Wersal Pieńkowskiej. Czyli jak warszawskie jaśniepaństwo nie życzy sobie protestów w stolicy

Czy Warszawiacy mogą nie życzyć sobie protestów?
Czy Warszawiacy mogą nie życzyć sobie protestów? Foto. Fot. Alina Gajdamowicz /AG/ Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta
Jolanta Pieńkowska nie życzy sobie protestów "najbardziej uprzywilejowanej grupy społecznej" w jej mieście. Andrzej Saramonowicz nazywa rolników baranami i sugeruje im, by wy…dalali. A Szczepan Twardoch w kontrze do tych wypowiedzi życzy jaśniepaństwu z Warszawy miłych snów o Jakubie Szeli.

Odwołania do Rabacji Galicyjskiej wydają się tu jednak mocno na wyrost.
Szczepan Twardoch na swoim Facebooku

Jaśniepaństwu, którym chłopstwo i robole wchodzą w szkodę, życzę snów o Jakubie Szeli.

Jakub Szela był przywódcą powstania chłopskiego, nazywanego Rabacją Galicyjską lub dobitniej Rzezią Galicyjską. W 1846 roku chłopi rozwścieczeni niesprawiedliwością wzięli kosy i ruszyli na dwory ziemian. Piłowali niemiłosiernie swoich panów, odcinali głowy i nie znali litości. Dziś rolnicy nie przyjeżdżają jednak do Warszawy, by krwawo rozprawić się z warszawiakami (bo i trudno porównać miastowych do dawnego ziemiaństwa), ale żeby walczyć o swoje interesy. Część mieszkańców stolicy uważa jednak, że ten protest wymierzony jest w zwykłych obywateli. Zabawne w tej całej sytuacji jest to, że głosami ludu stały się osoby, które na co dzień nie mają wiele wspólnego z życiem ogółu.

Nieuprzywilejowana Jolanta Pieńkowska
"Kocham Warszawę, która jest moim rodzinnym miastem. Nie życzę sobie, żeby moje miasto było najeżdżane przez górników, którzy palą opony i wybijają okna. Nie życzę sobie, żeby było najeżdżane przez traktory i rolników, którzy moim zdaniem, są najbardziej uprzywilejowaną grupą społeczną" powiedziała w Tok Fm nieuprzywilejowana Jolanta Pieńkowska, która za szczyty rolniczych wygód uznała KRUS i dotacje unijne.

Niezależnie od tego, na ile ktoś popiera rolnicze postulaty, to wypowiedź Jolanty Pieńkowskiej wydaje się co najmniej nie na miejscu. Po pierwsze dlatego, że pani Jolanta sama z pewnością zalicza się do najbardziej uprzywilejowanej grupy, jako dziennikarka z dużego miasta, żona milionera, która (jeśli wierzyć plotkom) do pracy dolatywała własnym samolotem prosto z zamku we Francji. Nawet jeśli w powyższej informacji nie byłoby ziarna prawdy, to trudno mi sobie wyobrazić, by rolnicze protesty mogły akurat jej utrudnić życie.


Drugą niezręcznością, która chyba nawet bardziej razi jest określenie "moje miasto" i stwierdzenie "nie życzę sobie, by było najeżdżane". Pani Jolanta Pieńkowska jest bardzo majętna i może pozwolić sobie na wiele rzeczy, o których przeciętny Kowalski tylko pomarzy, jednak z tego co mi wiadomo, Warszawa jeszcze nie jest w jej posiadaniu.

Co więcej, Warszawa, jako miasto stołeczne, pełne instytucji państwowych i siedzib firm jest dość wygodnym miejscem do życia i pracy. Niestety, protesty są elementem krajobrazu, taka jest specyfika mieszkania w stolicy, gdzie siedzibę ma rząd. Ponadto, czy się to komuś podoba, czy nie, stolica jest miastem wszystkich Polaków. Nie chodzi o to, by przyzwalać na niszczenie mienia miastowego i wyrywanie znaków drogowych, jak miało to miejsce w przypadku kiboli defilujących w marszu narodowców. Jednak protestowanie i walka o swoje interesy, gdy inne metody zawodzą, są narzędziami demokracji, nawet jeśli przez tę demokrację niektórzy będą musieli postać w korkach chwilę dłużej.

Mieszczański Saramonowicz
Kolejnym przykładem na swoiste monopolizowanie Warszawy jest wpis Andrzeja Saramonowicza, który opublikował na swoim facebookowym.
Pan Andrzej, w słowach, które bynajmniej nie charakteryzują mieszczańskiego inteligenta, daje popis swojego lekceważenia wobec rolników i w mistrzowski sposób polaryzuje społeczeństwo.

We wpisie przedstawia siebie oraz w swoim imieniu innych mieszkańców miasta, jako osoby, które po prostu starają się normalnie żyć, a wiejskie prostactwo im w tym przeszkadza. Przepraszam, prostactwem nikogo nie określił, nazwał protestujących "baranami" a to, co myśli o ich lotności umysłowej zaprezentował w poniższym zdaniu, w którym naśmiewa się z "wiejskiego" języka: To nie jest "siedziba wrogiej władzy, którą trza zdobyć, by zajunć jej miejsce".

Bardzo wymownie opisuje też zachowania protestujących: "Więc zamiast zjeżdżać się do naszego miasta, śmierdzieć piwem, szczać po parkach, tłuc szkło i wyzywać od gestapowców policjantów, którzy zjechali tu z tych samych dziur co wy, zróbcie sobie ustawkę z ministrem rolnictwa u siebie na wsi".

Bo przecież żaden nobliwy warszawiak (a z opisu Saramonowicza wynika, że w stolicy żyją przede wszystkim ci, którzy marzą o cichym życiu i niezakłóconych wycieczkach do aptek), a już z pewnością nie przedstawiciel wysublimowanej sztuki filmowej, nie "szcza po parkach" i nie tłucze szkła. Prawdziwy warszawiak, jeśli ma pilącą potrzebę, "szcza" bowiem na ulicy, tak jak robił to m.in. Jan Wieczorkowski czy Andrzej Chyra.

Miejskie-wiejskie
Dzisiaj trudno mówić o jasnych granicach między społeczeństwem wiejskim i miejskim. Dzieci rolników studiują w miastach i często się w nich osiedlają. Rodowici miastowi przenoszą się do wsi obwarzankowych pod duże aglomeracje miejskie. Mieszkańcy Warszawy nie są wyjątkiem. Pani Jolanta Pieńkowska wyraźnie zaznaczyła, że Warszawa jest jej rodzinnym miastem, więc może dlatego czuje się bardziej uprawniona do "nieżyczenia sobie" pewnych rzeczy w jej mieście. Jednak jaśniepaństwo i chłopstwo to relikty przeszłości, a dzisiaj, w demokratycznym państwie mamy przede wszystkim obywateli.

I inni obywatele mogą się denerwować i sarkać na utrudnienia spowodowane przez protestujących. Mogą się z nimi nie zgadzać, ale nie powinni odbierać im prawa do protestowania, bo "to jest moje miasto". Saramonowicz jest ponad rolnikami, ponieważ, jak sam pisze: "Nigdy w życiu nie dostałem ani grosza dotacji, za to moje filmy przyniosły miliony do budżetu w formie podatków".

Pani Jolanta po prostu czuje się zbyt związana ze swoim miastem. Pan Andrzej sugeruje, by protestujący ściągnęli polityków, wobec których zamierzają protestować, na swoją wieś.

Ja natomiast proponuję, by ta wysublimowana warszawka magnateria, w ramach czynu społecznego i dla dobra, tak miłych ich sercu warszawiaków, zrzuciła się na polski Wersal. Wybudowano by go pod Warszawą i przeniosło tam wszystkie instytucje rządowe.

"Hołota" ze wsi i politycy z wiejskiej tłukłyby się tam, gdzie ich miejsce, czyli na prowincji. Warszawskie jaśniepaństwo cieszyłoby się spokojem charakterystycznym dla wielkiego miasta stołecznego.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...