
Spaceruje po Krakowskim Przedmieściu w długim do ziemi kożuchu, z rękami w kieszeniach, pogwizdując. Śmieje się, wygłupia, tańczy na mrozie. W duecie z Janem Himilsbachem prowadzi mocno abstrakcyjne dialogi. Albo odgrywa scenki przy stoliku kawiarnianym - takie obrazy widzimy, myśląc o Zdzisławie Maklakiewiczu, kultowym aktorze. A wiedzieliście, że zjadał kanapki córki do szkoły, przed zaborczą matką uciekał w świat aktorskich iluzji i prawdopodobnie miał słuch absolutny? I że pochowany został w stroju Charliego Chaplina?
W filmie "Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy" w początkowej scenie postać grana przez Maklakiewicza - robotnik Karolak, usiłuje wyłudzić od swojej matki pieniądze. Starsza kobieta go utrzymuje, sprząta, robi zakupy i karmi. Ten fragment ma coś wspólnego z prawdziwym życiem aktora. Co prawda pochodził on z dobrej warszawskiej rodziny i nie narzekał na brak pieniędzy, ale jego relacje z matka nie należały do najzdrowszych. Zdzisław Maklakiewicz był niezwykłym człowiekiem, skomplikowanym, z genialnym talentem improwizacyjnym, literackim i niepodrabialnym poczuciem humoru, ale nigdy nie udało mu się wyzwolić spod wpływu matki. Chyba nawet nie próbował, bo tak mu było wygodnie. Jak wspomina córka Maklakiewicza - Marta:
– Wszystkie kobiety (w tym oczywiście mnie) ojciec zawsze przyrównywał do swojej mamy. Cesia najlepiej gotowała, Cesia potrafiła wyrazić najtrafniejsze opinie o ludziach, Cesia dbała o domowy budżet i umiała zaoszczędzić pieniądze. (…) Ojciec stronił od obowiązków domowych i rodzinnych. Wychowany jako rozpieszczony synek mamusi, któremu wszystko wolno. Przecież to on nie chciał „iść na swoje”. Do końca był związany pępowiną ze swoją matką.

W serialu "Kolumbowie" Morgensterna w "Śmierci po raz drugi" zagrał jakby samego siebie - warszawskiego cwaniaka, w czarnym golfie i berecie z orzełkiem, która podczas Powstania zachowuje optymizm, na przekór wszystkiemu. Maklakiewicz podczas wojny służył w Armii Krajowej, brał udział w Powstaniu Warszawskim (pseud. "Hanzen"), walczył w Śródmieściu jako strzelec w kompanii motorowej "Iskra" batalionu "Kiliński". Później trafił do niemieckiego obozu jenieckiego, skąd powrócił do Polski we wrześniu 1945.
Zdzisław Maklakiewicz
Skończył Akademię Teatralną w Krakowie, studiował też reżyserię, ale zrezygnował w trakcie. Usychał bez Warszawy. Grał w wielu teatrach, w wielu miastach, ale wolał film. Lubił improwizować, a nie uczyć się na pamięć roli, by powtarzać co wieczór te same kwestie. Grał dużo, praktycznie nie schodził z filmowego planu.
Zdzisław Maklakiewicz
Obsadzano go często w epizodach, rolach drugoplanowych, grał cwaniaków, sceptyków: stworzył bogatą galerię postaci, od tych groteskowych, z którymi jest do dzisiaj kojarzony po wysmakowane dramatyczne (choć krótkie) kreacje. Coraz częściej jednak Maklakiewicz nie grał, tylko był sobą, nie uczył się scenariuszy, tylko wymyślał własne kwestie. Był sobą w "Rejsie" Marka Piwowskiego oraz "Wniebowziętych" i "Jak to się robi" Andrzeja Kondratiuka.

Tadeusz Konwicki, u którego Maklakiewicz zagrał rotmistrza w "Salcie", a sześć lat później Włodka w "Jak daleko stąd, jak blisko" powiedział kiedyś: „Nikt nie potrafi grać postaci pozornie pospolitych i nieciekawych tak przenikliwie jak Maklakiewicz”. Miał ucho wyczulone na absurdy i literacki talent, jednak najlepszym aktorem był nie przed kamerą, ale przy kawiarnianym stoliku.
Scena z filmu "Jak to się robi": Himilsbach leży na hotelowym tapczaniku w ubraniu, a obok niego przysiada ojciec i gwiżdże. Udaje śpiew ptaka. Przerywa i mówi: „Kanarek... (znowu gwiżdże)... śpiewa. A daj mu pan samiczkę, to przestanie śpiewać. Z tego jest taki wniosek, że twórca powinien żyć w osamotnieniu”.
Maklak dwukrotnie był żonaty, miał dwie córki, ale potrzeba posiadania pełnej rodziny, chyba była mu obca. Jakby cały czas przed czymś uciekał. Na początku się starał, zabiegał o piękną Renatę, grał na pianinie, śpiewał własne piosenki. Jednak czas i bliskość dominującej teściowej szybko rozbiły ten związek. Później nie dbał o relacje z córką, nie płacił alimentów, bo „nie miał do tego głowy”. Dużą część jego życia zajmował mu "baśniowy świat". Tam uciekał.
Dialog przed sklepem monopolowym: – Zdzichu, to ile w końcu bierzemy? Jedną czy dwie? – Eee, dwie to będzie za dużo, jedną chyba. – A jeśli zabraknie? – No dobra, Jasiu, weźmy dwie. – Dzień dobry. Prosimy skrzynkę wódki i dwie oranżady.
Maklak mieszkał (z matką) na trasie traktu pijackiego, zwanego "szlakiem hańby", obok Uniwersytetu, Polskiej Akademii Nauk i pomnika Kopernika. Kilka kroków stamtąd było do Harendy, gdzie Maklak i Himilsbach mieli swój stolik, otoczony wianuszkiem studentów. Najlepsze role aktorskie Maklak odgrywał właśnie w knajpach. Był świetny: dusza towarzystwa, znakomicie opowiadał historie i błyskotliwe anegdoty. Dalszy „baśniowy” szlak prowadził przez klub SARP, restaurację Kameralną. Chodzono też do Ścieku, czyli klubu Stowarzyszenia Filmowców Polskich przy Trębackiej, do knajpy U Hopfera, wyszynku w Hotelu Europejskim oraz w Bristolu. Kończono na SPATiF-ie.
prof. Wiktor Osiatyński dla Gazety Wyborczej
Janusz Głowacki opowiada, że Himilsbacha i Maklakiewicza kochano, bo im zmęczony i sfrustrowany naród niczego nie zazdrościł. Zdzisław Maklakiewicz zmarł w 1977 roku, kilka dni po pobiciu przy Hotelu Europejskim. Podobno Jan Himilsbach wrzucił do grobu pudełko czekoladek. Jego córka, Marta wspomina co zapamiętała z pogrzebu:
– Został pochowany we fraku, w meloniku i w lakierkach. Nie wiem, czy rozmawiał o tym kiedykolwiek z babcią, ale to jej pomysł, by pochować ukochanego syna, wielkiego jej zdaniem aktora, w stroju Charliego Chaplina. Ojciec uwielbiał tego aktora i lubił to przebranie. Tablicę wykonał Himilsbach, jak wiadomo kamieniarz z zawodu.

