą wolną chwilę chcę spędzić z Miniówką, ale też lubię spotykać się z przyjaciółmi? I że znalazłam na to sposób? Właśnie taki, że z Miniówką i z nimi spotykam się w restauracjach? (...) To komu następnemu pani zabroni wchodzenia do knajp? Tym o kulach, czy może niewidomym? A może tym co się za przeproszeniem nie wysrali przed wyjściem?

W końcu na łamach „Wysokich Obcasów” dr Elżbieta Karolczuk w tekście zatytułowanym znamiennie „Straszne Polskie Matki kontra reszta świata” poddała felieton Kublik wnikliwej analizie – i nadintepretacji, doszukując się tam tonów nie tylko przeciw matkom, ale kobietom w ogóle.
Beka z Dwurnik, oburzenie felietonem
Na takie dictum Agnieszka Kublik uznała, że wejdzie z panią dr w polemikę, co uczyniła pisząc tekst „Pampers w restauracji, czyli kij w mrowisko albo w kupę”, w którym tłumaczy swój pierwszy tekst i jego intencję oraz pisze:
Agnieszka Kublik

Wielkie kwantyfikatory nie zawsze dobrze służą autorowi. To się właśnie przytrafiło dr Elżbiecie Korolczuk. Chciała zapolemizować z moim felietonem o "pampersie w restauracji", a zaatakowała mnie za wszystkie teksty, wszystkich autorów, w których matki są poniżane za to tylko, że są matkami.

Jeszcze wyraźniej anatomię internetowej burzy, nieco dłuższej niż ta dwudniowa z Agnieszką Kublik, widać było na przykładzie sztormu, który do historii polskiego internetu przejdzie jako „beka z Poli Dwurnik”. Zamieszkała w Berlinie artystka napisała nieco bełkotliwy felieton, który wziął na warsztat Wojtek Engelking, pisząc tekst „Tak żyją artyści, czyli beka z Poli Dwurnik”, w którym uprzejmie obśmiał kilka wyjątkowo nieudanych metafor.
Z małej burzy duży hejt
Nie minął dzień, a na Facebooku powstał profil Beka z Poli Dwurnik, cieszący się dużą popularnością i odnotowujący z wielką skrupulatnością wszystkie publikacje, które na ten temat się pojawiały (a było ich dużo). Apogeum tej burzy, a może raczej okiem cyklonu, stał się zabawny, apologetyczno-obrończy tekst w „GW”, którego autorzy za wszelką cenę chcieli udowodnić uprzednio przyjętą przez się tezę, iż „beka z Poli Dwurnik” to tak naprawdę atak na kobiety i ich prawa oraz popis mizoginii. Po czym powstała kolejna fala tekstów obalających te nietrafione interpretacje. Jak to pisała Agnieszka Kublik? „Wielkie kwantyfikatory nie zawsze dobrze służą autorowi”. Otóż to.
Co ma burza do siebie? Zaczyna się nagle. Trwa krótko. Wrogie sobie obozy solidnie okopują się na swoich pozycjach, wypisując jadowite komentarze, zwykle odmawiające prawa głosu drugiej stronie, jednocześnie pozostając głuchymi na wszelkie argumenty oponentów. Obiwszy się wirtualnie po pyskach, wszyscy grzecznie wracają do swoich normalnym zajęć, by kilka dni później powtórzyć całą procedurę przy okazji nowej burzy.