
Minister rolnictwa dwoi się i troi, by pozyskać dla sadowników, poszkodowanych przez embargo wprowadzone przez Rosję na polskie jabłka, nowe rynki zbytu. A sami zainteresowani? Nieszczególnie się tym przejmują.
REKLAMA
Najpierw był kontrakt, który ministerstwo rolnictwa wynegocjowało z Nigerią. Chodziło o dostawę 400 ton owoców. Rolnicy jednak nie dostarczyli jabłek i zamiast zysków poniosą kolejne straty. Bo za niedotrzymanie kontraktu trzeba zapłacić karę.
– Żadna z grup sadowników, z którymi rozmawialiśmy, nie była w stanie dostarczyć pierwszej partii jabłek. Jedna już po otrzymaniu zaliczki wycofała się z kontraktu, druga dwukrotnie dostarczyła owoce, których nie zaakceptowała inspekcja, a trzecia w ciągu tygodnia podniosła cenę o 100 proc. – mówi Marek Gawlik, prezes Polsko-Saudyjskiej Rady Biznesu.
Teraz podobna historia spotkała klientów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, z którymi Gawlik wynegocjował miesięczne kontrakty opiewające w sumie na 600 ton polskich owoców. To dlatego, że sadownikom ponoć trudno dogadać się z odbiorcami, którzy ich zdaniem na jabłkach chcą zbijać kokosy.
Źródło: pb.pl
