Fot. S.Kamiński/AG

Że będzie seksistowsko – było wiadomo. Że pojawią się komentarze niewybredne, że uroda przeszkodą będzie, że drwiny będą – było wiadomo. „Kisiłbym” – był uprzejmy napisać jeden z internautów pod artykułem o starcie w wyborach prezydenckich Magdaleny Ogórek. „To będzie nie głowa państwa, a główka” – powiedział Władysław Frasyniuk. Tym, co dziwi, jest fakt, że do chóru męskich głosów deprecjonujących kandydaturę Ogórek z powodów bynajmniej nie merytorycznych dołączyły także kobiety. Feministki.

REKLAMA
– I gdy w tej naszej zmaskulinizowanej polityce w wyborach wystartowała kobieta (…) feministki zawyły. Nie z zachwytu, z przerażenia zawyły! – pisze na łamach „Gazety Wyborczej” Agnieszka Kublik sugerując, że przedstawicielki środowiska feministycznego powinny oceniać kandydaturę pani Ogórek przez pryzmat jej kompetencji (lub niekompetencji), nie zaś płci i urody. Ta ostatnia, jak wynika z komentarzy, jest i będzie kandydatce SLD kulą u nogi. Jak to – ładna? Polityczka? Ładna prezydentka? Kto to widział. Na pewno głupia.
Jestem feministką, seksizm mi nieobcy
Taki ton przebija z komentarzy zarówno marszałkini Wandy Nowickiej, która nazwała kandydatkę Sojuszu „inną formą paprotki”, jak i innych feministek. Być może nawiązywała do innych równie obraźliwych słów wypowiedzianych przez Agnieszkę Szulim pod adresem Bogumiły Wander, którą nazwała „pindą siedzącą przy kwiatku”. Znaczy – bez osobowości, bez charyzmy i poglądów. Pinda – do dekoracji. Paprotka – do dekoracji.
logo
Twitter
Agnieszka Grzybek nazwała na Twitterze Magdalenę Ogórek „malowaną lalą”, na co zareagował Sebastian Wierzbicki pisząc: „Nie oceniaj po pozorach. To naprawdę mądra kobieta i takich powinno być w polityce więcej”. Grzybek pisała dalej, swoją złośliwą ocenę Ogórek argumentując faktem, że...jest feministką. – Tak, dlatego, że jestem feministką, nie lubię, jak kobiety dają się ustawiać w roli paprotki – grzmiała. Komentujący słusznie zauważyli, że „póki co, to Ty ją stawiasz w takiej roli. Kobieta–kobietę, lewicowiec - lewicowca. Wstyd”.
logo
Twitter
Sekretarz Generalny SLD Krzysztof Gawkowski napisał na swoim blogu, że najczęściej powtarzanym komentarzem, jaki słyszał po ogłoszeniu kandydatury Ogórek, było „nareszcie”.
Krzysztof Gawkowski, SLD

Niestety nie wszyscy cieszą się z owego „nareszcie”. Magdalena Ogórek reprezentuje nowy uśmiechnięty feminizm, przeciwieństwo starego feminizmu z zaciśniętymi zębami, który odrzucał wiele kobiet. Nic dziwnego, że przedstawicielki starego feminizmu bronią swojego monopolu na reprezentowanie kobiet.

Nie uważam „starego feminizmu” za taki, który zaciska zęby. Nie sądzę też, by „odrzucał on wiele kobiet”. Ale nie podoba mi się, kiedy feministki chętnie schylają się po seksistowskie zagrywki tak często stosowane przez mężczyzn, których za to – słusznie – krytykują. Nie uważam, że mamy skakać z radości i przyklaskiwać każdemu pomysłowi Magdaleny Ogórek tylko dlatego, że jest kobietą. Ale nie podoba mi się, kiedy kobiety określają polityczki jako „malowane lale” i „paprotki”. To kładzie nacisk na ich wygląd. A to jest hipokryzja i przejmowanie od mężczyzn tzw. „male gaze” (widzenia świata oczami mężczyzny), które długo określało – i wciąż określa – funkcjonowanie kobiet w sferze publicznej.
"Feministki bardzo chętnie i szybko oceniają się nawzajem"
Rozmawiajmy merytorycznie. O programie Magdaleny Ogórek, który w wielu miejscach zadziwia. Niestety, raczej in minus. Rozmawiajmy o jej poglądach. Rozmawiajmy o tym, co doprowadziło do białej gorączki feministki, czyli blogowym wpisie Ogórek z czerwca ubiegłego roku, w którym podała swoją własną definicję feminizmu. Określiła go wtedy jako „zjawisko jedyne w swoim rodzaju, wołające bowiem donośnie tylko wtedy, gdy w publicznej debacie pojawia się sprawa czyjejś kontrowersyjnej ciąży”. To ten sam tekst, w którym broniła prof. Chazana.
Feminizm nie woła jedynie o prawo do aborcji, czy o małżeństwa gejów i lesbijek. To wszystko są tematy szalenie istotne, niemniej feminizm nie może sprowadzać się li tylko do tego – napisała w pierwszym akapicie tego tekstu, co dowodzi, że albo niedokładnie zgłębiła temat, nad którym się pochyliła, albo nie ma najwyższego mniemania o polskim feminizmie. Braki w wiedzy wytknęli jej zresztą komentujący wpis internauci.
Jeśli ma braki w wiedzy, jeśli nie ma doświadczenia politycznego, jeśli została namaszczona, a nie wybrana – rozmawiajmy o tym. Jeśli nie odpowiada na pytania dziennikarzy – głośno mówmy, że coś jest nie tak. Wytykajmy błędy. Krytykujmy merytorycznie. Ale nie sięgając po żałosny argument „malowanej lali”.
Magdalena Ogórek mówi o sobie, że jest feministką i katoliczką. I dobrze. Nie ma jedynej słusznej odmiany feminizmu, o czym przypomniała mi ostatnio w rozmowie z naTemat kanadyjska feministka i pisarka Sally Armstrong. – Właściwie od początku jestem związana z ruchem feministycznym i zawsze uderzało mnie, że feministki bardzo chętnie i szybko oceniają się nawzajem. W Kanadzie nazywają mnie "The Lipstick Feminist". Wiesz czemu? Bo farbuję włosy, maluję usta, lubię krótkie spódnice i mężczyzn. Nie dbam o zasady, których rzekomo musisz przestrzegać, żeby być feministką. Dbam o równość mężczyzn i kobiet, bo to wszystkim dobrze robi – powiedziała Armstrong. No właśnie.