
Jechać do Krakowa z pomysłem na knajpę, to jak jechać z drewnem do lasu. Taka utarła się opinia. Bo kto, jak kto, ale krakusi na prowadzeniu barów i kawiarni znają się świetnie. Gdy Warszawa śpi już głęboko, Kraków nadal się bawi. To miasto nie zasypia nigdy, o czym wiedzą doskonale także turyści, wybierający często Kraków jako lokalizację hucznych wieczorów panieńskich i kawalerskich. Czego zatem w Krakowie szukają właściciele popularnych warszawskich lokali? Czy Kraków potrzebuje chleba i wina z Charlotte oraz kawy i książek z Czułego Barbarzyńcy?
REKLAMA
Kraków szczyci się największą ilością knajp na kilometr kwadratowy w Polsce. Krakowski Kazimierz to jedna wielka klubokawiarnia, w której przesiadywać można na okrągło. Alchemia, Miejsce, Singer, Kolory – kto chociaż raz był w Krakowie, musiał bawić pod którymś z tych szyldów. Powinien słyszeć również o barach w okolicach Rynku Głównego, z opiewanym przez Świetlickiego Dymem na czele. Co prawda niedawno, w skutek katastrofy budowlanej, zamknięto knajpianą świątynię na Wielopolu, jednak królewska pozycja Krakowa jako dostarczyciela rozrywek zdawała się niezachwiana. Tymczasem Warszawa rusza na Kraków ze swoimi lokalami: Charlotte oraz Czułym Barbarzyńcą. Filie popularnych warszawskich kawiarni powstaną pod Wawelem. Czy krakowscy restauratorzy powinni się bać? Czego Kraków może nauczyć się od Warszawy? Czy krakusi, znani ze swojej niechęci do Warszawy, będą bojkotować knajpy z desantu? A może wojna Warszawy z Krakowem to mit?