
Madonna, z upodobaniem eksponująca swoje wyćwiczone, prawie 60-letnie ciało, i tym razem nie zawiodła. Na 57. gali Grammy w Los Angeles pojawiła się w kreacji – choć to zbyt wiele powiedziane – która niewiele pozostawiała wyobraźni. Pokazała wszystko – i biust, ściśnięty gorsetem, i pośladki. Przed wyjściem na scenę zapowiedziała widowni, że „będzie ostry seks”.
REKLAMA
Odziana w czerwone body, którego mogłaby jej pozazdrościć Liza Minelli w „Kabarecie”, gięła się w quasi erotycznych pozach w towarzystwie o kilka dekad młodszych tancerzy, z częścią z nich symulując seks. Można? Można. Tylko po co?
Kiedy na scenę wychodzi jedna z pop gwiazdek pokroju Miley Cyrus czy Justina Biebera, sięganie po tanią erotykę, w założeniu mającą chyba pokazać, jak bardzo są wyzwoleni i zbuntowani, nawet nie dziwi. U Beyonce, która uparcie twierdzi, że jest feministką, przy czym całą swoją karierę zbudowała na epatowaniu seksualnością – nie dziwi.
Ale w wydaniu kobiet po 40. czy 50. – owszem. Nie dlatego, że nie są piękne. Nie dlatego, że im nie wypada. Wydaje się jednak, że mają coś więcej do przekazania niż potrząsanie pośladkami w tańcu przypominającym ruchy frykcyjne.
A jednak Jennifer Lopez, Cher czy Madonna uparcie występują na scenie półnagie, z upodobaniem przybierając wyzywające pozy. Może właśnie dlatego, że są świadome swojej urody i seksualności, nie powinny jej tak uparcie eksponować, tym bardziej, że u wielu, sądząc po komentarzach internautów, ich desperackie zachowanie wzbudza raczej zażenowany uśmiech niż zachwyt.
Tym celebrytkom, które nie mają na siebie innego pomysłu niż pokazywanie się na bankietach bez bielizny, można brak klasy wybaczyć. Ale desperackie próby przyciągania uwagi odsłoniętymi pośladkami w przypadku Madonny żenują, bo kto jak kto, ale ona uciekać się do tego nie musi.
Można inaczej. Wystarczy popatrzeć na Tori Amos. Bjork. Kate Bush. Talent i klasa. I wystarczy.
