Zdzisław i Renatą Maklakiewicz
Zdzisław i Renatą Maklakiewicz Zdjęcie z książki Marty Maklakiewicz "Maklak oczami córki", wydawnictwo Prószyński i S-ka

Spaceruje po Krakowskim Przedmieściu w długim do ziemi kożuchu, z rękami w kieszeniach, pogwizdując. Śmieje się, wygłupia, tańczy na mrozie. W duecie z Janem Himilsbachem prowadzi mocno abstrakcyjne dialogi. Albo odgrywa scenki przy stoliku kawiarnianym - takie obrazy widzimy, myśląc o Zdzisławie Maklakiewiczu, kultowym aktorze. A wiedzieliście, że zjadał kanapki córki do szkoły, przed zaborczą matką uciekał w świat aktorskich iluzji i prawdopodobnie miał słuch absolutny? I że pochowany został w stroju Charliego Chaplina?

REKLAMA
W filmie "Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy" w początkowej scenie postać grana przez Maklakiewicza - robotnik Karolak, usiłuje wyłudzić od swojej matki pieniądze. Starsza kobieta go utrzymuje, sprząta, robi zakupy i karmi. Ten fragment ma coś wspólnego z prawdziwym życiem aktora. Co prawda pochodził on z dobrej warszawskiej rodziny i nie narzekał na brak pieniędzy, ale jego relacje z matka nie należały do najzdrowszych. Zdzisław Maklakiewicz był niezwykłym człowiekiem, skomplikowanym, z genialnym talentem improwizacyjnym, literackim i niepodrabialnym poczuciem humoru, ale nigdy nie udało mu się wyzwolić spod wpływu matki. Chyba nawet nie próbował, bo tak mu było wygodnie. Jak wspomina córka Maklakiewicza - Marta:
– Wszystkie kobiety (w tym oczywiście mnie) ojciec zawsze przyrównywał do swojej mamy. Cesia najlepiej gotowała, Cesia potrafiła wyrazić najtrafniejsze opinie o ludziach, Cesia dbała o domowy budżet i umiała zaoszczędzić pieniądze. (…) Ojciec stronił od obowiązków domowych i rodzinnych. Wychowany jako rozpieszczony synek mamusi, któremu wszystko wolno. Przecież to on nie chciał „iść na swoje”. Do końca był związany pępowiną ze swoją matką.
logo
Zdjęcie z filmu "Dancing w kwaterze Hitlera" z poruszającą kreacją Maklakiewicza fot. Tadeusz Kubiak/Filmoteka Narodowa
W serialu "Kolumbowie" Morgensterna w "Śmierci po raz drugi" zagrał jakby samego siebie - warszawskiego cwaniaka, w czarnym golfie i berecie z orzełkiem, która podczas Powstania zachowuje optymizm, na przekór wszystkiemu. Maklakiewicz podczas wojny służył w Armii Krajowej, brał udział w Powstaniu Warszawskim (pseud. "Hanzen"), walczył w Śródmieściu jako strzelec w kompanii motorowej "Iskra" batalionu "Kiliński". Później trafił do niemieckiego obozu jenieckiego, skąd powrócił do Polski we wrześniu 1945.
Zdzisław Maklakiewicz

Pyta mnie mamusia: „Zdzisiu, a co wy w tym teatrze właściwie robicie?” To ja tłumaczę mamusi: „Mamusiu! Przychodzimy rano na 10.00, od razu piwo, a o 12.00 na przerwie wódka, rozbieramy się do golasa i orgie, pijaństwo – tak do szóstej, potem trzeźwiejemy, gramy przedstawienie do 22.00, znowu wszyscy do golasa, wóda i seks zbiorowy, panie z panami, potem panie z paniami, panowie z panami i wszyscy razem, i wóda do rana, potem do domu, prysznic i na 10.00 na próbę… piwo o 12.00, wóda, do golasa i seks…” Mama (przerażona): „Zdzisiu! Dziecko drogie! I tak przez cały tydzień?” A ja: „Nie, no co też mama – w poniedziałek mamy wolne”.

Skończył Akademię Teatralną w Krakowie, studiował też reżyserię, ale zrezygnował w trakcie. Usychał bez Warszawy. Grał w wielu teatrach, w wielu miastach, ale wolał film. Lubił improwizować, a nie uczyć się na pamięć roli, by powtarzać co wieczór te same kwestie. Grał dużo, praktycznie nie schodził z filmowego planu.
Zdzisław Maklakiewicz

Myślę, że zaczęło się od tego, że jestem brzydki. Nie przypominam Gregory Pecka ani Mastroianniego. Nie jestem amantem, wcieleniem ideału kobiet. A jak się nie jest ideałem kobiet, nie jest się również ideałem reżyserów. Ktoś mnie kiedyś widział pewnie w takiej roli mało pozytywnej i uznał, że będzie ze mnie dobry typ. I tak zostałem typem. Ale sam siebie uważam za człowieka bardzo pozytywnego.

Obsadzano go często w epizodach, rolach drugoplanowych, grał cwaniaków, sceptyków: stworzył bogatą galerię postaci, od tych groteskowych, z którymi jest do dzisiaj kojarzony po wysmakowane dramatyczne (choć krótkie) kreacje. Coraz częściej jednak Maklakiewicz nie grał, tylko był sobą, nie uczył się scenariuszy, tylko wymyślał własne kwestie. Był sobą w "Rejsie" Marka Piwowskiego oraz "Wniebowziętych" i "Jak to się robi" Andrzeja Kondratiuka.
logo
Kadr z "Rejsu" Marka Piwowskiego Fot. Screen z YouTube.com
Tadeusz Konwicki, u którego Maklakiewicz zagrał rotmistrza w "Salcie", a sześć lat później Włodka w "Jak daleko stąd, jak blisko" powiedział kiedyś: „Nikt nie potrafi grać postaci pozornie pospolitych i nieciekawych tak przenikliwie jak Maklakiewicz”. Miał ucho wyczulone na absurdy i literacki talent, jednak najlepszym aktorem był nie przed kamerą, ale przy kawiarnianym stoliku.

Scena z filmu "Jak to się robi": Himilsbach leży na hotelowym tapczaniku w ubraniu, a obok niego przysiada ojciec i gwiżdże. Udaje śpiew ptaka. Przerywa i mówi: „Kanarek... (znowu gwiżdże)... śpiewa. A daj mu pan samiczkę, to przestanie śpiewać. Z tego jest taki wniosek, że twórca powinien żyć w osamotnieniu”.

Maklak dwukrotnie był żonaty, miał dwie córki, ale potrzeba posiadania pełnej rodziny, chyba była mu obca. Jakby cały czas przed czymś uciekał. Na początku się starał, zabiegał o piękną Renatę, grał na pianinie, śpiewał własne piosenki. Jednak czas i bliskość dominującej teściowej szybko rozbiły ten związek. Później nie dbał o relacje z córką, nie płacił alimentów, bo „nie miał do tego głowy”. Dużą część jego życia zajmował mu "baśniowy świat". Tam uciekał.

Dialog przed sklepem monopolowym: – Zdzichu, to ile w końcu bierzemy? Jedną czy dwie? – Eee, dwie to będzie za dużo, jedną chyba. – A jeśli zabraknie? – No dobra, Jasiu, weźmy dwie. – Dzień dobry. Prosimy skrzynkę wódki i dwie oranżady.

Maklak mieszkał (z matką) na trasie traktu pijackiego, zwanego "szlakiem hańby", obok Uniwersytetu, Polskiej Akademii Nauk i pomnika Kopernika. Kilka kroków stamtąd było do Harendy, gdzie Maklak i Himilsbach mieli swój stolik, otoczony wianuszkiem studentów. Najlepsze role aktorskie Maklak odgrywał właśnie w knajpach. Był świetny: dusza towarzystwa, znakomicie opowiadał historie i błyskotliwe anegdoty. Dalszy „baśniowy” szlak prowadził przez klub SARP, restaurację Kameralną. Chodzono też do Ścieku, czyli klubu Stowarzyszenia Filmowców Polskich przy Trębackiej, do knajpy U Hopfera, wyszynku w Hotelu Europejskim oraz w Bristolu. Kończono na SPATiF-ie.
prof. Wiktor Osiatyński dla Gazety Wyborczej

"Te ściekowe spotkania były potwornie depresyjne, smutne i samotne. Szukaliśmy przezwyciężenia samotności i depresji, którą zapewne każdy z nas nosił w sobie, lecz tam ona pogłębiała się w dosyć pustych rozmowach. Prawie nie pamiętam twórczych dyskusji, głównie anegdoty, jak się upiliśmy albo jak ktoś się upił, te same historie powtarzane bez końca. Wesoła może być jakaś jedna anegdota, opowiedziana w innym towarzystwie. Lecz lata spędzone przy tych samych stolikach były – zapewniam – przerażające. Zresztą po to piliśmy, bo w inny sposób nie umieliśmy z tego przerażenia wyjść”.

Janusz Głowacki opowiada, że Himilsbacha i Maklakiewicza kochano, bo im zmęczony i sfrustrowany naród niczego nie zazdrościł. Zdzisław Maklakiewicz zmarł w 1977 roku, kilka dni po pobiciu przy Hotelu Europejskim. Podobno Jan Himilsbach wrzucił do grobu pudełko czekoladek. Jego córka, Marta wspomina co zapamiętała z pogrzebu:
– Został pochowany we fraku, w meloniku i w lakierkach. Nie wiem, czy rozmawiał o tym kiedykolwiek z babcią, ale to jej pomysł, by pochować ukochanego syna, wielkiego jej zdaniem aktora, w stroju Charliego Chaplina. Ojciec uwielbiał tego aktora i lubił to przebranie. Tablicę wykonał Himilsbach, jak wiadomo kamieniarz z zawodu.
logo
Korzystałam z książki Marty Maklakiewicz "Maklak. Oczami córki", wydawnictwo Prószyński i S-ka