
O Marku Dyjaku powiedziano już wiele - że wyklęty, samotnik, indywidualista. Zachwycano się barwą głosu i szczerymi tekstami. Opowiadano też legendy o życiu, zwłaszcza tym przed zakończeniem alkoholowego ciągu. Teraz on mówi o sobie "poukładany ze mnie facet". Koncertuje i promuje książkę "Polizany przez Boga", w wolnych chwilach łowi ryby. Nasza rozmowa daleka jest od kwestionariuszy i tego, co wiedzą już przecież wszyscy. Dotyczy między innymi szczerości, trudności czy strachu. Oraz "bajki o Dyjaku".
REKLAMA
Zmartwychwstałeś?
Już dawno temu zmartwychwstałem.
Nie każdy ma taką szansę.
Prawie każdy. Wszystko zależy od człowieka. Rozumiem, że są ludzie, którzy są izolowani w więzieniach i tak dalej. Ale każdy w miarę wolny człowiek, który stoi na środku drogi ma możliwość podjęcia różnych decyzji, czasem nawet skrajnych od siebie. Ale nie mówmy o alkoholizmie, o tej całej martyrologii. Już ósmy rok mija, jak się to wydarzyło. Było tyle wywiadów, że nie mam siły już o tym mówić. Teraz mieszkam w niewielkim miasteczku na Lubelszczyźnie, w Chełmie. Poza tym jeżdżę, gram koncerty, niedługo będę grać w Londynie.
Dużo opowiedziałeś o ostatnim czasie w książce „Polizany przez Boga”. Powstał wywiad-rzeka, w którym otworzyłeś się jak nigdy.
Ta książka jest otwarciem jednej ze stron mojej duszy. Przeżyłem tego tak dużo, że nie zdołałbym tego napisać samodzielnie, ani też zapamiętać. Ciągle przypominają się różne rzeczy, co chwilę dzieje się coś nowego. „Polizany przez Boga” opowiada w zasadzie bardziej o tym ostatnim czasie właśnie, ale jest też trochę o przeszłości.
Nie było to dla Ciebie trudne?
Było, bardzo. W tym czasie umierała mi matka, więc to w ogóle był bardzo trudny czas. Książka powstała przy wsparciu mojego przyjaciela podróży, Wojtka Malawskiego, bo wiesz, to jednak przyjechali obcy faceci na ten wywiad i trwało to dość długo. Koniec końców się udało. Sam nie wiem, czy jest to udana książka. Ale jak się okazuje, wywiad ten jest wielu osobom bardzo bliski oraz dzięki niej ludzie mogli się dowiedzieć czegoś więcej o Dyjaku.
A Ty dowiedziałeś się o sobie czegoś nowego?
To była próba przerabiania przeszłości. Przeszłości, która gdzieś tam zanikła, bo spożywanie alkoholu nie pomaga w pamięci. Zacząłem podnosić pewne karty, grzebałem sam w sobie... To była sekcja. Oczywiście bolesna jak cholera. Momentami te rozmowy były tak trudne, że prawie się awanturowaliśmy. Książkę skończyliśmy tutaj w Kayaxie, w Warszawie.
Zamknąłeś nią pewien rozdział?
Nie, ja zawsze jestem jaki byłem. Myślę, że Dyjak to Dyjak i nawet ja jestem wobec Dyjaka bezsilny.
No tak, powiedziałeś kiedyś, że swoim największym wrogiem jesteś sam Ty.
I przyjacielem. Raz jestem tym, a raz tym.
Masz na swoim koncie dziewięć albumów, parę głośnych singli, kompozycje do przedstawień teatralnych… Jak tworzysz muzykę?
Muzyka się do mnie przyczepia i trwa we mnie jakiś czas. Warszawska Wisła jest miejscem, gdzie powstawało wiele moich myśli. Pamiętam, że gdy robiłem muzykę do jednego z filmów, to w zasadzie cała powstała mi w głowie właśnie tam. Pomysły wręcz rozpuszczały się w muzycznych myślach. Tak tworzę, że muszę być w stanie natchnionym, a taki jestem często na rybach. Potem jest tylko realizacja i nagranie.
Czasami tworzę jeszcze w przedziwny sposób. Tak, że piosenki, które już są, teksty powstałe, muzykę moich starych przyjaciół czy wersy poetów buduję dla siebie samego od nowa. Często zdarza mi się zmieniać trochę słowa, sens utworu, jego płeć. Tak jak przy okazji „Kobiet” i utworu „Zakręt”. Był on w repertuarze Krystyny Jandy, ale współtworzył tę piosenkę przecież mężczyzna – Przemysław Gintrowski. Czułem więc, że gdzieś tam jest trochę miejsca dla mnie. Gdy w tekście zmieniłem płeć i zaśpiewałem „Bo ja jestem proszę pani na zakręcie”, okazało się, że gdy śpiewa to facet, to także brzmi bardzo wiarygodnie. Bo przecież panów na zakręcie w tych latach, tak trudnych dla mężczyzn, jest od cholery. To czas kobiet, które dzierżą kierownicę całego systemu w swych delikatnych i pięknych dłoniach.
Faceci są uciśnieni?
Nie do końca. Myślę, że to bardziej problem facetów w facetach.
Twoja muzyka jest bardzo męska. Poza tym, niektórzy porównują Cię wręcz do Toma Waitsa albo nawet Wilka z „Wilka i Zająca”…
(śmiech) No może trochę jestem jak ten Wilk. Mam takie warunki jakie mam, które nie odzwierciedlają mojej duszy. Jestem brzydki, a duszę mam chyba ładną. Chciałbym przynajmniej. Spójrz na mnie, mam niekończący się obrzęk twarzy. Nie wiem, od czego się to wzięło. Chociaż.. to chyba od wódki? Wrażliwość połączona z zewnętrznością tworzy taki kontrast. I wiem, że nie zawsze teksty pasują do mego wyglądu.
Zdarzali się ludzie, zwłaszcza z wyglądu twardzi faceci, którzy podchodzili do mnie po koncercie i płakali. Czasem zbliżam się do życia innych osób, jestem blisko ich wnętrza przez to, że ja dość pornograficznie podszedłem do sprawy duszy. Rozebrałem ją, rozbabrałem i okazało się, że jest taka sama jak u innych. Jak większość facetów, którzy na przykład mieli problem z kobietami w swoim życiu.
Jesteś wrażliwcem. Często płaczesz?
Staram się teraz mniej, ale tak - płaczę. Uważam, że wrażliwość to cecha bardzo męska. A męskość wcale nie polega na tym, żeby nie płakać. Przecież w określonych sytuacjach łzy są wskazane. Świadczą o wielkoduszności, wrażliwości na cudze nieszczęście.
Zawsze ubierasz się na czarno. Słyszałam, że jesteś ogromnie depresyjnym człowiekiem, ale podczas rozmowy bije od Ciebie jakaś nadzieja, jakieś ciepło. To zadziwiające.
Ubieram się na czarno, bo to mój najstarszy strój. Przypomina mi o czasie, gdy grałem w barach. Upodobniłem się wtedy trochę do kelnera. Dalej noszę jakąś prostą białą koszulę, czarne spodnie, marynarkę.
Może trzeba było zostać kelnerem?
Nie, kelnerem nie, nie… Byłem przeciwieństwem kelnera, jego klientem przez wiele lat. Mój ubiór to mundurek barowej postaci.
A to nie tak, że ubierasz się na czarno, by „móc Cię pochować w każdej chwili”?
Ja mam świadomość śmierci. I rzeczywiście, tak jak podkreślałem wielokrotnie, można mnie pochować od razu, bez żadnego problemu. Myślę, że po śmierci nie będę stawiał oporów.
Obawiasz się jej?
Chyba nie, chyba nie… Raczej boję się życia. Śmierć jest ułatwieniem sobie pewnych rzeczy, a ja już kiedyś chciałem ułatwić i skrócić sobie drogę. Teraz oczywiście wszystko się zmieniło i nie postąpiłbym w ten sposób. Jestem przed czterdziestką, ale mentalnie już ze mnie starzec. I tak sobie myślę, że w czasie, kiedy człowiek zauważa zmiany, zdaje sobie sprawę, że gdzieś tam jest ta śmierć. Na przykład nawet, gdy już mu wyrósł brzuch i musi się starać, by go zrzucić czy odczuwa ból albo zmęczenie podczas wchodzenia po schodach, kiedy nie jest skory, by pobiegnąć. Inna sprawa, że ja mam w sobie jakiś rodzaj lenistwa, który oczywiście mogłem sobie sam wymyślić. W każdym razie nie jestem sportowcem.
Przecież boksowałeś.
No tak, ale bardziej na ulicy. A tym się nie ma co chwalić.
Wyglądasz na niegroźnego człowieka.
Tak mam wyglądać (śmiech).
Trzeba stwarzać pozory?
No pewnie. Ale czemu mam być groźnym człowiekiem? Nie jestem, tym bardziej teraz. Poukładany ze mnie facet. Oczywiście mam swój dziwny świat, moja postura jest dziwna, z twarzy podobny zupełnie do nikogo. Nie znam żadnego człowieka, który jest podobny do mnie.
Myślisz, że ktoś się wzoruje na Marku Dyjaku?
Nie mam pojęcia, nie spotkałem się z tym osobiście. W moim przypadku jednak chyba bardziej można się wzorować na muzykach, z którymi gram. A gram z wybitnymi. Ale na mnie samym? Czasem nadchodzą takie sygnały, ludzie piszą w internecie, że ich inspiruję. Jednak mnie to zadziwia. Przecież nie ubieram się w nowoczesne stroje, nie uprawiam joggingu, nie jestem idolem i nie pozuję na ściankach. Zdarzyło mi się dwa razy, przypadkiem, bo wychodziłem akurat. Widzisz, to nie moje środowisko, nie moja zabawa. Blichtr mnie nie interesuje, więc trzymam się od niego z daleka.
Słuchasz popularnej muzyki? Obserwujesz, co się dzieje na polskim rynku?
Nie. Muzyka, której słucham, nie jest muzyką polską. Lubię jazz, nawet ten stary, trochę bebopu, dużo tego, co grał Coltrane. Nie lubię szarpania drutów, współczesne brzmienia doprowadzają mnie do szału. Dla mnie muzyka jest zaklęta w instrumentach. To skrzypce, kontrabas, saksofon, trąbka... Polacy nie mają dużo wybitnych wirtuozów – jest naprawdę ich niewielu. A tej popularnej muzyki jest w cholerę i ona nic nie wnosi. Kapele się zmieniają, grają to samo. Mam wielu znajomych, którzy tworzą taką muzykę. Niektórych szanuję za to, że są, innych za ich twórczość, ale różnie to bywa. Jednak wychodzę z założenia, że lepiej mieć stu przyjaciół, niż jednego wroga.
Ludzie się Ciebie boją?
Czasami tak, ale nie wiem dlaczego.
A Ty się czegoś boisz?
Tak. Boje się rzeczy, które gdzieś na mnie czyhają. To chyba przez to, że miałem skomplikowane życie. Boję się też czasami snów. Bywają tygodnie, kiedy są one tak bardzo skomplikowane i wyglądają tak jaskrawo, że wydają się być prorocze. Ale budzę się i funkcjonuję dalej. Oczywiście to mija i potem przychodzi lepszy czas. Ale zdarza się to często. Jestem facetem, który jest połamany przez życie, poszarpany… U mnie raczej nie spodziewałbym się żadnych zmian, chyba tak już zostanie. Wiesz, nie przewiduję opcji, że jak wielu założę pióropusz, będę opowiadał jakieś dziwne rzeczy i nagle wszystko się zmieni. Ja nie nadaję się do zabawy ogólnej. Zbiorowe ognisko, mafia, rodzina, zakład pracy – to nie dla mnie. Ja idę swoją drogą, która mi odpowiada, która mnie napędza do przodu dalej i jest chyba bezpieczna. Traktuję bardzo poważnie przeznaczenie.
Słyszałam opinię, że Twoje życie to jedna wielka bajka. Nawet, że niepicie jest trochę zmyślone. Ile jest w Tobie bajki, a ile tej szczerości?
(śmiech) Jestem tak chory, że wypicie u mnie kieliszka skończyłoby się utratą wszystkiego, co mam. Gdybym to robił, to by mnie tu teraz nie było. Jestem maksymalistą, więc jak piję, to piję konkretnie, jak jem, to jem i tak dalej. Ludzie mówią różne rzeczy, ludzie nie wierzą, bo nie wierzą sobie. A może piszą to ci, którzy umieją sobie popijać? Ja nie umiem. Dla mnie wanna to jest za mało, a kieliszek za dużo. Mam skłonności do przesady, do nadinterpretacji, ale na pewno nie do ukrywania czegoś czy jakichś działań marketingowych. U mnie jest wszystko zawarte w głosie i w wizerunku. Wszystko po mnie widać. Idę do taniej odzieży, kupuję sobie marynarkę za pięć złotych, jakąś koszulę, spodnie. Tylko buty mam dobre, Williamsy. Poza tym jestem prosty i zwyczajny. Przeszedłem jedno wielkie studium poniżenia. Każdy człowiek, który był w zamknięciu, widzi świat z perspektywy poniżonego, świat się buduje wtedy inaczej. Nie jestem taki hop do przodu.
Powiedziałeś, że ludzie nie wierzą Ci, bo nie wierzą sami sobie. A czy Ty ufasz sobie?
Nie mam powodu, żeby się okłamywać. Widzisz, spotkaliśmy się i ja po pięciu sekundach powiedziałem Ci, że mam nadwagę. Był czas, że lepiej wyglądałem bez ubrania – teraz dobrze mi tylko w przebraniu kelnera. I już długo noszę te czarne marynarki, chyba z dwadzieścia lat. To takie totalne uproszczenie życia. Wiele lat nie miałem domu i pamiętam, że prawie wszystkie moje ubrania były kupowane gdzieś w taniej odzieży. Tylko te buty w normalnym sklepie. Bo trzeba mieć dobre buty, jak się nie ma domu. Czy można mieć taki rodzaj skupienia, żeby tyle czasu pozować? Chyba nie.
Zdjęcia wykonał Piotr Książek / Warsaw Streets.
