
Przypomina te letnie – pojawia się nagle i po chwili przechodzi. Intensywna, gwałtowna, dostarczająca emocji. Nie zwiastują jej ciemne chmury, ale temat. Matki. Feminizm. Kościół. Seks. Weź się za jeden z nich, a jest duża szansa, że przez kilka dni internet będzie odmieniać twoje nazwisko przez wszystkie przypadki. Po czym szybko się znudzi. I zajmie czym innym, czym żyć będzie przez kolejnych kilka dni.
Jedni Kublik, która twierdzi, że przewijanie dziecka na środku restauracji to brak kultury, popierają. Drudzy – odsądzają od czci i wiary, że ośmieliła się te biedne matki zaatakować (choć tłumaczy, że nie atakuje). Machina ruszyła. Pojawił się „Głos ojca w sprawie przewijania dziecka w restauracji” pióra Sergiusza Pinkwarta, który ocenia felieton Kublik jako pretensjonalny i faktycznie przeciw matkom pisany.
Straszne rzeczy dzieją się w stołecznych restauracjach. Aż strach tam wchodzić, bo jeszcze ktoś, nie daj Boże, z dzieckiem przyjdzie. A w domu siedzieć, a nie szwendać się po knajpach z dziećmi. Co jak co, ale widok dzieci może popsuć niejednej paniusi przyjemny wieczór z przyjaciółmi.
Ale to co pani proponuje, żeby matki z dziećmi nie pchały się tam, gdzie siedzą cywilizowani ludzie, to się według mnie nazywa tworzeniem getta (...) Czy to źle, że ja matka pracująca każdą wolną chwilę chcę spędzić z Miniówką, ale też lubię spotykać się z przyjaciółmi? I że znalazłam na to sposób? Właśnie taki, że z Miniówką i z nimi spotykam się w restauracjach? (...) To komu następnemu pani zabroni wchodzenia do knajp? Tym o kulach, czy może niewidomym? A może tym co się za przeproszeniem nie wysrali przed wyjściem?
Na takie dictum Agnieszka Kublik uznała, że wejdzie z panią dr w polemikę, co uczyniła pisząc tekst „Pampers w restauracji, czyli kij w mrowisko albo w kupę”, w którym tłumaczy swój pierwszy tekst i jego intencję oraz pisze:
Wielkie kwantyfikatory nie zawsze dobrze służą autorowi. To się właśnie przytrafiło dr Elżbiecie Korolczuk. Chciała zapolemizować z moim felietonem o "pampersie w restauracji", a zaatakowała mnie za wszystkie teksty, wszystkich autorów, w których matki są poniżane za to tylko, że są matkami.
Nie minął dzień, a na Facebooku powstał profil Beka z Poli Dwurnik, cieszący się dużą popularnością i odnotowujący z wielką skrupulatnością wszystkie publikacje, które na ten temat się pojawiały (a było ich dużo). Apogeum tej burzy, a może raczej okiem cyklonu, stał się zabawny, apologetyczno-obrończy tekst w „GW”, którego autorzy za wszelką cenę chcieli udowodnić uprzednio przyjętą przez się tezę, iż „beka z Poli Dwurnik” to tak naprawdę atak na kobiety i ich prawa oraz popis mizoginii. Po czym powstała kolejna fala tekstów obalających te nietrafione interpretacje. Jak to pisała Agnieszka Kublik? „Wielkie kwantyfikatory nie zawsze dobrze służą autorowi”. Otóż to.
