Studenci prawa z Białegostoku ukradli zdjęcie blogerki i umieścili je na materiałach promocyjnych imprezy
Studenci prawa z Białegostoku ukradli zdjęcie blogerki i umieścili je na materiałach promocyjnych imprezy Fot. Martapisze.pl

Studenci prawa z Białegostoku chyba słabo uważali na zajęciach z prawa własności intelektualnej, bo samorząd studencki do promocji imprezy w nocnym klubie użył zdjęcia blogerki Martapisze.pl, które znalazł po prostu w Google Grafika.

REKLAMA
Blogerka o całej sprawie dowiedziała się tydzień temu dzięki swojej czytelniczce, która pokazała jej link do strony promującej imprezę. Dziewczyna była przekonana, że Marta o wszystkim wie.
logo
fot. Martapisze.pl
– Wchodzę na link podany przez czytelniczkę, a tam moje zdjęcie w tle – zdenerwowałam się, ale da się przeżyć – mówi blogerka. Potem patrzę niżej, a tam zdjęcie masy biletów, na których jestem ja. Moje zdjęcie. I co lepsze, moje nazwisko – dodaje.
Blogerka od razu napisała do samorządu z prośbą o usunięcie zdjęć, dodała także, że żąda niepuszczenia biletów w obieg, ponieważ to zdjęcie należy do niej.
Samorząd oczywiście szybko zareagował i usunął zdjęcia. W prywatnej wiadomości przeprosił Martę. W tym czasie cała sprawa rozniosła się w sieci i została opisana na fanpage’u Rada Etyki Social Media.
Tania sensacja
Po tym wydarzeniu Samorząd Studentów Wydziału Prawa opublikował na swoim fanpage’u oświadczenie, w którym ponownie przeprosił blogerkę i stwierdził, że “nazwanie tej sytuacji mianem „kradzieży” jest zwykłym poszukiwaniem taniej sensacji poprzez używanie sformułowań nieadekwatnych do zaistniałego zdarzenia”.
To zabawne sformułowanie spotkało się z ogromną ilością hejtu w komentarzach pod wpisem:
Adam Mielniczuk – "Należy ważyć słowa i sprawdzać informacje, zanim wysunie się publiczne oskarżenia.", Łukasz Martyniak – “Przyszli prawnicy skreślają się już na samym początku.”, Piotr Knap – “To ja może użyję sformułowania adekwatnego do zaistniałego zdarzenia: podpier******ście dziewczynie zdjęcie. To takie proste. A fakt że zrobił to ktoś studiujący prawo napawa mnie przerażeniem”.
Zdjęcie blogerki znajdowało się m.in. na biletach oraz zostało umieszczone na stronie nocnego klubu. Marta otrzymała także od kogoś komentarz, że w Białymstoku można znaleźć z nią plakaty. Samorząd również przeczytał ten wpis i stwierdził, że takowych plakatów nigdzie nie ma. Blogerka poprosiła więc swoich czytelników z Białegostoku o sprawdzenie tej informacji – okazało się, że są.
Jak powiedział nam samorząd, klub w którym impreza miała się odbyć, bez żadnej konsultacji ani poinformowania go wydrukował plakaty z tym zdjęciem. – Kiedy się o tym dowiedzieliśmy, natychmiast zażądaliśmy od klubu usunięcia tych plakatów – mówią. – Nie my je jednak rozwieszaliśmy, nawet nie wiedzieliśmy o ich istnieniu. Była to po prostu promocja wydarzenia, którą klub przeprowadził we własnym zakresie bez naszej wiedzy i zgody– komentują.
Będą poniesione konsekwencje
Samorząd zapewnia, że osoba, która wykorzystała to zdjęcie z pewnością poniesie konsekwencje, jednak w tym momencie trudno jest im powiedzieć jakie konkretnie one będą.
– Ja wiem, że to tylko zdjęcie. Nie chcę rozdmuchiwać afery ani robić z tego wydarzenia, wbrew pozorom, to jest dla mnie antypromocja. Wolałabym być kojarzona z moich tekstów czy działalności, a nie z afery o zdjęcie – mówi Marta.
Według samorządu, jeszcze przed wybuchem afery w internecie cała sytuacja została wyjaśniona z blogerka. – Natychmiast po wiadomości od niej, zdjęcie zostało usunięte a wejściówki wycofane ze sprzedaży – mówią studenci. – Sama poszkodowana powiedziała też, że dla niej sprawa jest zakończona – dodają.
Była dopóki w Białymstoku nie pojawiły się plakaty z jej wizerunkiem, po tej informacji chłopak blogerki postanowił nagłośnić sprawę na portalu Wykop.pl
Marta nie zamierza z całą tą sprawą już nic robić. Odpuszcza. – Dużo ludzi mówiło, że mogę się sądzić, ale po co? Co mi to da? – mówi. – Kolejne rozdmuchanie sprawy i aferkę, której nie potrzebuję. Myślę, że zainteresowanie internetu tą sprawą chyba było wystarczającą karą, oberwało się obu stronom. Dziwię się tylko, że prawnicy nie zdawali sobie pojęcia z tego, co robią. Przecież tam było moje imię i nazwisko, wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę, wyskakuje mój blog. Wystarczyło zapytać – kwituje.