
Że będzie seksistowsko – było wiadomo. Że pojawią się komentarze niewybredne, że uroda przeszkodą będzie, że drwiny będą – było wiadomo. „Kisiłbym” – był uprzejmy napisać jeden z internautów pod artykułem o starcie w wyborach prezydenckich Magdaleny Ogórek. „To będzie nie głowa państwa, a główka” – powiedział Władysław Frasyniuk. Tym, co dziwi, jest fakt, że do chóru męskich głosów deprecjonujących kandydaturę Ogórek z powodów bynajmniej nie merytorycznych dołączyły także kobiety. Feministki.
Taki ton przebija z komentarzy zarówno marszałkini Wandy Nowickiej, która nazwała kandydatkę Sojuszu „inną formą paprotki”, jak i innych feministek. Być może nawiązywała do innych równie obraźliwych słów wypowiedzianych przez Agnieszkę Szulim pod adresem Bogumiły Wander, którą nazwała „pindą siedzącą przy kwiatku”. Znaczy – bez osobowości, bez charyzmy i poglądów. Pinda – do dekoracji. Paprotka – do dekoracji.
Niestety nie wszyscy cieszą się z owego „nareszcie”. Magdalena Ogórek reprezentuje nowy uśmiechnięty feminizm, przeciwieństwo starego feminizmu z zaciśniętymi zębami, który odrzucał wiele kobiet. Nic dziwnego, że przedstawicielki starego feminizmu bronią swojego monopolu na reprezentowanie kobiet.
Rozmawiajmy merytorycznie. O programie Magdaleny Ogórek, który w wielu miejscach zadziwia. Niestety, raczej in minus. Rozmawiajmy o jej poglądach. Rozmawiajmy o tym, co doprowadziło do białej gorączki feministki, czyli blogowym wpisie Ogórek z czerwca ubiegłego roku, w którym podała swoją własną definicję feminizmu. Określiła go wtedy jako „zjawisko jedyne w swoim rodzaju, wołające bowiem donośnie tylko wtedy, gdy w publicznej debacie pojawia się sprawa czyjejś kontrowersyjnej ciąży”. To ten sam tekst, w którym broniła prof. Chazana.
