
Budowa pierwszej polskiej elektrowni atomowej będzie opóźniona o kolejne kilkanaście miesięcy. Do tego polscy podatnicy stracą kilkadziesiąt milionów złotych - takie są skutki zerwania kontraktu z australijska firmą, która prowadziła badania środowiskowe. Służby specjalne już wcześniej ostrzegały o jej związkach z rosyjskimi firmami.
Budowa polskiej elektrowni atomowej zdaje się być obciążona klątwą. I nie chodzi tylko o niesławne cmentarzysko w Żarnowcu, ale o ostatnie lata. Bo dzisiaj kłopoty są jeszcze przed rozpoczęciem budowy - pod koniec 2014 roku zerwano kontrakt z australijską firmą WorleyParsons, która za ponad ćwierć miliarda złotych miała przeprowadzić badania środowiskowe, będące podstawą wyboru lokalizacji największej polskiej inwestycji w sektorze energetyki. Jej koszt szacuje się na ok. 70 mld zł.
Zerwanie kontraktu i konieczność wyboru nowej firmy prowadzącej badania znowu opóźni proces budowy, który według wstępnych założeń miał skończyć się w 2022 lub 2023 roku. Teraz data, którą podaję przedstawiciele państwowej spółki powołanej do budowy elektrowni to koniec 2024 roku. Wiedząc jednak jak wygląda dotrzymywanie terminów w realizacji inwestycji publicznych w Polsce śmiało można dodać do tej daty jeszcze kilkanaście miesięcy.
Źródło: "Rzeczpospolita"
