Prof. Adam Gierek przekonuje, że górnictwo jest rentowne.
Prof. Adam Gierek przekonuje, że górnictwo jest rentowne. Fot. Parlament Europejski

Górnictwo jest dochodowe, a wszyscy, którzy mówią inaczej kłamią - przekonuje prof. Adam Gierek, europoseł SLD-UP. - Nieudani ekonomiści z Warszawy mówią, że trzeba pozamykać huty, trzeba pozamykać kopalnie, to wtedy nie będziemy dopłacać do tego interesu. To totalna bzdura - mówi w "Bez autoryzacji".

REKLAMA
To co działo się na Śląsku było najostrzejszym protestem w historii rządów PO. Gdzie leży przyczyna problemów górnictwa?
Rzeczywiście to były poważne protesty, tak jak poważne są przyczyny - trzeba je teraz dokładnie przeanalizować. Mówienie, że górnictwo jest niedochodowe i musimy dopłacać do każdej tony węgla, to kłamstwo.
To skąd się biorą te gigantyczne straty Kompanii Węglowej?
Nieudani ekonomiści z Warszawy mówią, że trzeba pozamykać huty, trzeba pozamykać kopalnie, to wtedy nie będziemy dopłacać do tego interesu. To totalna bzdura, bo górnictwo wpłacało do budżetu ogromne pieniądze, chociażby z podatków. To w zależności od roku od kilkunastu do kilkudziesięciu miliardów.
Sami związkowcy mówią o siedmiu miliardach rocznie. A w porównaniu z sektorem energetycznym to i tak nieduże kwoty.
Dzisiaj to rzeczywiście 7-8 mld, w czasach lepszej koniunktury było więcej. Generalnie bilans pokazuje, że górnictwo nie dopłaca. Górnictwo cierpi już od czasu reformy szokowej Balcerowicza, kiedy zamrożono ceny węgla, a ceny pozostałych towarów i usług rosły. To spowodowało tarapaty finansowe branży, ale to nie górnictwo było winne.
To było ćwierć wieku temu, później rząd Buzka zrestrukturyzował to górnictwo...
Ta sama demagogia mówi dzisiaj, że górnictwo jest nierentowne. A te kłopoty są spowodowane w dużym stopniu sposobem dystrybucji węgla, bo kiedy on wychodzi z kopalni kosztuje dwieściekilkadziesiąt złotych, ale później dorzuca się koszty przewozu i inne.
Już dawno, jeszcze w Senacie mówiłem o potrzebie połączenia górnictwa i energetyki, by funkcjonowały jak Bełchatów i Konin, jako jeden organizm gospodarczy, gdzie obok kopalni działa elektrownia. Duże i pozytywne doświadczenie w tym względzie ma Koncern Energetyczny Tauron.
Ale na Pomorzu też muszą być elektrownie, a kopalni się tam nie założy. Węgiel jest też sprzedawany za granicę, transport kosztuje.
Przecież są sieci wysokiego napięcia. Natomiast powracając do problemów produkcyjnych uważam, że powinno się podzielić te kopalnie, które uratowały się z doktrynalnej likwidacji za czasów Buzka, na trzy grupy. Pierwsza to grupy kopalnie-elektrownie, o których mówiłem. Druga grupa produkowałaby ekologiczny węgiel na potrzeby tych ok. 8,5 mln gospodarstw domowych i rolnych, które wykorzystują węgiel. Trzecia produkowałaby na eksport.
Tylko, że te trzy segmenty rynku nie działają równo, czasami któryś wpada w kłopoty. Dzisiaj cena węgla na rynku światowym spadła o 100-200 dolarów za tonę. Co wtedy z taką częścią górnictwa, która wpada w kłopoty? Pozostałe dwie ją utrzymują?
Węgiel jest surowcem strategicznym, kopalnie buduje się latami, nie można układać planów dotyczących górnictwa z dnia na dzień. Państwo musi wspierać przemysł ciężki, trzeba próbować, by był on konkurencyjny. Gdyby te dobre kopalnie trafiły pod dobry zarząd, na przykład do Węglokoksu, szukałyby zbytu.
Nie można likwidować produkcji węgla, bo co zrobi np. te 8,5 mln gospodarstw? Gazu łupkowego nie ma, elektrownia atomowa też nie wiadomo kiedy powstanie. Trzeba będzie zwalczyć tę manię, że wszystko co jest związane z węglem jest "be". Podejrzewam, że decyzja o likwidacji kopalni jest spowodowana brakiem pomysłu na poradzenie sobie z pakietem klimatycznym i naciskiem ze strony lobbystów oraz niektórych państw na zamykanie tradycyjnych elektrowni. Tym siłom wcale nie chodzi przecież o to, by gospodarka polska była konkurencyjna, a wręcz odwrotnie.
A to się wiąże nie tylko z utratą pracy, przez co dziesiątego mieszkańca Śląska, ale też ogromnym dramatem społecznym. Kopalnia Kazimierz Juliusz, w której w 1917 roku zginął mój dziadek, ma dwa tysiące mieszkań. Wyobraża pan sobie co windykator mógłby wyprawiać z tymi ludźmi? Całe szczęście premier Kopacz pochyliła się nad problemem tych ludzi.
Ale to, co się wydarzyło ostatnio bardzo mnie zaniepokoiło, bo mogło dojść do awantury większej niż w stoczni w 1980 roku.
Jak pan, poseł Unii Pracy wybrany z list SLD, odnajdzie się po rozwodzie tych dwóch partii? To pana ostatnia kadencja w Brukseli? Bo Unia Pracy raczej nie przekroczy progu.
Jestem w takim wieku, że nie planuję już żadnych przyszłościowych akcji politycznych. Rozłam jest spowodowany ambicjami ludzkimi, bo Unia była traktowana nieco po macoszemu, nie mieliśmy swoich przedstawicieli w gremiach decyzyjnych. Kandydowałem z listy SLD-UP i nadal traktuję się jako przedstawiciela tej listy, pracuję razem z kolegami z SLD i nie mam zamiaru tego zmieniać. Zajmuję się sprawami merytorycznymi.