
Spaceruje po Krakowskim Przedmieściu w długim do ziemi kożuchu, z rękami w kieszeniach, pogwizdując. Śmieje się, wygłupia, tańczy na mrozie. W duecie z Janem Himilsbachem prowadzi mocno abstrakcyjne dialogi. Albo odgrywa scenki przy stoliku kawiarnianym - takie obrazy widzimy, myśląc o Zdzisławie Maklakiewiczu, kultowym aktorze. A wiedzieliście, że zjadał kanapki córki do szkoły, przed zaborczą matką uciekał w świat aktorskich iluzji i prawdopodobnie miał słuch absolutny? I że pochowany został w stroju Charliego Chaplina?
Pyta mnie mamusia: „Zdzisiu, a co wy w tym teatrze właściwie robicie?” To ja tłumaczę mamusi: „Mamusiu! Przychodzimy rano na 10.00, od razu piwo, a o 12.00 na przerwie wódka, rozbieramy się do golasa i orgie, pijaństwo – tak do szóstej, potem trzeźwiejemy, gramy przedstawienie do 22.00, znowu wszyscy do golasa, wóda i seks zbiorowy, panie z panami, potem panie z paniami, panowie z panami i wszyscy razem, i wóda do rana, potem do domu, prysznic i na 10.00 na próbę… piwo o 12.00, wóda, do golasa i seks…” Mama (przerażona): „Zdzisiu! Dziecko drogie! I tak przez cały tydzień?” A ja: „Nie, no co też mama – w poniedziałek mamy wolne”.
Myślę, że zaczęło się od tego, że jestem brzydki. Nie przypominam Gregory Pecka ani Mastroianniego. Nie jestem amantem, wcieleniem ideału kobiet. A jak się nie jest ideałem kobiet, nie jest się również ideałem reżyserów. Ktoś mnie kiedyś widział pewnie w takiej roli mało pozytywnej i uznał, że będzie ze mnie dobry typ. I tak zostałem typem. Ale sam siebie uważam za człowieka bardzo pozytywnego.
Scena z filmu "Jak to się robi": Himilsbach leży na hotelowym tapczaniku w ubraniu, a obok niego przysiada ojciec i gwiżdże. Udaje śpiew ptaka. Przerywa i mówi: „Kanarek... (znowu gwiżdże)... śpiewa. A daj mu pan samiczkę, to przestanie śpiewać. Z tego jest taki wniosek, że twórca powinien żyć w osamotnieniu”.
Dialog przed sklepem monopolowym: – Zdzichu, to ile w końcu bierzemy? Jedną czy dwie? – Eee, dwie to będzie za dużo, jedną chyba. – A jeśli zabraknie? – No dobra, Jasiu, weźmy dwie. – Dzień dobry. Prosimy skrzynkę wódki i dwie oranżady.
"Te ściekowe spotkania były potwornie depresyjne, smutne i samotne. Szukaliśmy przezwyciężenia samotności i depresji, którą zapewne każdy z nas nosił w sobie, lecz tam ona pogłębiała się w dosyć pustych rozmowach. Prawie nie pamiętam twórczych dyskusji, głównie anegdoty, jak się upiliśmy albo jak ktoś się upił, te same historie powtarzane bez końca. Wesoła może być jakaś jedna anegdota, opowiedziana w innym towarzystwie. Lecz lata spędzone przy tych samych stolikach były – zapewniam – przerażające. Zresztą po to piliśmy, bo w inny sposób nie umieliśmy z tego przerażenia wyjść”.
