
Kilka dekad temu awangardą była jedna dodatkowa dziurka w chrząstce ucha. Kolczyk w nosie i brwi nosiły tylko osoby bardzo odważne, a mnóstwo kolczyków - jedynie przedstawiciele subkultur. Dziś piercing jest tak popularny, jak tatuaże i coraz więcej zwyczajnie ubranych osób nosi kolczyki w nietypowych miejscach. No właśnie, które z nich są dziś najbardziej pożądane, a w których kolczyków nosić nie powinniśmy?
Moje pierwsze kolczyki zafundowała mi mama, kiedy chodziłam do zerówki. Złote kwiatki z koralowym oczkiem. Szybko musiałam się z nimi pożegnać, bo złoto nie służyło moim uszom, w przeciwieństwie do stali nierdzewnej. Następnie przyszedł czas na kolczyk zrobiony przez koleżankę na obozie narciarskim na Słowacji. Naostrzonym kolczykiem przebiła chrząstkę w moim uchu, polała je sowicie Beherovką (miejscową wódką ziołową) i przyłożyła kulkę śniegu, żeby uśmierzyć ból. Ta „genialna” technika była wówczas, kiedy chodziłam do liceum najbardziej popularna, bo za darmo i bez pozwolenia od rodziców (wówczas, aby mieć tatuaż czy kolczyk potrzebne było pozwolenie, a rodzic podpisywał, pod warunkiem, że taki świstek w ogóle widział), zwłaszcza w nosie lub w brwi.

Moje ucho puchło, na skórze pojawił się stan zapalny, przemywałam je spirytusem i po kilku... miesiącach miałam w uchu piękną dodatkową dziurkę.
Następnie zapałałam miłością do kolczyka w pępku. W związku z planem, kupiłam na wakacjach piękny kolczyk z zieloną cyrkonią (dziś kwintesencja obciachu) i poprosiłam o pomoc ojczyma - lekarza. Mama się zgodziła, ojczym znieczulił mi skórę wokół pępka i przekłuł. Założyłam kolczyk ze stali nierdzewnej, skóra trochę słabo się goiła i napuchła, ale znów - po jakimś czasie wyglądało świetnie - przynajmniej w moich oczach. Co prawda do takiego kolczyka dało się nosić jedynie spodnie - biodrówki (nie tylko ze względu na to, żeby był widoczny, ale żeby się nie haczył od spodni i nie rozdzierał skóry. A że był zrobiony krzywo i zbyt płytko, cóż. Ojczym specjalizował się w innych dziedzinach i z czego innego robił dyplom niż z piercingu.

Dziś wiem, że na takie zabiegi jednak warto chodzić do specjalizujących się w temacie salonach. Po pierwsze: mają tam lepsze narzędzia do „kolczykowania” twarzy czy ciała, po drugie - większe doświadczenie niż koleżanka z nart czy pan doktor. Skóra goi się znacznie lepiej, szybciej, i o ile to sprawdzony adres, nie ma mowy o wpadce. Dlatego zapytałam załogę warszawskiego salonu Arif.pl o to co się teraz nosi?

I odpowiedzi są zaskakujące... Na początek czy piercing jest popularny i czy dotyczy tylko pewnych grup osób, które kochają tatuaże i inne formy zdobienia ciała.
Załoga arif.pl
To trochę obala stereotypy dotyczące osób, które korzystają z piercingu. Zapytałam się też jak to wygląda ze względu na płeć i którą część ciała najchętniej przekłuwają sobie klienci takiego sklepu.
Załoga Arif.pl
Tragus, to dla mniej wtajemniczonych - kolczyk w wewnętrznej chrząstce ucha (tej po stronie policzka), a helix to kolczyk na zewnętrznej chrząstce.


No dobrze, a co się teraz nosi? Kółka, wkrętki czy może kolce? Pytam także o to czy okolczykowanie pewnych części ciała dziś wydaje się obciachowe...
Arif.pl
Septum, to kolczyk w przegrodzie nosa. A podkowy rzeczywiście mogą mieć zastosowanie w różnych częściach twarzy i ciała.
Natomiast nie mogłam po moich doświadczeniach nie zadać tego pytania i rozwiać wątpliwości osób, które mają obawy związane z przekłuwaniem uszu czy nosa. Jak długo tak naprawdę goi się skóra po zabiegu piercingu z zachowaniem wszelkich norm higieny i BHP?
Arif.pl
Ja pamiętam, że kiedy byłam w zerówce pani z salonu kosmetycznego kazała kolczyk kilka razy dziennie kręcić wokół własnej osi, a ranę - oczyszczać. Ale na szczęście cel uświęca środki i później - przynajmniej w uszach - można nosić wymarzone kolczyki, na jakie tylko mamy ochotę.

Ale dziś zdecydowanie apetyt rośnie na największe - dosłownie- ozdoby, jakie w uchu można nosić. Oprócz przepięknych biżuteryjnych kolczyków, które obejmują całą zewnętrzną część chrząstki ucha, coraz bardziej popularne są też tunele i plugi do uszu. Te akurat stopniowo rozciągają płatek ucha tak, żeby później dało się nosić ich coraz większe gabaryty. Ale to jest nisza, na którą ma odwagę niewielka grupa osób.
