
Andrzej Hadacz bronił już krzyża na Krakowskim Przedmieściu oraz społeczności LGBT podczas warszawskiej Parady Równości. W środę jego twarz można było zobaczyć na zdjęciach z rolniczego protestu. Tym razem Hadacz występował ramię w ramię z liderem rolniczego OPZZ Sławomirem Izdebskim.
REKLAMA
Obecność Hadacza została szybko dostrzeżona przez związanego z „Gazetą Polską” Wojciecha Muchę oraz innych internautów.
Część prawicowych dziennikarzy nie przepada za Hadaczem, ponieważ uchodzi on za prowokatora, który z premedytacją kompromitował osoby gromadzące się po katastrofie smoleńskiej na Krakowskim Przedmieściu.
– Andrzejek był mistrzem w kompromitowaniu wszelkich naszych działań, dlatego nigdy go nie chcieliśmy w stowarzyszeniu i sam w pewnym momencie się "odsunął". Znany z wchodzenia zawsze i wszędzie przed kamerę oraz umawiania się z dziennikarzami na smakowite "setki”, idealnie wpisywał się w stereotyp oszołoma z Krakowskiego Przedmieścia – mówił nam Samuel Pereira.
Faktycznie, postać Hadacza nie wygląda wiarygodnie. Najpierw był on bowiem jednym z czołowych „obrońców krzyża” i zaciekłym krytykiem ówczesnego premiera Donalda Tuska.
Trzy lata później „Andrzej spod krzyża” był już rzecznikiem praw społeczności LGBT i występował na Paradzie Równości.
Teraz Hadacz zajął się problemami polskiego rolnictwa, dołączając do protestu OPZZ, w ramach którego w Warszawie ma powstać „drugi Majdan”.
Co ciekawe, przy okazji poprzednich występów Hadacza odżegnywali się od niego zarówno politycy PiS, jak i członkowie partii Janusza Palikota.
– Nie znam tego człowieka, w ogóle nikt go w naszym środowisku nie zna – mówił nam Andrzej Rozenek. – Nic mi to nazwisko nie mówi. Jeśli się z nami kontaktował, to na pewno nie pod tym nazwiskiem, ale nie sądzę, by w ogóle coś takiego miało miejsce – dodał Adam Lipiński z PiS.
