Polskie kobiety wciąż nie decydują o swoim ciele.
Polskie kobiety wciąż nie decydują o swoim ciele. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

W zeszłą środę obchodziliśmy rocznicę wprowadzenia ustawy antyaborcyjnej. Rozporządzenia, które forsowane było po to, by usatysfakcjonować Kościół. W erę demokracji weszliśmy depcząc prawa połowy społeczeństwa. Połowy, która tak samo jak mężczyźni, walczyła o zmianę o ustroju.

REKLAMA
Przyjęło się, że 89. rok jest cezurą, która wyznacza odzyskanie wolności w Polsce. Niestety, równocześnie wiąże się ona z ograniczeniem praw obywatelek. Do dzisiaj polskie kobiety nie mają możliwości pełnego decydowania o swoim ciele. Dlaczego w kluczowym momencie transformacji nie potrafiłyśmy wywalczyć kwestii, które były dla kobiet istotne? Dlaczego pozwoliłyśmy zminimalizować nasz wkład w odzyskanie demokracji?
Kobiety nie były tylko żonami dzielnie wspierającymi mężczyzn. Za komuny były aktywnymi opozycjonistkami. W strukturach "Solidarności" członkiniami było ok. 50 proc. kobiet. Czy tak jak twierdzi profesorka Magdalena Środa, dekomunizacja była tożsama z deemancypacją?
Bibuła w nocniku i ciemne kręgi
W PRL-u kobiety były mniej podejrzane niż mężczyźni. Dziewczyna z wózkiem, ciężarna, pani z zakupami najprawdopodobniej po prostu zajmuje się swoim domem, a nie bawi się opozycję. I właśnie dlatego kobiety bardzo aktywnie kolportowały opozycyjną prasę, pisały artykuły. To kobiety w agencji prasowej "Solidarność" grały pierwsze skrzypce. W książce Shany Penn, slawistki, autorki "Sekretu Solidarności", ich pracę opisuje dziennikarka Agnieszka Maciejewska. - Kobiety z zespołu redakcyjnego Agencji nazywaliśmy „ciemnymi kręgami”, ponieważ pracowały dzień i noc, nigdy nie spały i miały podkrążone oczy.
Kiedy ogłoszono stan wojenny, wsadzono mężczyzn do więzień i zdelegalizowano "Solidarność", powstała Damska Grupa Operacyjna, w której skład wchodziły Helena Łuczywo, Joanna Szczęsna, Anna Dodziuk, Anna Bikont, Zofia Bydlińska, Małgorzata Pawlicka i Ewa Kulik. To dzięki nim "Solidarność" przetrwała, to one wydawały popularny tygodnik "Mazowsze". Czy ktoś kojarzy wszystkie te nazwiska?
Zakaz aborcji
Kościół już w latach 80. zaczął się przygotowywać do wprowadzenia zakazu aborcji w Polsce. Dwa lata temu, na konferencji dotyczącej 20-lecia ustawy antyaborcyjnej Marek Balicki wspominał, że zaczęły się wówczas tworzyć wspólnoty lobbujące zmiany prawne. Nagłego olśnienia doznała też część lekarzy, w tym dr Chazan, którzy gwałtownie zaczęli się sprzeciwiać wykonywaniu zabiegów. Dominowało przekonanie, że nie należy denerwować Kościoła.
7 stycznia 1993 roku uchwalono ustawę o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Jej zapisy były i tak mniej restrykcyjne niż na początku zakładano. W pierwotnym założeniu za usunięcie ciąży kobiecie groziło 5 lat więzienia, a lekarzowi, który dokonał zabiegu, siedem. Co więcej, zakaz usunięcia ciąży miał dotyczyć każdego przypadku, nawet wówczas, gdy życie ciężarnej było zagrożone.
Ostatecznie udało się osiągnąć kompromis, który jednak nie był satysfakcjonujący. Zabiegu aborcji można było dokonać, gdy ciąża zagrażała życiu kobiety, badania prenatalne wykazywały, że dziecko urodzi się z poważną wadą lub zapłodnienie nastąpiło w wyniku gwałtu.
Dlaczego tak łatwo oddałyśmy swoje prawa?
Wrodzona skromność białogłowy
Na zeszłorocznym Kongresie Kobiet odbył się panel pt. „Pola walki: prawa, ciało, gospodarka, język, władza, samorządność”. Rozmówczynie zebrały się po to, by podsumować 25 lat polskiej demokracji. Jak w wyobrażeniu społecznym wyglądała narodowa walka o niepodległość? Sztandary wolności były niesione przez wąsatych górników i stoczniowców oraz intelektualistów i profesorów. Czy kobiety walczyły? Jako westalki dzielnie strzegące domowego ogniska, walczące o resztki normalnego życia, przygotowujące paczki dla internowanych mężów. To his-storia, ale istnieje też her-storia, która powoli zaczyna się przebijać do głównego nurtu. Jedną z jej najważniejszych orędowniczek jest amerykanka, slawistka Shana Penn, która napisała m.in. książkę „Kobiety, które pokonały komunizm” o działaczkach "Solidarności".
logo
Solidarność też była kobietą. Fot. Twitter
Autorka wcale nie miała łatwego zadania, ponieważ większość opozycjonistek po prostu uważała, że ich rola w procesach transformacji była nikła. Kobiety organizowały podziemne struktury, były ich szefowymi, zarządzały opozycyjnymi mediami, co więcej,prowadziły nielegalną drukarnię. Dziś trudno nawet ustalić nazwiska tych działaczek i to w dużej mierze dlatego, że same odżegnywały się od swoich zasług.
W trakcie panelu wypowiadała się też Grażyna Staniszewska, opozycjonistka, która jako jedyna kobieta brała udział w obradach Okrągłego Stołu.
- Wtedy miałam wrażenie, że walczymy o coś, co jest większe niż sprawy płci i, że każdy musi pójść na jakieś ustępstwa. Kiedy zostałam wybrana na szefową regionu poprosiłam, by tytułować mnie jako "koordynatorkę". Wtedy uważałam, że kobieta-szef nie byłaby traktowana poważnie.
Ponadto dodała, że irytowały ją pytania zagranicznych dziennikarzy, którzy ochoczo dopytywali ją właśnie o kwestie feministyczne. Chodziło przecież o wolność całego kraju, a nie wojnę płci. Jednak, mimo że zdaniem kobiet wojny płci wówczas nie było, to okazało się, że przegrałyśmy wiele kwestii.
W stronę konserwatyzmu
Kościół odegrał dużą rolę w zwalczaniu komunizmu i dlatego, kiedy doszło w końcu do transformacji, duchowni postanowili się upomnieć o swoją nagrodę. Po 89. roku państwo silnie skręciło na ścieżkę tradycjonalizmu i konserwatyzmu. I stało się to kosztem kobiet. To w nie uderzył zakaz aborcji oraz drastyczne zmniejszenie pakietu socjalnego. Tłumaczono to oczywiście jawną kontrą do PRL-u, przed 89, to państwo chciało wychowywać dzieci, teraz ten święty obowiązek ma spoczywać na matkach, dlatego żłobki i przedszkola nie są potrzebne.
Niewidzialność pracy kobiet, którą wykonywały jako opozycjonistki zemściła się. Jak zauważyła Kazimiera Szczuka, kiedy w "Solidarności" panie walczyły na równi z mężczyznami o wolną Polskę, były wówczas patriotkami. Kiedy w wolnej Polsce zaczęły dopominać się o swoje prawa, okazało się, że walczą ze swoim krajem. Feministka dodała też, że w XIX w. kiedy Polki równie aktywnie walczyły o swój kraj, w nagrodę dostały prawa wyborcze. W XX wieku natomiast zostały całkowicie zmarginalizowane.
Kto jest temu winien? Niestety, w dużej mierze my same. Prawa nie są przyznawane za ładny uśmiech. Historia pokazuje także, że nie dzieje się to również za zasługi czy ciężką pracę na rzecz demokracji. O prawa trzeba walczyć i najwyższy czas, żeby kobiety z podobnym zaangażowaniem, jakie włożyły w dążenia do demokracji, wywalczyły swoje w niej miejsce.